43

„Czarny piątek” w Polsce? Nie róbmy sobie tego…

Podejrzewam, że większość z Was kojarzy wydarzenie określane mianem „czarnego piątku” (Black Friday), czyli dzień, w którym startują w USA przedświąteczne zakupy. Te ostatnie nie wywoływałyby pewnie takiego poruszenia w narodzie amerykańskim, gdyby nie towarzyszące im promocje i obniżki cen. Wczoraj pomyślałem, że to kolejna rzecz, której możemy zazdrościć Amerykanom. Szybko zmieniłem zdanie. Do „czarnego […]

Podejrzewam, że większość z Was kojarzy wydarzenie określane mianem „czarnego piątku” (Black Friday), czyli dzień, w którym startują w USA przedświąteczne zakupy. Te ostatnie nie wywoływałyby pewnie takiego poruszenia w narodzie amerykańskim, gdyby nie towarzyszące im promocje i obniżki cen. Wczoraj pomyślałem, że to kolejna rzecz, której możemy zazdrościć Amerykanom. Szybko zmieniłem zdanie.

Do „czarnego piątku” w USA zostało jeszcze sporo czasu – w tym roku wypada on 29 listopada, a zatem równo za miesiąc. Dlaczego teraz o tym piszę? Ponieważ wczoraj w rosyjskiej części Sieci przeczytałem, że niektóre sklepy u naszego wschodniego sąsiada zamierzają zorganizować rosyjski czarny piątek i planują go na szóstego grudnia. Właśnie wtedy stwierdziłem, że nasze sklepy również mogłyby wziąć przykład z amerykańskich. Przecież to byłaby świetna okazja do zdobycia np. upatrzonego sprzętu w rozsądnej cenie i zrobienia sobie (to nie egoizm, lecz życie) prezentu na koniec roku. Oczyma wyobraźni widziałem już siebie kroczącego między sklepowymi regałami i dorzucającego do koszyka towary (wśród nich elektronikę), które chętnie zobaczyłbym w mieszkaniu. Ta wizja dość prędko prysła: hola, hola, przecież mowa o czarnym piątku – dniu walki w tłumie i wzajemnego tratowania.

Każdy musiał przynajmniej raz widzieć zdjęcia lub filmy z amerykańskich sklepów wykonane w czarny piątek. Jeśli nie, to poniżej serwuję próbkę. To zjawisko można określić na różne sposoby, ale zazwyczaj będą to synonimy słowa obłęd. Ludziom nierzadko puszczają wszystkie hamulce i z nauczycieli chemii, pielęgniarek i ogrodników zamieniają się w istoty opętane przez siłę, której do dzisiaj nie potrafią zdefiniować nawet amerykańscy naukowcy. W pogoni za nowym smartfonem, konsolą i telewizorem za 1/3 ceny człowiek jest w stanie zrobić wiele.

Na tej podstawie doszedłem do wniosku, że może jednak lepiej darować sobie podobne sceny na rodzimym podwórko – trudno stwierdzić, czy nasza służba zdrowia jest gotowa na takie wydarzenia i czy wszyscy potrzebujący otrzymaliby pomoc na czas. Oczywiście ktoś mógłby powiedzieć: ale czemu od razu założenie, że Polacy zachowywaliby się tak, jak Amerykanie? Na to jest tylko jedna odpowiedź – to nie założenie, lecz wnioski po kilku promocjach, jakie zaserwowały nam sklepy.

Niedawno hitem Sieci były zdjęcia i filmy z otwarcia galerii handlowej w Poznaniu, gdzie klienci mogli zdobyć np. tablet za niecałą „stówkę”. Bójek może i nie było, ale pewnie dałoby się poważnie podgrzać atmosferę i wywołać jakąś aferę. Stolica Wielkopolski nie jest tu jakimś szczególnym wyjątkiem – miesiąc wcześniej podobne sceny można było zobaczyć w Katowicach, inne miasta pewnie też miałyby się czym pochwalić. Nie jest nawet potrzebna galeria handlowa – często wystarcza otwarcie nowego dyskontu i widowisko gwarantowane (zwłaszcza, gdy to jakiś jubileuszowy sklep).

W Polakach drzemie zatem potencjał, który mógłby się ujawnić w pełnej krasie podczas naszego czarnego piątku. Do Amerykanów jako nacji podobni raczej nie jesteśmy, więc całe zjawisko należy uznać za globalne i ogólnoludzkie. I na swój sposób fascynujące. Pamiętam, że w połowie minionej dekady sąsiad opowiadał mi o tym, jak koczował przed nowo powstałą galerią i udało mu się kupić koszyk discmanów. Na pytanie, co zamierza z tym zrobić, wzruszył ramionami i ewidentnie brakowało mu konceptu (w starciu z odtwarzaczami multimedialnymi i telefonami z taką funkcją, discmany poważnie traciły na popularności oraz znaczeniu i stawały się wówczas reliktem przeszłości). Jednocześnie jednak mój rozmówca nie wyglądał na zmartwionego. Wręcz przeciwnie – tryskał energią, bo udało mu się coś zdobyć, wyprzedzić innych, „pokonać sklep” (swoją drogą, ciekawe, ile wtedy na nim zarobili?). To nie był człowiek przytłoczony niespodziewanym i bezsensownym wydatkiem, lecz zwycięzca. Stąd już niedaleka droga do stwierdzenia, że był diamentem…;)

Patrząc na walki klientów podczas czarnych piątków (oraz innych wydarzeń tego typu) trudno nie docenić sklepów internetowych. Z jednej strony, cały czas słyszę i czytam, że rozwój nowych technologii źle wpływa na człowieka jako jednostkę i część społeczeństwa, ale z drugiej strony, jakoś ciężko uwierzyć mi w to, że ludzie klikając na promocyjne oferty w sklepie internetowym urządzają dantejskie sceny we własnych domach. A nawet jeśli urządzają, to chyba nie szkodzą zbytnio swoim zachowaniem otoczeniu. Spory plus.

Źródło grafiki: stuff.co.nz