Technologie

Czy SpaceX zabije prywatny przemysł kosmiczny w Stanach i Europie?

KK
Krzysztof Kurdyła
16

Oglądając nieudane starty rakietowych start-upów, które odbyły się na przestrzeni ostatnich tygodni, naszła mnie taka myśl, że SpaceX ma szansę stać się kosmicznym odpowiednikiem Standard Oil i w dużym stopniu zmonopolizować ten rynek na lata.

Osoby interesujące się przemysłem kosmicznym są dziś zachwycone ilością firm wchodzących w ten biznes. Co chwilę słyszymy o testach nowych rakiet, ciekawych projektach misji księżycowych, satelitów... generalnie, dużo się dzieje. Jednak jeśli przejrzeć się bliżej, SpaceX ma dziś spore szanse na praktyczne zmonopolizowanie „zachodniego” przemysłu kosmicznego, przynajmniej na kilkanaście, a może i kilkadziesiąt lat.

Standard Oil

Jeśli Starship w krótkim czasie wejdzie do służby, a jak jesteśmy tego blisko pokazać może już najbliższa próba z SuperHeavy, to pozostałym graczom pozostanie walka w niszach, lub o przeżycie. Na początku przywołałem przykład Standard Oil Johna D. Rockefellera. To przedsiębiorstwo petrochemiczne osiągnęło tak drastyczną przewagę nad konkurencją, że Ci ostatni musieli uciec się do lobbyingu politycznego, żeby móc w jakikolwiek sposób im zaszkodzić.

Nie będę was tu zanudzał niuansami i skutkami całego procesu konsolidacji rynku w rękach tego trustu, ale zwrócę uwagę, że wbrew czarnej legendzie swoją pozycję Standard Oil zdobył nie dlatego, że Rockeffeler był krwawym kapitalistą, ale dlatego, że dzięki usprawnieniom na polu produkcji i logistyki, oraz nowatorskim metodom zarządzania był bezwględnie najtańszy na rynku. Kupowanie poza Standard Oil nie było przymusem, ale przejawem rozsądku, a firma mimo niskich cen zarabiała krocie.

Rockefeller kosmosu?

SpaceX dziś ma równie unikalną pozycję, jest największym prywatnym graczem, oferującym najniższe możliwe ceny za kilogram wyniesiony na orbitę. Do tego jest firmą najbardziej elastyczną jeśli chodzi o terminy startów dzięki temu, że Falcon 9 Block 5 jest rakietą wielokrotnego użytku w pełnym tego słowa znaczeniu.

Na dziś, w niszy New Space działa jeszcze RocketLab, który łata dziury w momentach, gdy SpaceX nie ma miejsca, będź przy specyficznych potrzebach pojedynczych klientów. Jednak Peter Beck nie przypadkowo zjadł czapkę i próbuje zbudować rakietę klasy Falcona 9. Rynek kosmiczny się rozwija, ale na dziś to SpaceX samodzielnie skaluje szybciej, niż rosną potrzeby tego rynku. RocketLab zdało sobie z tego sprawdę, pytanie, czy nie za późno.

Problem skali

Na rynku mam dziś co prawda sporą grupę inwestorów, którzy mając tani pieniądz z luzowania ilościowego, czując modę na kosmos, a może nawet czasem realizując swoje marzenia, inwerstują w nowe firmy kosmiczne spore pieniądze. Pytanie, czy na pewno jest na nie miejsce w najbliższych latach? Firmy próbujące wejść dzis na rynek, to startupy dysponujące małymi, niesprawdzonymi rakietami.

Cześć z nich jest na etapie pierwszych, próbnych startów, większość testuje pojedyncze elementy i próbuje zbudować prototyp. Większe modele, choć zapowiedziane, pozostają co najwyżej na etapie projectów w CAD, o ile nie na papierze. Doświadczenia, niepatyczkującej się przecież z testami SpaceX pokazują, że na dopracowanie małych konstrukcji będzie potrzebne co najmniej kilka lat. Konkurencja dla Falcona 9? Optymistycznie licząc, może pojawić się za 4 do 6 lat, pesymistycznie...

Problem metody

Na rozdrożu są też firmy Old Space i mentalnie tam przynależące Blue Origin. ULA zakończyła przyjmowanie zleceń na, znacznie droższego od Falcona, Atlasa V. Alternatyw na wznowienie jego produkcji raczej nie będzie, ta rakieta lata na rosyjskich silnikach. Spóźniony już znacznie Vulcan Centaur otrzyma pod koniec roku nieprzetestowane silniki od Blue Origin. Firma Bezosa z kolei, poza tym, że nie był jeszcze nigdy na orbicie, musiała ze względu na kontrakt z ULA przesunąć pracę na New Glenn o kolejne lata. Tak na prawdę obie firmy są na początku swojej drogi na orbitę...

Cena czyni cuda

Tymczasem SuperHeavy i Starship SN20 czekają na zgodę urzędników. Próba dostania się na orbitę to kwestia tygodni. Jeśli SpaceX nie popełniło błędu w założeniach i ich rakieta spełni oczekiwania, reszta firm praktycznie przestanie być potrzebna. Celem Starsipa ma być obniżenie ceny 1 kg wyniesionego na orbitę do absurdalnie niskich poziomów.

Ten wskaźnik ceny nie jest może doskonały, wyceny poszczególnych misji mogą się różnić ze względu na wiele innych czynników, ale jakieś pojęcie o ogólnych różnicach pomiędzy poszczególnymi rakietami daje. Na dziś koszt wyniesienia 1 kg przez Falcona Heavy ocenia się na 1400 - 2500 dolarów, co jest najniższą ceną w historii. Ta rakieta nie jest tak elastyczna, jeśli chodzi o przygotowania, jak zwykły Falcon 9, ale w jego przypadku ceny nie są wiele wyższe, 2500-3000 dolarów za kompleksową misję, 5000 dolarów za kg w misjach łączonych (raidshare) .

Małe rakiety, czyli te, które w w miarę krótkim terminie mogą osiągnąć zdolność operacyjną, nie są w stanie zbliżyć się ceną w te okolice. Electron lata dziś za około 20000 - 25000 dolarów za kilogram. Firmy, które jeszcze nic w praktyce nie osiągnęły, obiecują ceny w okolicy 10000 dolarów. Jednak doświadczenie pokazuje, że cena ostateczna, przynajmniej w pierwszych latach zawsze jest wyższa niż obiecywana. Swoja drogą, cała ta sytuacja pokazuje wizjonerstwo SpaceX w czasie, gdy odstrzelili Falcona 1, aby stworzyć dużo większą rakietę.

Efekt skali

Musk ze Starshipem chce osiągnąć cenę 10 dolarów za kilogram. Ale niech to będzie 20 x, a nawet 50 x więcej... w połączeniu z możliwości ponownych startów liczonych w dniach, a następnie godzinach, SpaceX i tak będzie miało możliwość zarabiać ogromne pieniądze i wyciąć w pień całą istniejącą konkurencję.

Jeśli Starship zda egzamin, cała reszta będzie mogła liczyć tylko na polityczne decyzje, utrzymujące część firm przy życiu jako swoisty backup dla firmy Muska. Jednocześnie żadne postępowanie antymonopolowe na tym rynku nie będzie możliwe, SpaceX nie da się podzielić na kawałki. Zresztą to agencjom rządowym i wojskowym zależy na sprawdzonym i tanim dostawcy.

Jeżeli gdzieś szukać konkurencji dla SpaceX, to chyba tylko w jeszcze nie istniejących projektach. Jeśli pojawi się ktoś, kto pobije Muska na poziomie koncepcyjnym, wprowadzi stabilny silnik detonacyjny, opracuje efektywny rakietowy silnik nuklearny... może zasypie dziurę wykopaną przez odwagę i bezkompromisowość SpaceX. Na dziś konkurenci Muska mogą liczyć tylko na to, że na Starshipie pośliźnie mu się noga, co jest mało prawdopodobne i byłoby szkodliwe dla naszej kosmicznej przygody.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: