52

Czemu w Polsce nie powstają startupy na miarę Skype?

Autorem artykułu jest Łukasz Banach, Project Manager w WP.PL, autor bloga zWeb.pl. Wielokrotnie zastanawiam się, dlaczego tak mało projektów internetowych, tworzonych w Polsce, odnosi realny sukces poza granicami kraju. Co decyduje o powodzeniu nowego przedsięwzięcia – szczęście, umiejętności, wiedza, mentalność, a może coś zupełnie innego? Postanowiłem rozważyć kilka zagadnień, które dają nieco szerszy obraz problemu. […]

Autorem artykułu jest Łukasz Banach, Project Manager w WP.PL, autor bloga zWeb.pl.

Wielokrotnie zastanawiam się, dlaczego tak mało projektów internetowych, tworzonych w Polsce, odnosi realny sukces poza granicami kraju. Co decyduje o powodzeniu nowego przedsięwzięcia – szczęście, umiejętności, wiedza, mentalność, a może coś zupełnie innego?

Postanowiłem rozważyć kilka zagadnień, które dają nieco szerszy obraz problemu.

Kompleksowość edukacji

Większość osób uczących się na różnych szczeblach edukacji, prędzej czy później skończy na studiach. Nieważne jakich – czy będzie to Uniwersytet Warszawski czy Uniwersytet Czesania Kotów. Innymi słowy – zdobędą szeroką, kompleksową wiedzę. We wszystkich możliwych kierunkach – znać będą na pamięć rzeki, stolice i poziom wydobycia złota w RPA.

Tylko po co? Teoretycznie po to, by wybrać PÓŹNIEJ interesujący kierunek rozwoju zawodowego. Tyle, że to mrzonki! Przychodzi do mnie nastolatek, lat 19 – tuż przed maturą i pyta: na jaki kierunek studiów złożyć podanie? On tego nie wie, po 12 latach nauki w szkole!
Zastanawiam się w związku z tym: co nauczyciele robili z nim przez te 12 lat, że nie potrafili wskazać mu właściwej drogi i znaleźć, wartych rozwoju, zainteresowań? Dobrze, że taki dzieciak się zapyta – przynajmniej ktoś będzie mu w stanie odradzić humanistyczne fabryki bezrobotnych „prawie dyplomatów i prawie pedagogów”.

Taki uczeń pójdzie więc np. na studia inżynierskie i przyswoi sobie wiedzę, która najpewniej w ogóle go nie interesuje. Może nawet znajdzie ciekawą i dobrze płatną pracę – bo rynek akurat poszukuje takich jak on. Tyle, że taki pracownik nie będzie żadnym pasjonatem zdolnym zbudować biznes. Jakikolwiek biznes, nie mówiąc już o ekspansji poza granice kraju. On będzie przez kolejne lata klepał bezrefleksyjnie to, czego się nauczył, mając nadzieję, że rynek ciągle będzie potrzebował jego umiejętności.

Co więcej, forma edukacji sprawia, że ów abiturient nie nauczy się żadnych form interdyscyplinarnej współpracy. On po prostu nie wie, jak zbudować projekt z innymi fachowcami, gdzie poszukać dobrego grafika i PM, nie ma umiejętności negocjacji i wiedzy, w jaki sposób przekonać do swojego pomysłu. Albo nie robi nic, albo próbuje robić wszystko sam. Nieliczne przypadki sukcesów, jak NK.pl, są tylko smutnym potwierdzeniem wyjątku.

Bezsens edukacji

Idąc dalej tym tokiem rozumowania, zastanówmy się nad sensem edukacji późnoszkolnej w ogóle. Owszem, dzięki staroświeckim metodom wbijania do głowy całości tego, co nas otacza, kończąc szkołę mamy wiedzę o wszystkim, ale nierzadko też o niczym. Na tle rówieśników z innych krajów wypadamy wspaniale pod względem szczegółowej, encyklopedycznej wiedzy, ale gdy przychodzi do rozwiązywania problemów czy zastosowania wiedzy w praktyce – mamy spore kłopoty.

Poświęcamy tysiące godzin przez 18 lat ze swojego najbardziej kreatywnego okresu życia, by potem robić coś zupełnie innego. Nie twierdzę tym samym, że nie powinniśmy chodzić do szkoły czy na studia. Uważam jednak, że naukę trzeba traktować jak przyczynek do rozwoju, znajdowania odpowiedzi, a nie jako twardy dysk do zapisania informacji. Bardziej jak procesor do rozwiązywania zadań.

Wielokrotnie mamy przecież wrażenie, że większość z rzeczy, których się uczyliśmy, pamiętamy JAKOŚ. Albo pamiętamy, ale dziś się tyle pozmieniało, że jest to zupełnie nieprzydatne. Ab, zweryfikować niezbędne dane i tak zajrzymy do Wikipedii, prawda?

System edukacji w Polsce to gigantyczne marnotrawienie czasu i zasobów. To tak, jakby przygotowując projekt startupowy, nigdy nie zrobić MPV (minimum viable product – produkt z minimalnymi wymaganiami do działania) a ciągle dopracowywać gotową betę, by na końcu okazało się, że nasza koncepcja nie pasuje do żadnego klienta (czyt: rynku pracy) i musimy zrobić pivot (czytaj: pracować w zupełnie innym zawodzie niż wyuczony). Po 18 latach pracy (nauki!) nad projektem.

Zamiast spędzać czas w szkole, warto zabrać się za realizację własnych pomysłów, a studia traktować jak hobby i poszerzenie horyzontów, poznawanie ciekawych ludzi, budowanie sieci kontaktów i szukanie inspiracji. Nigdy, jak naukę twardej wiedzy (poza kilkoma zawodami, jak lekarz czy prawnik). W rankingach zdobywania morderczej wiedzy w szkole dominują obecnie Azjaci – Japończycy, Koreańczycy czy Chińczycy. Kształcą armie lekarzy i inżynierów. Ale czy dzięki temu kreują na świecie ciekawe, nowatorskie pomysły nie-techniczne? Czy potraficie wymienić znane biznesy internetowe z Chin czy Japonii, które osiągnęły sukces na miarę Twittera czy chociażby Pinteresta?

Nie – to „leniwe, głupie chłopaczki” z amerykańskich uniwersytetów zakładają Facebooki i Digga, zarabiając duże pieniądze i promując w ten sposób amerykańską pop/tech-kulturę na całym świecie. To najlepsi ambasadorzy amerykańskiego stylu życia. Nie są nimi polscy studenci, z których 2/3 nie przeczytało w ciągu roku ani jednego dłuższego tekstu.

Rodzice

Pokolenie dzisiejszych 40, 50-latków (czyli nasi rodzice) to ludzie ukształtowani jeszcze przez poprzedni system. Dla nich miarą sukcesu jest grzeczne, dobrze uczące się dziecko, które po studiach pracuje w urzędzie. Nic ponad to. Czemu grzeczne dziecko? Bo nieładnie być walczącym o swoje, lepiej cicho siedzieć, może kiedyś ktoś nas doceni. NIE DOCENI. Bez przebojowości (ale nie chamstwa!) i walki o swoje nigdy nie osiągniemy realnego sukcesu, chyba że poszczęści nam się w lotto.

Dobrze uczące się, grzeczne dziecko to już w ogóle najgorsze możliwe połączenie. Z jednej strony świetnie radzi sobie w szkole, bo jest konformistyczne („grzeczne”) wobec rodziców i tym samym nie wychyli się ponad rówieśników i nie zawalczy o swoje a z drugiej strony przyswaja niepotrzebną mu wiedzę, nie znajdując czasu na własne pomysły, hobby i realizowanie projektów. Praca w urzędzie to zaś kwintesencja polskiego minimalnego i zgubnego myślenia. Urzędnik to nie pozycja, to stan umysłu. Urzędnik dziś ma być partnerem klienta (mieszkańca), a nie jego „Panem”.

W większości przypadków, praca na takim stanowisku konserwuje obyczaje i uwstecznia w doświadczeniu. Innymi słowy, w 99% przypadków to bezproduktywne zajęcie, które kiedyś zostanie zastąpione robotem lub komputerem. Nie twierdzę, że korporacje czy urzędy są niepotrzebne – wręcz przeciwnie – gospodarka bowiem potrzebuje równowagi na wielu szczeblach. Patrzenie jednak na rozwój zawodowy w kategoriach „ciepłej posadki” to gwóźdź do trumny innowacyjności kraju. Jeśli rodzic namawia Cię na „bezpieczną pracę” w jakimś zakładzie/urzędzie, to proponuję krótki eksperyment. Otwórz excel i wpisz swoje lata pracy do emerytury (tak około 40). Następnie do każdego roku dopisz średnią pensję, co roku dodając do niej jakieś 1-2%. Potem wszystko zsumuj i zrozum, że NIGDY WIĘCEJ NIC PONAD TO PRAWDOPODOBNIE NIE OSIĄGNIESZ.

Masz rozplanowane tym samym najbliższe 40 lat wstawania rano z łóżka, picia kawy w pracy i oglądania tych samych miejsc. Żadnej zmiany, żadnej twórczej pracy i żadnych szans na zostanie bogatym człowiekiem (chyba, że liczysz na łapówki).

Niski kapitał społeczny

Polacy są nieufni. Każdy każdemu zazdrości i najchętniej podłożyłby świnię, a donosy do urzędów skarbowych zwiększają się co roku w tempie prawie wykładniczym. To fakty. Ten stan rzeczy nie sprzyja też realizacji jakichkolwiek idei, tworzeniu sensownych projektów. Bo jak znaleźć współpracownika, który może mnie oszukać? Albo iść do inwestora, skoro być może „ukradnie” mój pomysł? I mniejsza z tym, że w ogromnej większości takie obawy są zupełnie bezpodstawne, a Twój projekt i pomysł jest tyle wart, ile długopis oraz kartka potrzebne do jego zapisania.

Musimy zdawać sobie sprawę, że tylko realne działania i realizacja swoich wizji to możliwość odniesienia jakiegoś sukcesu. Bez odrobiny zaufania i próby znalezienia właściwych osób, nigdy nic nie zbudujemy. Od biadolenia jeszcze nikt nie został bogaty. Tym bardziej staje się to widoczne, gdy budujemy projekt międzynarodowy. Bez kooperacji i nawiązania znajomości nie odnajdziemy się na obcym dla nas rynku.

Przyczyną braku sukcesów jest także nadmierne przecenianie własnych umiejętności. Każdy swój projekt uważamy za wspaniały, a innych za gorszy od własnego. Namawiam więc do pewnej dozy skromności i niewielkiego wysiłku, by znaleźć partnerów do budowy czegoś wielkiego. Samemu to możemy tylko się najeść, a nie zrobić „startup”.

Dorobkiewicz

Polakom się nie chce. Po prostu. Przez 20 lat kapitalistycznej gospodarki doszliśmy do takiego etapu, w którym żyje nam się całkiem wygodnie.
Spójrzmy na największe biznesy – większość powstała na początku lat 90. (Kulczyk, Solorz, Wejchert i inni). Wtedy byliśmy najbardziej głodni sukcesu (choć także regulacje i nierzadko dziwne powiązania polityczno – biznesowe pomagały w budowaniu fortun) i tworzyliśmy coś przełomowego, nowego i przydatnego. W tym czasie też powstało większość małych i średnich firm istniejących do dzisiaj.

W gospodarce elektronicznej i opartej na wiedzy jest podobnie, a jednak nam się nie chce! Nie mamy zbyt wielu regulacji, rynek dynamicznie się rozwija, a globalna sieć nie ma granic. Z wielu rozmów z pracownikami różnego rodzaju firm (także tych IT), wyłania się jednak prosty i smutny obraz: „płacą mi dobrze, mam stabilną (kolejne złudzenie) pracę i kredyt na głowie. Nie chce mi się ryzykować i robić czegoś nowego”.

Tylko, że zawsze mogą Cię zwolnić, zaczniesz mniej zarabiać i cały Twój świat się zawali. Pracując w taki sposób, nie zdobywasz doświadczenia i nie rozwijasz się. Jedyne, co się u Ciebie mnoży, to kolejne pozycje w nieprzydatnym nikomu CV. Być może potrzebujemy jakiejś niestabilności, by znów odkryć u siebie żyłkę przedsiębiorców? A może potrzebujemy sąsiada obok, który kupi sobie nowe Ferrari? Wszak zazdrość to jeden z najlepszych motywatorów do działania.

Zbyt duży rynek wewnętrzny

My, Polacy mamy pecha, że żyjemy w Polsce. Tak, tak – nasz kraj to ponad 38 milionów obywateli i 20 milionów internautów, do których możemy trafić ze swoim produktem bądź usługą. To dość sporo aby, jak pokazują przykłady Allegro czy Naszej Klasy, nieźle zarobić. Paradoksalnie może to być także przyczyną zaściankowego myślenia o projektach tylko w kategorii własnego podwórka. Kisimy się we własnym sosie.

Zwróćcie uwagę, jak wiele startup weekendów u nas powstało. Tydzień bez spotkania branży startupowej, to tydzień stracony. Z jednej strony to dobrze – mentorzy przekazują wiedzę, młodzież się uczy. Ale de facto to nierzadko bezproduktywne branżowe „robienie sobie dobrze”. Czy dzięki temu urodziło się wiele dużych, znaczących projektów? Czy twórcy Naszej Klasy chodzili na wcześniejsze speeche i spotkania?

