Moje przemyślenia

Chrome coraz cięższy, a Google zadba, że i tak go nie zmienisz. Firefox nową Operą?

JR
Jan Rybczyński
41

Ostatnie zmiany w Google Chrome nie nastrajają optymistycznie. Jak słusznie wspomniał we wczorajszym artykule Grzegorz Marczak, wszystko wskazuje na to, że obecnie rozwój Chrome idzie w kierunku dokładania nowych funkcji, a nie optymalizacji, tak jak to było na początku. Na początku większość osób p...

Ostatnie zmiany w Google Chrome nie nastrajają optymistycznie. Jak słusznie wspomniał we wczorajszym artykule Grzegorz Marczak, wszystko wskazuje na to, że obecnie rozwój Chrome idzie w kierunku dokładania nowych funkcji, a nie optymalizacji, tak jak to było na początku. Na początku większość osób przesiadających się na Chrome z innych przeglądarek, robiło to dlatego, że Google zaproponował inne podejście - zamiast mnogości funkcji postawił na minimalizm, prostotę i szybkość. Wszystko wskazuje na to, że strategia została całkowicie zmieniona. To nie byłby największy problem, gdybyśmy wciąż mieli wybór. Google już od jakiegoś czasu podejmuje próby, aby nas tego wyboru pozbawić.

Google wkłada ogromny wysiłek w promocję Chrome. Użytkownicy przeglądarki Google mogą nie zdawać sobie z tego sprawy, wystarczy jednak przełączyć się na kilka dni na inną przeglądarkę, żeby zaatakowały nas reklamy: "Przejdź na nową, szybką przeglądarkę Chrome" i tym podobne. Dla przykładu poniżej dwa zrzuty ekranu strony speedtest.net, jeden wykonany w przeglądarce Chrome, drugi w Operze.

Sam jako użytkownik Chrome, byłem zaskoczony jak wiele reklam tej przeglądarki mnie omija. Zobaczyłem je dopiero kiedy zacząłem korzystać z Firefoksa. Ale to nie wszystko. Podczas pobierania blisko połowy oprogramowania, którego używam na co dzień, jestem zachęcany do instalacji Chrome. Kilkakrotnie spotkałem się z propozycją instalacji Chrome, podczas pobierania wtyczki Flash, ze strony Adobe.com. Oczywiście ptaszek wyrażający chęć do instalacji Chrome wraz z Flashem (po co, skoro Chrome przecież zawiera Flash w sobie) był domyślnie zaznaczony i jeśli komuś omsknął się palec, albo przez nie uwagę od razu kliknął pobierz, mógł się "cieszyć" przeglądarką Google na pulpicie. Nie wiem jak was, ale mnie zaskakuje takie podejście Google do swojego produktu. Firmy, która stawia na wysokie standardy, dbałość o użytkownika, oddzielanie reklam od treści etc. Sprawia wrażenie wciskania na siłę. Pomyśleć, że w 2008 roku sam namawiałem do instalacji tej przeglądarki, a reklam jeszcze wtedy w zasadzie nie było.

Nie dziwi mnie więc wcale, że przy ogromnych wysiłkach potentata internetowej reklamy, jakim jest niewątpliwe Google, Chrome osiągnął status drugiej najpopularniejszej przeglądarki na świecie, o czym również wczoraj pisał Michał Majchrzycki. Michał pyta, czy to skutek tego, że Chrome jest po prostu dobry, czy kwestia marketingu. Jakiś czas temu wskazałbym to pierwsze, dziś skłaniam się ku drugiemu.

Wydawałoby się, że w sumie każdy może się reklamować, nie ma w tym nic złego, a użytkownicy i tak wybiorą to co im najbardziej pasuje. Tak przynajmniej powinno być w dobie przyjętych standardów. Niestety wiele wskazuje na to, że tak nie jest. Już spieszę wyjaśnić co mam na myśli.

