48

Polska będzie tworzyć elektryczne helikoptery? Mam nadzieję – to byłby hit!

Sprawa przetargu na śmigłowce dla polskiej armii wzbudza kontrowersje już od kilku kwartałów. Najpierw krytykowano wybór francuskiej oferty, potem zerwanie rozmów z Francuzami i zwrócenie się w stronę Amerykanów, ostatecznie pojawia się pomysł, by te maszyny zbudować z Ukraińcami. Co więcej: padła już propozycja, by wpisać się w plany Ministerstw Energii oraz Rozwoju i stworzyć elektryczny helikopter. Świat patrzyłby na nas z podziwem...

Elektryczny helikopter – brzmi dumnie, zwłaszcza teraz, gdy sporo mówi się o przestawianiu motoryzacji na energię elektryczną. O tym ostatnim myślą i mówią także przedstawiciele naszych władz. Pisałem już, że za dziesięć lat na naszych drogach powinniśmy naliczyć milion elektryków, wspominałem o falstarcie związanym z tworzeniem takiej maszyny przez nasze firmy energetyczne. Ambitnie, ale to błahostka, gdy spojrzy się na propozycję umieszczoną w serwisie fronda.pl. Świetny plan zawarto w tekście zatytułowanym Elektryczne helikoptery made in Poland?

Trafiłem na to na Facebooku, znajomi omawiali plan, jednocześnie dowiedziałem się, że jakiś żartowniś z ASZdziennik.pl już strollował pomysł i zaproponował projekt Husarskiej Gwiazdy Śmierci. Ja drwić nie zamierzam, uważam, że nad śmigłowcem-elektrykiem warto się pochylić. Do mojego serca trafia bowiem takie zdanie: Polski helikopter elektryczny skradałby się cicho jak kot i atakował błyskawicznie jak jastrząb. Specjalistą nie jestem, ale gdybyśmy mieli elektryczny helikopter, nasi piloci sialiby postrach na lądzie, wodzie i w powietrzu. A kto wie, może i w kosmosie.

Tym bardziej że taki helikopter miałby nad konkurencją same przewagi i na polu walki żaden rosyjski czy amerykański produkt nie miałby w starciu z nim najmniejszych szans. Po pierwsze byłby cichy, pod drugie blisko zera emisja termiczna i po trzecie żadnych problemów z tankowaniem paliwa. Można by mu naładować baterie nawet z rosyjskiego gniazdka w centrum tajgi.

Autor zauważa, że produkcja elektrycznych samochodów jest nieopłacalna i trzeba dokładać do biznesu, ale jednocześnie dostrzega potencjał w śmigłowcu-elektryku. Ma przy tym nadzieję, że premier Morawiecki wykaże się tzw. „elastycznością myślenia” i zdecyduje się na tak odważny, pionierski w skali światowej krok. A gdyby już do tego doszło, chętnie podzieliłbym się – za darmo, jestem patriotą – swoimi przemyśleniami na temat tej maszyny. Zresztą, po co zwlekać: część propozycji podam już teraz, niech wiedzą, gdzie szukać pomysłów, gdy śmigłowiec zacznie być projektowany.

Skoro to elektryk, trzeba przemyśleć kwestię ładowania akumulatorów. Częstego ładowania, bo akumulatory nie pozwolą na daleki lot. Do gniazdka w tajdze ta maszyna raczej nie dotrze zbyt szybko, potrzebne będą częste postoje. Ale długie ładowanie zmniejsza wartość bojową produktu. Można zatem wziąć przykład z Toyoty, która myśli o tankowaniu wodorem – to paliwo zamieniane jest w energię elektryczną i wszystko dzieje się w samochodzie. Sęk w tym, że pozyskiwanie wodoru może być kłopotliwe. Nie ma jednak tego złego: wystarczy, że na pokładzie każdego śmigłowca powstanie mała elektrownia węglowa. Tego surowca mamy sporo, przy okazji rozwiąże się kwestię kulejącego górnictwa. Już widzę, jak przed akcją nasze elektryki pobierają w powietrzu od helikoptera-wywrotki porcję kalorycznego paliwa…

W ramach uzbrojenia proponuję wykorzystać wycofane z użytku Galaxy Note 7. Tylko pomyślcie: dla Koreańczyków to problem, utylizacja uderzy ich po kieszeni. A Polska może zgarnąć miliony groźnych słuchawek za grosze, by potem zrzucać je na przeciwników. Albo używać w walce powietrznej – każdy pilot powinien przejść kurs Angry Birds, by poznać tajniki celowania i strzelania z procy. Potem zamiast ptakiem na telefonie miotałby telefonami z helikopterów. Ktoś powie: „hej, ale nim trafią Notem, wróg może uderzyć!” Jest i na to rozwiązanie: proponuję wykorzystać okapi, zwierzę, o którym pisałem rano. Na pokład każdej maszyny jedna sztuka. Po co? Ano po to, by załogi wrogich śmigłowców też się zastanawiały i przerywały działanie. Gdyby Sun Zi (Sun Tzu) żył dzisiaj, pokiwałby głową z aprobatą słysząc ten plan.

Warto wykorzystać także grafen zalegający w naszych magazynach. To podobno materiał do wszystkiego, więc na dobrą sprawę kwestia komponentów potrzebnych do budowy śmigłowca wydaje się być zamknięta: śmigła z grafenu, koła z grafenu, poszycie z grafenu, szkielet z grafenu… Jeśli gdzieś nie można użyć grafenu, proponuję drewno z Puszczy Białowieskiej – rozwiążemy następny problem. Na każdym pokładzie telewizor z opłaconym abonamentem i zapas węgla, uzbrojenia oraz pożywienia na przynajmniej jeden dzień – na wypadek, gdyby okazało się, że sklepy w niedziele będą jednak zamknięte. Przydałby się też głośnik umieszczony na zewnątrz: w trakcie starcia lub tuż przed nim płynęłyby z niego audycje nagrane w ramach Studio Yayo. Rozwiązanie skuteczne, wzorowane na skeczu Monty Pythona Najzabawniejszy dowcip świata). Oby kabina polskiego śmigłowca była dźwiękoszczelna w 100% – w przeciwnym razie załodze grozi niebezpieczeństwo.

Pozostaje kwestia nazwy. Z polską kojarzy mi się bocian. Symbol wiosny, wiązany z narodzinami, ale z drugiej strony trochę imigrant z Afryki. Nazwy typu orzeł, jastrząb czy sokół albo są zajęte albo oklepane. Sikorki nie zaproponuję, bo napiszą, że prywata. Szpak brzmi nieźle i gdy pojawia się w większej liczbie sieje spustoszenie w ogrodzie czy sadzie. Tyle, że… Michał Szpak. Kaczka nie pasuje (zresztą, ktoś zaraz powie, że to prowokacja), nur rdzawoszyi burzyk żołtodzioby czy ibis kasztanowaty to zbyt duża ekstrawagancja, a głuptak zwyczajny… No sami wiecie. Na szczęście jest dudek: dobrze wygląda, niezła nazwa i do tego przywodzi na myśl kabaret…

Mam nadzieję, że niebawem na polskim niebie pojawi się helikopter elektryczny Dudek. Najpierw zapewni nam bezpieczeństwo, a potem dostatek, gdy kupi go już całe NATO. To może być równie udany biznes, co gaz łupkowy!