Gears Tactics
3

To świetna gra do Xbox Game Pass. I nic więcej. Recenzja Gears Tactics

Bezkrytyczną miłość do serii Gears of War straciłem po premierze czwartej odsłony, choć nieco odzyskałem przy Gears 5. Nie mam też nic przeciwko tak zwanym spin-offom, które prezentują zupełnie inne podejście do tematu. Po przedpremierowym pokazie Gears Tactics byłem do tej produkcji bardzo pozytywnie nastawiony i najwyraźniej zbudowałem w stosunku do niej zbyt wysokie oczekiwania.

Gears Tactics zabierze Was przed wydarzenia znane z pierwszego Gears of War. Ludzie dopiero rozkręcają się w walce z wychodzącą spod powierzchni planety Szarańczą, dodatkowo nie każdy popiera działania Koalicji, nazywając jej żołnierzy bezwzględnymi faszystami. Głównym bohaterem gry jest Gabe Diaz, który wraz z towarzyszami zamierza zatrzymać inwazję Szarańczy i jak najszybciej uwolnić planetę od podziemnych najeźdźców. Nie zawsze jednak zapał żołnierzy spotka się z uznaniem ekipy rządzącej, która wydaje się mieć własny plan na poradzenie sobie z zagrożeniem. Jeśli kiedykolwiek graliście w pierwszą odsłonę tej serii, na pewno pamiętacie, że opowieści towarzyszył bardzo ciężki klimat rodzący w głowie gracza uczucie zaszczucia i beznadziejnej sytuacji. Wraz z kolejnymi odsłonami ta atmosfera gdzieś ulatywała i jedną z rzeczy, która najbardziej podoba mi się w Gears Tactics jest całkiem udana próba powtórzenia tego klimatu.

Tym razem jednak nie przejmiemy bezpośredniej kontroli nad napakowanymi wojakami i nie będziemy pruć na oślep z Lancerów chowając się za osłonami. Gears Tactics to strategia/strzelanka turowa, mocno inspirowana grami z serii XCOM/Jagged Alliance. Pomysł jak najbardziej w porządku, nie przypuszczałem jednak, że zmiana sposobu gry zabierze Gearsom aż tyle dynamiki.

Przeczytaj też: Recenzja Gears of War 4

Zacznę jednak od fabuły, bo na przedpremierowym pokazie (niestety z uwagi na koronawirusa mogłem tylko oglądać i słuchać) twórcy wspominali, że Gears Tactics to gra „story driven”, czyli mocno skupiająca się na opowiadanej historii. I tego też oczekiwałem. Świetnych scenek przerywnikowych, mocnych zwrotów akcji. Szczególnie po zaliczeniu Final Fantasy VII Remake, gdzie mimo ogromnej ilości biernych fragmentów, twórcom udało się je wręcz idealnie połączyć z samą rozgrywką, co pozwoliło bardzo płynnie opowiadać historię. Gears Tactics natomiast szybko okazuje się po prostu zestawem misji, między które ktoś raz na jakiś czas wrzuci element przerywnikowy, przez co wielokrotnie całkowicie zapominałem o opowieści. Szczególnie kiedy kolejne zadania polegały na wyciągnięciu innych żołnierzy z tak zwanych „podów” (kontenery Szarańczy, w których ta zamyka ludzi) lub odzyskiwania skrzynek z zapasami. Może gdyby materiałów fabularnych było 2-3 razy więcej, całość odbierałbym inaczej – odniosłem jednak wrażenie, że opowieść to ostatnie, na czym skupili się twórcy. Bardzo ciężko nawiązać przez to więź z którymkolwiek z głównych bohaterów, o dodatkowych nawet nie wspominam, bo co chwila pojawiają się nowi żandarmi, których możemy zaciągnąć do naszej małej armii.