Nie – wzięli się do roboty: zauważyli (sporą) niszę i zrobili produkt. Niedoskonały, ale na tyle przydatny, żeby go potem spokojnie dopracować. Nasza Klasa to także przykład świetnego wykonania produktu, który wspaniale wypalił w naszym kraju, choć nie miał potencjału na skalę światową. Czemu? Bo specyfika nauki w Polsce jest odmienna od tego, co mamy w USA, Niemczech czy Rosji.

Impulsem może być coraz większa globalizacja internetowych projektów w naszym kraju. Rynek opanowują globalne marki i konkurencją dla nich może być tylko projekt o silnym, ponadnarodowym zapleczu.

Ryzyko porażki

W Polsce przedsiębiorca, któremu nie udał się projekt jest, przynajmniej na jakiś czas, skreślony. Uważany za bufona i nieudacznika. Obśmiewany za plecami jako ten, któremu się nie udało: „i bardzo dobrze!”. Nic nas nie cieszy tak, jak porażka drugiego człowieka.

W USA jest, dla odmiany, zupełnie inaczej. Tam człowiek bez kilku porażek na koncie nie jest wiarygodnym partnerem dla inwestora, gdyż nie zdobył wystarczającego doświadczenia. Porażka nie oznacza końca kariery, a jedynie koniec projektu i szansę na rozwój kolejnego. Zamknięcie biznesu nierzadko ogłasza się, informując o przyczynach i starcie nowego biznesu. U nas robi się to po cichu i ze wstydem. Nie szanuje się ludzi, którzy mieli odwagę SPRÓBOWAĆ czegoś więcej niż codzienne przychodzenie do (nie-swojej) pracy.

Słaby rynek VC i pomoc z UE

Duże pieniądze psują rynek – ta maksyma jest znana nie od dziś. Takimi pieniędzmi są niewątpliwie dotacje z UE. Czy jesteście w stanie wskazać ciekawe, innowacyjne projekty, które okazały się sukcesem po otrzymaniu pieniędzy z funduszy europejskich? Gdzie leży problem? Jest przecież wiele przykładów z dziedzin takich, jak inżynieria czy biotechnologia, gdzie publiczne granty są realnym wsparciem i trampoliną do sukcesu.

Być może przyczyną są weryfikatorzy – ludzie oceniający pomysły? Bez doświadczenia i wiedzy o rynku? Ile jest w Polsce osób, na tym młodym rynku, które mają doświadczenie i zasiadają w takich zespołach oceniających? Zero, jedna? Przedsiębiorcy otrzymujący pieniądze z UE do perfekcji opanowali zaś obiecywanie we wnioskach złotych gór i rozliczanie dotacji, wydatków czy spełnianie absurdalnych wskaźników przypisanych do projektu. Dla wielu firm te łatwe pieniądze stały się podstawowym modelem biznesowym.

Psując rynek nie tylko zalewają go nic niewartymi projektami, ale także angażują specjalistów do ich realizacji za stawki o wiele zawyżone, w stosunku do realnych wycen rynkowych.

Język angielski

Last but not least – nie osiągniesz sukcesu bez znajomości, w stopniu bardzo dobrym lub wręcz perfekcyjnym, innego języka niż ojczysty. Jak inaczej znaleźć niezbędne informacje, być na bieżąco z trendami? Jak czerpać wiedzę i komunikować się z kooperantami? Nie wyobrażam sobie rozmów z inwestorami i partnerami jedynie dukając, jak w „Dniu Świra” – Heloł, maj nejm is….

Niestety, nawiązując do tak krytykowanej na początku rodzimej edukacji, skupiamy się głównie na nauce gramatyki i właściwej wymowy. Czy pamiętacie, by ktokolwiek uczył Was przydatnych, biznesowych słówek poza oklepanymi zwrotami „polskiego turysty” lub „knajpiarza na wakacjach”? Pedantyczne przywiązanie do poprawności formy prowadzi do tego, że zamiast płynnie (i czasem z błędami) porozumiewać się z obcokrajowcem, zastanawiamy się 5 minut, jakiego czasu użyć. I tak pewnie wybierzemy niewłaściwy, ale wcześniej cała komunikacji weźmie w łeb.

Podsumowanie

Jak widać, problem jest wielowątkowy i bardzo złożony. Rozwiązania nie są proste, bo muszą dotknąć wielu fundamentalnych przeszkód – mentalnych, środowiskowych, kulturowych czy instytucjonalnych. Nie przesądza to jednak o naszych indywidualnych sukcesach czy porażkach.

Wystarczy być świadomym trudności i samemu je przezwyciężać.

Obrazek.