7

Dwa lata z Fitbit Versa: uwielbiam go, ale kolejny zegarek wezmę jednak od… Apple

Po dwóch latach korzystania dzień w dzień z zegarka Fitbit Versa wracam do tematu. Czy to co napisałem w swojej recenzji kilku tygodniach użytkowania dzisiaj też ma rację bytu?

Dwa lata to dużo czasu. Naprawdę dużo. W świecie technologii, można by rzec, cała wieczność — zresztą wystarczy spojrzeć na następców zegarka z którego korzystam od dwóch lat by wiedzieć, że nie żartuję. Bo po Fitbit Versa nadszedł Fitbit Versa Lite, a teraz rynkiem rządzi jego następca z prawdziwego zdarzenia: Fitbit Versa 2. Przez tych kilkadziesiąt miesięcy przespacerowałem i przebiegłem z zegarkiem 6,459.84 kilometrów. Nie wiem czy to dużo — ja uważam, że sporo — a na pewno wystarczająco, by poznać plusy i minusy urządzenia. Najfajniejsze w tym wszystkim jednak wydaje się to, że tych kilka tysięcy kilometrów później wciąż podtrzymuję większość opinii z mojej opublikowanej w 2018 roku recenzji.

Fitbit Versa: wciąż między Apple Watchem, a Pebble

Fitbit Versa to, jak zwykło się go nazywać, duchowy następca kultowych zegarków Pebble. Te trafiły na rynek w 2013 roku — i niemal od wejścia skradły serca swoich użytkowników. Po całej fali zawirowań, ostatecznie firma została przejęta przez radzącego sobie znakomicie na rynku wearables Fitbita. I choć to nie jest pierwszy smartwatch firmy, to — w mojej opinii — jest do tej pory najładniejszym i najciekawszym z urządzeń w jej portfolio. Nie bez powodu można spotkać się ze stwierdzeniami, że jest to taki tańszy Apple Watch.

— tak wówczas kwitowałem ten zegarek. I faktycznie — po latach zdanie podtrzymuję, bo mimo upływu czasu wciąż wiele osób myli tę konstrukcję na moim nadgarstku z Apple Watchem. No ale sprawy nie ułatwiam, bo korzystam też z paska będącego 1:1 kopią tych, z którymi kojarzone są zegarki giganta z Cupertino.

Do każdego poprzedniego urządzenia Fitbit z którym miałem do czynienia miałem jakieś ale. A to wygląd zbyt nachalny, a to każdy kontakt z wodą może okazać się dla niego zabójczym, a to interfejs był na tyle niewygodny w obsłudze, że szybko przestawaliśmy się lubić. W przypadku tego modelu, wszystkie powyższe problemy odeszły w zapomnienie. Fitbit Versa nareszcie nie tylko wygląda, ale też bez problemu można zanurzać go w wodzie — a to zawsze dodatkowa motywacja, by wybrać się na basen i śledzić nasz progres. W kwestii obsługi: tym razem już nie przyciski, a dotykowy ekran, który doskonale sprawdza się przy codziennym użytkowaniu. Tym bardziej, że autorski system firmy: Fitbit OS, działa dość sprawnie i jest naprawdę intuicyjny w obsłudze.

Amen. Prawie wszystko się zgadza: nadal można zanurzać go w wodzie, brać z nim prysznic i zapisywać aktywności na basenie. Ale to właśnie tam dotykowy ekran sprawdza się najgorzej — na szczęście w jednej z ostatnich wersji systemu można przypisać jedną aktywność do skrótu na przycisku, przez co nie trzeba dłużej męczyć się z mazaniem palcem po mokrym ekranie który działa jakby chciał, a nie mógł. Pod względem intuicyności: nic się nie zmieniło, pod względem tego jak szybko działa… właściwie można by rzec, że na tę chwilę też nie. Ale bywały po drodze wersje systemu, które były fatalnie zoptymalizowane: działały ślamazarnie i wywoływały wiele frustracji. No ale ten etap już za nami — obecnie: działa jak należy. No i zegarek dorobił się aplikacji Spotify. Tak, teraz można korzystać z najpopularniejszego u nas serwisu streamingowego bezpośrednio na zegarku (wymagana jest tylko subskrypcja premium).

Fitbit Versa dwa lata później: skoro wszystko działa, to dlaczego myślę o przesiadce na nowszy model?