Gears Tactics nie zamierza odkrywać gatunku turowych gier na nowo i inspiracje serią XCOM są tu bardzo widoczne, choć oczywiście wszystko skrojono pod własną produkcję. Mamy więc klasyczne punkty akcji wykorzystywane podczas tury na ruch, walkę i przeładowywanie broni (amunicja nigdy się nie kończy, jednak broń trzeba przeładowywać, granaty odnawiają się natomiast po kilku rundach). Poszczególne postacie posiadają umiejętności specjalne, choć nie są to żadne „ulti” całkowicie zmieniające sytuację na polu walki. Wykorzystano też znany z głównej serii system osłon, z którymi postacie mogą albo całkowicie ustrzec się ostrzału, albo zminimalizować jego efekt. Zalecam częste korzystanie z akcji „overwatch”, którą najlepiej wybierać przy ostatnim punkcie akcji – żołnierz obserwuje wtedy ustalony obszar i podczas tury wroga wykonuje ostrzał gdy ten wejdzie w zaznaczone pole. Przy mniejszych przeciwnikach, jak na przykład Wretche, da się w ten sposób całkowicie odeprzeć ich atak. Mam też jednak złą wiadomość – tę umiejętność posiadają również przeciwnicy, choć używając pistoletu, można ją dezaktywować.

Czy system walki jest idealnie dopracowany? Niestety nie. Często zdarzało mi się, że bohater nie przyklejał się do osłony, przez co jego głowa była na widoku. Ale jednocześnie bywało, że mimo to nie otrzymywał obrażeń, jakby jednak faktycznie za tą osłoną siedział. Warto zastanowić się dwa razy zanim wyślecie bohatera w konkretne miejsce, bardzo często nie wybiera on bowiem odpowiedniej drogi i choć mógłby iść drugą stroną, to jednak bezmyślnie wejdzie pod karabiny przeciwnika. Predykcja obrażeń też czasem żyła własnym życiem i okazywało się, że przy bardzo małych szansach na trafienie, wykańczałem przeciwnika jedną serią z Lancera. Innym razem byłem pewien, że atak zakończy żywot wroga, a zabrałem mu może 20% paska życia. Pamiętajcie jednak, że z granatami bywa inaczej – te wydają się aż za bardzo słuchać analizy obrażeń. Rzucony idealnie robi z wrogów miazgę, jedno pole na mapie obok i potrafi zrobić „jedno wielkie nic”.

Przeczytaj też: Recenzja Gears 5

Tego typu kwiatków bywa tu całkiem sporo, ale często kuleją również pomysły na misje. Najbardziej nie lubiłem tych, gdzie nakładano limit tur na zakończenie zadania. Da się w nich oczywiście zmieścić, ale niepotrzebnie pchają do przodu, przez co tracimy możliwość odpowiedniego rozplanowania starcia. Nie podobało mi się też, że mając świadomość ilości pozostałych tur wykonałem zadanie, ale musiałem jeszcze dodatkowo dojść do punktu odbioru. Innymi słowy – gdybym rozplanował sobie wszystko co do tury, nie zaliczyłbym misji. W wielu zadaniach przeciwnicy pojawiają się też w bardzo dużych ilościach, co oczywiście ma sens w typowej gearsowej strzelance, ale tu niepotrzebnie wydłuża zabawę, nie ma większego sensu i bardziej irytuje niż daje frajdę. Finalnie wygląda to jak strategiczne killroomy, w których ciśniemy wroga do momentu, aż gra stwierdzi „ok, wystarczy”, nie dając nam żadnego fabularnego czy w ogóle sensownego uzasadnienia. Nienawidziłem też misji z atakami bombowymi, które zmuszały do ciągłego parcia do przodu. W trakcie ich wykonywania, sukcesywnie bombardowane są kolejne elementy mapy i zdecydowanie lepiej w nich nie pozostawać – zdarzało się jednak, że plansza została niezbyt rozważnie zaprojektowana i musiałem się minimalnie cofnąć, co oczywiście rodziło ryzyko spotkania z bombami – można było tego uniknąć lepiej rozplanowując misję na etapie jej projektowania.

