45

Epicka rozrywka! – nowy Hobbit was nie zawiedzie

„Za 100 lat filmy nie będą już kręcone w 24 klatkach na sekundę. Technologia rozwinie się w sposób, którego nie możemy przewidzieć. 100 lat temu filmy miały 16 fpsów i były czarno-białe, gdzie będziemy w kolejnym wieku?” Tak Peter Jackson reklamuje swoje najnowsze dzieło – Hobbit: Pustkowie Smauga – ja zgadzam się z nim w […]

„Za 100 lat filmy nie będą już kręcone w 24 klatkach na sekundę. Technologia rozwinie się w sposób, którego nie możemy przewidzieć. 100 lat temu filmy miały 16 fpsów i były czarno-białe, gdzie będziemy w kolejnym wieku?” Tak Peter Jackson reklamuje swoje najnowsze dzieło – Hobbit: Pustkowie Smauga – ja zgadzam się z nim w 100 %!

Pierwszy Hobbit wchodząc do kin niespełna rok temu wywołał burzliwą dyskusję wśród kinomianiaków na temat użycia „hiperrealistycznej” prędkości odświeżania obrazu. Do tej pory praktycznie wszystkie filmy wyświetlane były w kinie z prędkością zbliżoną do 24 klatek na sekundę. Hobbit natomiast oferował dwukrotnie większą prędkość, z którą część widzów miała problemy.

Tylko krytycy przyzwyczajeni do 24 klatek i źle czujący się z wszelkimi zmianami spoglądali na Hobbita podejrzliwym okiem. Każdy poniżej 20 roku życia, z którym rozmawiałem, wypowiadał się na temat HFR pozytywnie.

Tak właśnie, zarzuty recenzentów odpierał sam reżyser, zauważając że kwestia akceptacji HFR, czyli właśnie 48 klatek, zależy głównie od wieku. Wydaje mi się zresztą, że zawsze wśród early adopters danej technologii procentowo najwięcej jest ludzi młodych, chłonnych nowych rozwiązań. Natomiast krytycy filmowi zwykle są już doświadczonymi smakoszami filmowego dorobku i jakoże zwykle wyrośli na 24 klatkach, to są do nich mocno przywiązani. Tę niechęć do innowacji oddaje też świetnie nagradzanie Oskarami, tak nostalgicznych filmów, jak Artysta, przywołujących na myśl dawne Hollywood.

Mimo, że Jackson sam z siebie jak najbardziej chciał stawiać na 48 klatek na każdym pokazie, to ostateczna decyzja w przypadku drugiej części nie należała do niego. Producenci postanowili, że wszystkie pokazy prasowe wyświetlane będą w 24 klatkach. Nie trudno odgadnąć, że chcieli tym wytrącić główny argument „na nie” z rąk krytyków.

Nie piszę jednak o drugim Hobbicie przypadkowo, bo choć jego polska premiera przewidziana jest dopiero na 27 grudnia, to dzięki uprzejmości Toshiby zostałem zaproszony na pokaz przedpremierowy. I dlatego od razu chciałbym rozwiać wszelkie wątpliwości:

Jeśli podobała Ci się trylogia Władcy Pierścieni, a Niezwykłą podróż oglądałeś z wypiekami na twarzy, to Pustkowie Smauga sprawi, że w ciągu dwóch i pół godziny twoje serce będzie biło tak szybko jak serce Bilba stojącego oko w oko z potężnym, tytułowym smokiem.

Z wymienionych wyżej powodów, nie dane mi było niestety zobaczyć nowego Hobbita w 48 klatkach. Dzięki temu mam jednak porównanie do pierwszej części, którą w tej technologii oglądałem. Jednak, mimo, że Antyweb to portal typowo technologiczny to chciałbym jeszcze co nieco napisać o samym filmie, a do 48 fps powrócić na końcu.

Niezwykła podróż zarobiła na całym świecie ponad miliard dolarów. Po światowej premierze dochodzą już słuchy, że druga część może nie powtórzyć już tego wyniku, ale dla mnie i tak będzie to film nawet odrobinkę lepszy. Idąc do kina nie nastawiałem się na głębokie uniesienia i wzruszenia. I bardzo dobrze, bo ich tu nie ma! O ile trylogia Władcy Pierścieni mogła się wydawać dziełem nieco ascetycznym, to tym razem Hobbit co rusz puszcza do nas oko i żartuje.