Przez te lata nie zdążyłem specjalnie zniszczyć zegarka (chociaż wiadomo — przez drobne otarcia pojawiło się trochę mikrorys widocznych pod światło), ale na pewno nie na tyle, by przeszkadzało to w codziennym użytkowaniu sprzętu. Szczerze mówiąc — pod tym względem, żadnych ale. Pojawiły się jednak powody, dla których ostatnio coraz częściej świta mi myśl, by wyposażyć się w nowszy model zegarka. W swojej recenzji pisałem:

Twórcy w materiałach reklamowych wspominają o czterech dniach działania na jednym ładowaniu — i okazuje się, że nie przesadzają. Mowa tutaj, rzecz jasna, o pełnym pakiecie powiadomień i sporadycznym odtwarzaniu muzyki. Kiedy jednak postanowicie ograniczyć notyfikacje do minimum (albo nawet w ogóle je wyłączyć) i korzystać z Fitbit Versa jako smart opaskimożecie liczyć nawet na sześć dni (i pięć nocy) bez konieczności szukania ładowarki. Uważam, że to naprawdę fajny wynik. Ciekawi mnie tylko, jak akumulator będzie sobie radził w dłuższej perspektywie — powiedzmy po roku? Dodam jeszcze, że ładowanie trwa nie dłużej niż dwie godziny — co też uważam za naprawdę dobry wynik!

Z zegarka korzystam bardziej w formie właśnie tej smart opaski — powiadomienia mam wyłącznie dla połączeń przychodzących, a tych nie ma jakoś specjalnie dużo. I na początku faktycznie tych sześć dni i pięć nocy było standardem — z biegiem czasu i zużywaniem się baterii jednak, sprawy nie wyglądają już tak dobrze. Teraz ładuję zegarek właściwie dwa razy częściej — bo właściwie co dwa dni. Najczęściej, z braku zaufania, mimo że zostaje mu jeszcze około 20% — nie daję mu szans na nocne czuwanie w obawie przed tym, że rano mnie nie obudzi. A budzik w zegarku to jedna z najważniejszych funkcji. A, niestety, jak wiele tego typu urządzeń — Versa też jest jednorazówką, nie ma opcji wymiany akumulatora. A przynajmniej nie łatwiej, szybkiej i bezproblemowej. Niestety.

Fitbit Versa: doskonała przygoda, ale moim następnym zegarkiem będzie… Apple Watch

Jestem wielkim fanem Fitbit Versa i szczerze mówiąc: mogę polecić go wszystkim. Właściwie nigdy przez te lata mnie nie zawiódł, jego największy minus — brak modułu GPS — nie stanowi dla mnie żadnego problemu. Ich aplikacje mobilne są zawsze dopracowane i precyzyjne — i choć intuicyjność interfejsu pozostawia wiele do życzenia, to w swojej kategorii są jednymi z najlepszych (najlepszymi?) na rynku. Mimo tego już teraz wiem, że kiedy zdecyduję się na wymianę zegarka, to nie będzie to ani Fitbit Versa Lite, ani usprawniona dwójka. Ani żaden kolejny produkt Fitbita. Tym razem postawię na Apple Watcha. Powód?

Bardzo prosty — na co dzień korzystam z całego zestawu rozwiązań giganta z Cupertino, a jak wiadomo, w tamtejszej rodzinie wszystko smakuje i wygląda lepiej. Bezproblemowa synchronizacja wszystkich danych dotyczących zdrowia w jednym miejscu, możliwość prowadzenia rozmów telefonicznych z poziomu zegarka bez poszukiwania telefonu (tak, jestem z tych którzy ciągle go gdzieś zostawiają), no i bezproblemowe łączenie się wszystkich elementów układanki. Bo jak wiadomo — ekosystem Apple uzależnia i wciąga. Od lat problemem pozostaje jednak konieczność ładowania urządzenia codziennie (no, przy moim trybie korzystania optymistycznie co dwa dni). Ale jednak dochodzi kilka bonusów, których u konkurencji nie odnajdę. I choć wiem, że będę musiał go ładować na starcie częściej, niż Versę po dwóch latach — to… jakoś będę musiał to przełknąć. Coś za coś.

Jeżeli nie zależy Wam na ekosystemie Apple, nie potrzebujecie do szczęścia GPS, a poszukujecie fajnego smart-zegarka w nieprzegiętej cenie — Versa jest jak najbardziej godna uwagi!