Najbardziej irytowało mnie jednak wpychanie między misje fabularne sztucznych wydłużaczy w postaci misji pobocznych. Dlaczego? Bo są obowiązkowe i bez ich zaliczenie nie dostaniemy nowej misji fabularnej. A, że to najczęściej klasyka w postaci zbierania skrzynek i ratowania nowych żołnierzy, niepotrzebnie wybija z rytmu kampanii.

Poza strzelaniem do przeciwników (tu co jakiś czas pojawiają się nowe jednostki, przede wszystkim te znane z serii), którzy stanowią nowy typ zagrożenia, zdarzają się też walki z bossami. Na pierwszy rzut oka wydają się ciekawsze, ale i bardziej irytujące – szczególnie kiedy gra spawnuje też dodatkowo zwykłych wrogów przeszkadzających w zaplanowanych akcjach. Niestety te starcia nie są spektakularne i to chyba ich największy minus.

Twórcy nie zapomnieli o rozwoju postaci, oddając do naszej dyspozycji drzewka z pozycjami wykupowanymi za punkty przyznawane po wbiciu kolejnego poziomu. Są też ulepszenia broni i pancerza wypadające z zebranych przez nas podczas starć skrzynek. Jest tu trochę statystyk, więc warto kombinować, tylko nie do końca rozumiem po co wprowadzono tak wiele wariacji na malowanie broni i pancerza. Wchodząc w tę zakładkę niezwykle łatwo zrobić z naszej drużyny bandę przebierańców, zdecydowanie trudniej dobrać jakieś pasujące do otoczenia kolory. Nie rozumiem też po co możliwość dodawania brody u kobiet.

Wizualnie Gear Tactics trzyma poziom i działa całkiem sprawnie zarówno na mocniejszych jak i słabszych maszynach. Taki był cel, który też odbił się na braku jakiegokolwiek efektu „wow” po ustawieniu najwyższej możliwej opcji graficznej. Jest po prostu w porządku, nic więcej. Modele mają fajne, dopracowane animacje, kolorystyka buduje klimat, choć kolejne lokacje wydają się bardzo powtarzalne. Jakościowo najlepiej wypadają twarze głównych postaci w scenkach przerywnikowych, ale widać też, że tyle samo czasu nie poświęcono dodatkowym wojakom. Ścieżka audio jak najbardziej na plus – odpowiednia muzyka, standardowe dla serii one-linery, mocne, soczyste odgłosy broni. Nie wiem czy to kwestia wersji przedpremierowej (w dodatku – co zabawne – ogrywałem kod na Steam), jednak nie było w Gears Tactics żadnej lokalizacji. Czyżby tym razem Gearsy były pozbawione nawet polskich napisów? Zobaczymy po premierze.

Werdykt

Gdyby Gears Tactics nie wiązało się w żaden sposób z uniwersum Gears of War, odebrałbym ten tytuł lepiej z bardzo prostego powodu. Kilka naprawdę świetnych odsłon serii postawiło poprzeczkę bardzo wysoko i niezależnie od tego w jakiej formie przygotowywana jest nowa opowieść, po prostu musi ten bardzo wysoki poziom trzymać. Moim zdaniem Gears Tactics daleko do hitu czy innowacyjnej produkcji – to po prostu solidna gra, która jednak potrafi wynudzić. Obiecano mocno fabularną przygodę, a ja przez większość gry miałem wrażenie, że to po prostu paczka misji, które wielokrotnie wydawały mi się w dodatku takie same. Jako jedna z gier w ramach abonamentu Xbox Game Pass, Gears Tactics jest jak najbardziej w porządku i zachęcam do jej sprawdzenie. Jednak w formie samodzielnego zakupu? Może dla maniaków turowych strzelanek w stylu XCOM, może dla maniaków Gearsów. Grało mi się przyjemnie, ale pewnie za kilka tygodni całkowicie zapomnę o tym tytule i naprawdę będę zdziwiony jeśli pojawi się w jakimkolwiek zestawieniu najlepszych gier 2020 roku.