Bezpieczeństwo

Pomysł prezydenta Microsoftu: "Cyfrowa Konwencja Genewska". Kto to podpisze?!

JS
Jakub Szczęsny
6

Jeżeli przecieracie oczy ze zdumienia, spieszę z wyjaśnieniem. Na wzór Konwencji Genewskiej (a raczej konwencji), która miała na celu usystematyzowanie zagadnień dotyczących pomocy humanitarnej, poprawę losów jeńców oraz rannych w działaniach wojennych (i nie tylko), miałaby się pojawić również ta, która dotyczyłaby zasad prowadzenia wojen w cyberprzestrzeni. Pomysłodawcą takiego dokumentu okazał się prezydent Microsoftu - Brad Smith.

W swojej notce blogowej, Smith wyraził się krytycznie w temacie aktualnie prowadzonych działań przez rządy, które mocno eksploatują możliwości inwigilacji obywateli przez internet. Propozycja padła podczas konferencji RSA w San Francisco, która odbyła się w tym tygodniu. Przy okazji, prezydent giganta odniósł się do wycieku wiadomości e-mail demokratów przy okazji wyborów w USA. Podejrzewa się, że za tym wyciekiem mogą stać Rosjanie, którym rzekomo byłoby na rękę, aby Trump wygrał wybory.

Ale to tylko jeden z przykładów. Faktem jest to, że rządy oraz podległe im instytucje nie przejmują się etyką działań prowadzonych w cyberprzestrzeni. Bardzo mocno poruszyła Was sprawa byłego policjanta z USA, który znajduje się w więzieniu bez orzeczenia o wyroku tylko dlatego, że nie zamierza podać służbom dostępu do zaszyfrowanego dysku. Prawnicy wskazują na piątą poprawkę do konstytucji USA, która zapewnia oskarżonym prawo do odmowy złożenia zeznań, jeżeli by ich obciążyły. Spójrzmy także na Wielką Brytanię, która wcześniej była trawiona przez aferę inwigilacyjną, gdzie bez żadnych podejrzeć śledzono poczynania obywateli. Szczytowa popularność internetu i jego powszechność - nie tylko w typowych urządzeniach zapewniających do niego dostęp to nie tylko korzyść dla mas, ale również szansa dla służb, by jeszcze lepiej zbierać dane.

Brad Smith proponuje konwencję. W swoich założeniach jest piękna

Brad Smith oznajmił, że firmy technologiczne np. w obliczu cybernetycznego konfliktu między państwami powinny otrzymać gwarancję neutralności tak, aby inni użytkownicy nie ucierpieli na możliwym ataku. Nie chodzi tylko o takie podmioty. Nie trzeba daleko szukać - niedawno w Polsce mieliśmy do czynienia z ciekawym, choć przerażającym przypadkiem zainfekowania banków przez nieznane złośliwe oprogramowanie. Eksperci twierdzą, że ten incydent może mieć związek z działalnością obcych służb.

Według Smitha, Donald Trump jest w stanie wypracować odpowiedni kompromis w tej kwestii, również z historycznym "rywalem" (ciekawe, jak to dalej będzie wyglądało), Rosją w osobie Putina. W ramach takiego porozumienia, nie dopuszczano by się działań, które miałyby bezpośredni wpływ na infrastrukturę informatyczną danego kraju.

W wypowiedzi Smitha brakuje mi tylko zapewnienia cywilów o tym, że rządy nie będą ich grabić z danych

Idea konwencji opiera się głównie o zawiązaniu porozumienia, w ramach którego państwa nie dokonują określonych ataków między sobą - wszystko po to, aby chronić obywateli. Co jednak z ochroną obywatela przed... jego rządem? O tym nie ma mowy. Ponadto, nie wierzę w zawiązanie tego typu konwencji. Bezpieczeństwo informatyczne nie jest mocno eksponowanym tematem w światowej polityce, a poza tym - ludzie średnio zwracają uwagę na to, co się dzieje z ich danymi. Nawet, gdyby były przymiarki do tego, aby część państw ratyfikowała tego typu zapisy, część odmówiłaby. Co więcej, jestem w stanie wyobrazić sobie sytuację, w której nawet te kraje, które dokonały ratyfikacji konwencji, miałyby ją kolokwialnie "gdzieś". Któryż rząd odmówiłby sobie możliwości infiltrowania zasobów informacyjnych "przeciwnika" bez potrzeby wysyłania do niego fizycznych agentów?

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

Microsoft