Świat

Nie trzeba deepfake'a żeby zrobić w konia czołowych europejskich polityków

KR
Krzysztof Rojek
3

Prezydenci europejskich stolic mieli w piątek rozmawiać z kimś, kto podszywał się pod Witalija Kłyczkę. Twierdzą, żę padli ofiarą deepfake'u.

O tym, że deepfake może być (i jest) niebezpieczny przekonujemy się dziś raz za razem. Wszystko dlatego, że jeszcze kilka lat temu technologia ta pozostawiała wyraźne ślady w edytowanych materiałach wideo, przez co wykryć deepfake było bardzo łatwo. Wystarczyło jednak kilkadziesiąt miesięcy i dziś deepfake'i są wręcz nie do odróżnienia od prawdziwych filmów (oczywiście, jeżeli dysponuje się odpowiednim sprzętem i oprogramowaniem).

Jednocześnie widzimy, że pomimo iż dalej deepfake'i są nowością, to nawet zwykli ludzie zaczynają dostrzegać, że jest to jedna z najprostszych metod wyrządzenia drugiej osobie krzywdy czy też - popsucia jej reputacji. Deepfake'ów użyła chociażby mama nastolatki, która chciała, by jej koleżanki usunięto z drużyny cheerlederek. Jednocześnie, przepisy prawa w zakresie tworzenia deepfake'ów i obrony przed nimi są daleko w tyle za rzeczywistością. Nie ma się jednak co dziwić, jeżeli czołowi politycy nie potrzebują być oszukiwanie przez deepfake.

Czołowi europejscy politycy nabrali się na podrabianego Kłyczko. Serio?

Jak donosi Niebezpiecznik, prezydenci kilku Europejskich stolic twierdzili, że rozmawiali przez kamerę wideo z kimś, kto podszywał się pod znanego boksera, a obecnie prezydenta Kijowa - Witalija Kłyczkę. Politycy używają tu terminu deepfake, ale wystarczy zobaczyć na zdjęcie, do którego dotarł niebezpiecznik, by zorientować się, że raczej deepfake to nie był.

Po pierwsze - rozmowa odbyła się w czasie rzeczywistym, co oznacza, że nie ma szans na prerenderowane nagranie. Pozostaje technologia deepfake'u w czasie rzeczywistym, nakładająca na twarz mówiącego  maskę znanej postaci. Tyle że taka technologia jest jeszcze bardzo zawodna i tego typu deepfake'i są ograniczone w swojej motoryce i łatwe do wychwycenia, nie mówiąc już o gliczach i artefaktach, które rujnują efekt. Tymczasem twarz jest tutaj bardzo dobrze widoczna (choć dziwnie wycięta) i jeżeli faktycznie użyto deepfake'u, to oznacza, że dużo europejskich miast wybrało na swoich przywódców osoby z bardzo słabym wzrokiem.

Dlatego bardziej niż deepfake myślę, że mamy tu do czynienia po prostu z ucharakteryzowanym aktorem. Tym bardziej, że na nagraniu miał on mówić o rosyjsku przez tłumacza, a umówmy się - dla osób z Europy Zachodniej głos takich osób jak Kłyczko nie jest rozpoznawalny.

Bardziej od tego niepokoi mnie jednak fakt, że pomijając już deepfake i charakteryzację, fałszywy Kłyczko na żadnym etapie nie został "zweryfikowany". Zwykłe potwierdzenie dowodu bądź jakakolwiek inna forma weryfikacji wystarczyłaby, aby pokazać oszustwo. Jak rozumiem, do czołowych europejskich polityków każdy może zadzwonić "od tak" i potencjalnie - wyciągnąć od nich poufne informację bądź nagrać ich konwersację by później skompromitować ich publicznie. Nic dziwnego, że politycy twierdzą, że padli ofiarą deepfake'u - dodaje to całej sprawie dramatyzmu i pokazuje ich jako ofiary zaawansowanego technologicznie ataku. Tymczasem problem leży zupełnie gdzie indziej.

Jednocześnie taka sytuacja pokazuje jeszcze jedną rzecz - jeżeli faktycznie był to deepfake, to żeby wyciągnąć informację od najważniejszych ludzi na kontynencie wystarczy mocna karta graficzna i trochę umiejętności. Co jest jeszcze bardziej przerażające.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu