7

Ci dziwni Francuzi i ich… arcydzieło

Lądujesz na obcej planecie i jak szalony lecisz dnem zabójczego kanionu, by na jego końcu spotkać kosmitę-ducha, który zaproponuje Ci rozmnażanie. Brzmi znajomo? Nie? A powinno, bo to bodaj najsłynniejsza scena z przygodowej gry komputerowej „L’Arche du Captain Blood”, za którą w 1988 roku spuszczono Francuzom niezłe baty. Zupełnie zresztą niesłusznie! Oj, dostało się za […]

Lądujesz na obcej planecie i jak szalony lecisz dnem zabójczego kanionu, by na jego końcu spotkać kosmitę-ducha, który zaproponuje Ci rozmnażanie. Brzmi znajomo? Nie? A powinno, bo to bodaj najsłynniejsza scena z przygodowej gry komputerowej „L’Arche du Captain Blood”, za którą w 1988 roku spuszczono Francuzom niezłe baty. Zupełnie zresztą niesłusznie!

Oj, dostało się za to Francuzom. Jak za dawnych wieków, Anglicy tłukli sąsiadów, choć tym razem poszło o grę. Produkcja co prawda nie została na wyspach przyjęta tak źle (oceny w granicach 60-75%), jednak wszyscy recenzenci zgodnym chórem przyznali, że drugiego takiego dziwadła to ze świecą szukać i fakt, że autorami są Francuzi, z pewnością ma z tym coś wspólnego…

Dziwne to i niesprawiedliwe, szczególnie wobec faktu, że eksperymenty na ciele fantastyki z powodzeniem przeprowadzali w tamtych chociażby Enki Bilal i Jean Henri Gaston Giraud znany szerzej jako Mœbius – dwaj francuscy twórcy komiksów, uznani na całym świecie. Być może więc owa niechęć była wynikiem faktu, iż ojczyzna ZX Spectrum uważała się za królową gier…

Jedno jest pewne – „L’Arche du Captain Blood” to gra bardzo oryginalna, która znacznie wyprzedziła swoją epokę. W Polsce wzbudziła zachwyt, rozchodząc się jak ciepłe bułeczki, oczywiście w pirackich kopiach. Brytyjskie recenzje, jak już wspomniałem, były raczej chłodne. Jeden z dziennikarzy napisał w 1989 roku na łamach pisma Sinclair User znamienne słowa:

Może to nadmiar czosnku. A może to okropne wino, które piją. Jakiekolwiek jest wytłumaczenie, Francuzi piszą naprawdę dziwne gry. Captain Blood powinien wygrać międzynarodową nagrodę za dziwaczność…

Tytuł dziś łatwo pomylić ze starymi powieścią i filmem spod znaku płaszcza i szpady oraz bazującą na nich nową grą. Ta ostatnia zresztą nigdy nie została wydana. Zbieżność francuskiej produkcji z 1988 roku z historią słynnego pirata nie jest jednak przypadkowa.

Bohater, w którego się wcielamy, to programista Bob Morlok (lub Morlock), który jest fanem pirackiej historii o kapitanie Blood. Nic dziwnego, że taki nadaje sobie pseudonim. Morlok tworzy specjalną grę science fiction i podczas tekstów przypadkowo przeniesiony zostaje do stworzonej przez siebie rzeczywistości – galaktyki Hydra, gdzie w wyniku splotu wydarzeń uciekać musi w hiperprzestrzeń. Podczas lotu jego biostatek zostaje uszkodzony, a Morlok znany jako Kapitan Blood rozszczepiony na 30 jednakowych osobowości. Każdy z klonów ma w sobie część energii oryginału.

Przez 800 lat Blood, zamieniający się coraz bardziej w cyborga, ściga klony, chcąc odzyskać własną energię, człowieczeństwo i możliwość powrotu do domu. Udało mu się wyeliminować 25 egzemplarzy, ale jest coraz bliższy śmierci i niewiele czasu mu zostało.

Tak mniej więcej wygląda tło fabularne. Mówię „mniej więcej”, bowiem źródła się w tej materii nieco różnią, a oryginału francuskiego nie dane mi było poznać. Podobno w pudełkowej wersji gry instrukcja zawierała opowiadanie będące prequelem historii. Recenzenci angielscy narzekali jednak, że tekst niczego tak naprawdę nie wyjaśnia, a gracz pozostaje skonfundowany.

Odnalezienie ostatnich pięciu klonów to robota dla nas. Mamy na to określony czas, a do eksploracji przeszło… 32 tysiące planet (sic!), a według czasopisma Your Sinclair – 36 tysięcy. Oczywiście zdecydowana większość jest niezamieszkała. Stąd też wymóg dokładnego podążania za ścieżka fabularną i odkrywania nowych współrzędnych. Inaczej błąkać się będziemy po pustkowiach, aż skończy się czas.

Żeby było ciekawiej, ani zawrotna liczba planet, ani dziwaczne tło fabularne nie stanowią o wyjątkowości tej gry. Prawdziwą rewelacją, niestety wówczas niedocenioną, jest system porozumiewania się z postaciami w grze. Galaktyka Hydra zamieszkana jest przez różne rasy. W sumie jest ich kilkanaście. Możemy więc spotkać się z pokojowymi humanoidalnymi Izwalami czy onirycznymi siostrami Ondoyante, z których jedna, przybierająca postać nagiej kobiety-zombie, nas nienawidzi, a druga – również naga, ale ponętna – proponuje nam przedłużenie gatunku. Reasumując, każdy obcy jest inny, każdy ma swoje plany i w zamian za pomoc czegoś od nas chce. Każdy też mówi swoim językiem – a że to nie Star Trek, gdzie wszystkie rasy z marszu mówią po angielsku – powstaje problem z komunikacją.

Stąd też wprowadzenie absolutnie rewolucyjnego, choć szalenie ciężkiego w obsłudze interfejsu obrazkowego. Mówiąc wprost – rozmawiamy piktogramami! W sumie mamy ich sporo, bo aż 120. Zbudowanie frazy może więc być męczące, za to daje mnóstwo zabawy i – wierzcie mi – w 1988 roku była to prawdziwa rewolucja! A raczej byłaby, gdyby grę bardziej doceniono.

Niestety, skończyło się na wytykaniu błędów. Sam Orson Scott Card, pisarz SF, autor „Gry Endera” napisał, że „Captain Blood” ma wspaniałą grafikę, jest oryginalny, inteligentny, ma w sobie kawał dobrego SF, ale jako gra – cytując: „sucks pond scum” – z uwagi na liczbę niedopowiedzeń i niejasności oraz fatalny interfejs.

To prawda, obsługa gry jest ciężka, jednak wytrawnego miłośnika komputerowych rozrywek umysłowych raczej to nie zniechęci. Nic więc dziwnego, że gra zdobyła sobie nie za duże, natomiast fanatycznie wierne grono miłośników.

Tytuł pojawił się na następujących platformach: Atari ST, Amiga, Apple IIGS, IBM PC, Amstrad CPC, Commodore 64, ZX Spectrum, Thomson TO7 i Macintosh. W 1994 roku pojawiła się kontynuacja – „Commander Blood”. Nie powtórzyła ona jednak kontrowersyjnego sukcesu pierwszej części. Całości dopełniła natomiast gra „The Big Bug Bang” wydana w roku 1997. Co o niej wiadomo? Tyle co nic… Podobno to prequel, w którym naszym zadaniem jest zaludnienie galaktyki Hydra tuż po wielkim wybuchu.

Dobro narodowe – „Captain Blood” w słynnym, paryskim centrum Georgesa Pompidou!

Tymczasem od 2011 roku trwają fanowskie prace nad współczesną wersją gry (screenshot w nagłówku artykułu). Jak daleko są posunięte? Sprawdźcie sami tutaj – jeśli oczywiście znacie francuski.

Jedno jest pewne – „Captain Blood” usunął się mocno w cień, ale nie umarł. Gra, jako artystyczny eksperyment, od samego początku skazana była na niszowość, ale może właśnie dlatego fani wspominają produkcję tak ciepło? To tytuł wymagający od użytkownika wiele cierpliwości i daniny w postaci wyrwanych z głowy włosów. Mimo to warto było wtedy zagrać. Ba, warto zagrać i dziś! A dziennikarzowi Sinclair Usera szczerze odpowiadam – lubię czosnek, nigdy nie mam go dość, a francuskie wina są znakomite!

 

Źródła:
http://decarnac.atspace.eu/captainblood/CaptainBlood.html
http://bringerp.free.fr/RE/CaptainBlood/main.php5#Interpreter
http://captainbloodlegacy.blogspot.com/p/larche-du-capitaine-blood.html