Pustkowie Smauga to obraz czysto rozrywkowy.

Gagi i żarty są częste; mamy też wątek miłosny zagrany na poziomie filmów romansowych pomiędzy elfką  Tauriel (Evangeline Lilly), a krasnoludem Kilim (Aidan Turner). Bilbo (Martin Freeman) przeżywa rozterki związane z byciem powiernikiem pierścienia, ale nie są one tak dramatyczne, jak w przypadku Froda. Dzięki mocom tego okrągłego kawałka złota, Hobbit staje się prawdziwą maszynką do zabijania, jakkolwiek dziwnie w przypadku bosostopych niziołków to nie brzmi.

Thorin Dąbowa Tarcza (Richard Armitage), święcący niegdyś szlachetnym przykładem, teraz pokazuje na moment swoje chciwe odbicie, aby jednak na końcu stawić czoła wspólnemu zagrożeniu. Oprócz Gandalfa (niezrównany Ian McKellen), stającego do samotnej walki z rosnącym w siłę złem, mamy jeszcze pysznego smoka Smauga (głos podkłada Benedict „Sherlock” Cumberbatch), którego inteligencja jest najbardziej rozczarowującym elementem całej układanki.

Jako się rzekło Pustkowie Smauga to obraz zdecydowanie lżejszy nawet od pierwszej części, nie wspominając już Władcy Pierścieni. Tam cały świat był mroczny, tu natomiast zło dopiero przygotowuje się do ataku, a bohaterowie przemierzają zapierające dech w piersiach swoją bajkowością scenerie.

I właśnie tu bardzo brakowało mi 48 klatek, których jestem ogromnym fanem. Oglądając pierwszą część mogłem się dosłownie wczuć w opowieść i iść ramię w ramię z bohaterami. Immersja stanowiła słowo-klucz. Tu natomiast wygląd Nowej Zelandii przemnożony  przez moc obliczeniową komputerów i talent grafików zaangażowanych w postprodukcję sprawiał momentami, że wydawałem z siebie gromkie „wow”. Już cieszę się na myśl, że na film wybiorę się jeszcze raz – dla zwiększonej liczby klatek, aby jeszcze bardziej podbić wrażenia z filmu.

Mam jednak w pamięci pierwszą część, którą oglądało się niemal jak grę komputerową. Te dysponują w końcu 60 klatkami. A dorównanie do tej liczby sprawia niektórym widzom duży dyskomfort. Tak samo jednak mówiło się o 3D (i mówi?), a teraz stanowi ono jeden z licznych dodatków w katalogu marketera.

W Pustkowiu Smauga efekt trójwymiarowości nie jest zbyt często wykorzystywany. Właściwie to ogranicza się on do lecących w naszą stronę strzał i… pszczół. Za to, rzeczywiście zapierającą dech w piersiach sceną jest ucieczka krasnoludów z miasta elfów. W jej trakcie natrafimy na sekwencję, która pod względem efektów specjalnych jest moim zdaniem najbardziej wbijająca w fotel w tym roku.

Podziwiamy ją z perspektywy krasnoluda usadzonego w beczce płynącej rwącym strumieniem. Na spółkę z nim możemy podziwiać krwawą rozprawę z wyjątkowo ślamazarnymi orkami. Krasnoludy i efly skaczą po głowach swoich pobratymców z brzegu na brzeg, przerywając eskapady zgrabnymi piruetami wirujących ostrzy. Całość dopracowana z dbałością o najdrobniejsze szczegóły.

Miód na serce fana efektów specjalnych.

Hobbit 2 jest prawie jak Avatar. Próbuje sprzedać w kinie nową technologię. Tym razem jednak wszyscy w domach mamy sprzęt przewyższający kinowe ekrany i to właśnie od właścicieli multiplexów zależy czy 48 fpsów się przyjmie. Patrząc na zwiększającą się liczbę kin wyświetlających obraz w tej technologii jestem o nią spokojny i w pełni podpisuję się pod słowami Petera Jacksona:

W 2012 roku chciałem skorzystać z technologii jaką miałem w 2012 roku, a nie tej, która jest z nami od 1927.

Foto