O ile Opera zawsze sprawiała problemy w kontekście produktów Google, o tyle Firefox był zawsze przez Google lubiany i wspierany. Przez większość czasu współistnienia na rynku Firefoksa i Chrome, wszystkie strony Google działały identycznie na obu przeglądarkach. Obawiam się, że ten czas już minął. Skoro Chrome stał się drugą najpopularniejszą przeglądarką na świecie, może sobie pozwolić na znacznie więcej. Pierwsze symptomy już widać.

Różnice w działaniu Chrome i Firefoksa można znaleźć w nowej wersji Google Reader. Kiedy w Chrome klikniemy środkowym przyciskiem na strzałeczkę po prawej stronie nieprzeczytanego elementu w widoku listy, lub na tytuł artykułu w widoku rozwiniętym, zostanie otwarta nowa zakładka w tle, a element zostanie oznaczony jako przeczytany. Tym sposobem można otworzyć kilka interesujących nas artykułów nie opuszczając Czytnika i nie gubiąc się, co już zostało otwarte. Identycznie było w starej wersji czytnika. Kiedy postąpimy jednakowo w przeglądarce Firefox, strona owszem, zostanie otwarta w tle, ale nie zostanie oznaczona jako przeczytana. Nie ma sposobu aby w Firefoksie otworzyć stronę w tle i oznaczyć ją jako przeczytaną, tak jak to było do niedawna i jest nadal w Chrome. Ja przynajmniej takie metody nie znam.

Ktoś powie, że to drobiazg, nieistotny szczegół. Na razie tak właśnie jest... ale ten sam problem z oznaczaniem przeczytanych w Readerze ma Opera, a jak obsługa usług Google w Operze wygląda wiadomo nie od dziś, mówiąc krótko - słabo. Z resztą, taki drobiazg wystarczył, żebym nie zastanawiając się dłużej, zamknął FF i odpalił Chrome, dopiero po jakimś czasie przyszła refleksja - od takich drobiazgów się zaczyna, aby użytkownicy nagle nie podnieśli protestów, aż za jakiś czas okaże się, że Firefox ma podobne problemy z obsługą usług Google jak Opera, czyli jednym słowem, dla każdego użytkownika usług Google się nie nadaje.

Dodatkowo, zaczynam się zastanawiać skąd wynikają problemy Opery z usługami Google. Jak to możliwe, że producent najdłużej istniejącej na rynku przeglądarki oraz najpopularniejszej przeglądarki mobilnej, posiadającej przeszło 140 mln użytkowników, nie jest w stanie zapewnić poprawnego działania jednych z najpopularniejszych usług w sieci. Wydaje się, że gdyby obu stronom zależało na tym, to wszystkie webaplikacje Google powinny śmigać również w Operze.

Czas odrobinę zrównoważyć opinię, żeby nie wyszło na to, że uważam Google za samo zło. W końcu Google zrobił również wiele dobrego dla rozmaitych standardów w sieci. Nie staram się też oceniać całokształtu twórczości firmy  Mountain View. Jestem wielkim fanem Google+, na którym udzielam się chętniej i aktywniej niż na Facebooku. Po prostu uważam, że droga obrana przez Chrome jest niepokojąca, na razie to pierwsze symptomy, które nie oznaczają jeszcze zagłady, ale skłaniają do myślenia. Sam Gmail ma przeszło 260 milionów użytkowników. Zintegrowanie wszystkich serwisów Google, w jeden wielkie ekosystem, którego centrum jest Google+, zsumowanie wszystkich użytkowników da nam niemałą liczbę. Jeśli jedynym sposobem aby wykorzystać w pełni to co oferuje Google, będzie używanie jego przeglądarki, będzie to bardzo poważny cios w standardy i wolność wyboru i znacznie większy lock-in, niż mogliśmy zaobserwować kiedykolwiek wcześniej, nie wybiegając nawet myślami daleko w przód, kiedy G+ ma szansę zdobyć znacznie większą popularność.

Jak wspomniałem na początku, wybrałem Chrome, bo chciałem minimalizmu i szybkości. Chciałem czegoś nowego. Nie przyciągnęła mnie w 2008 roku ani mnogość funkcji, ani reklamy, bo ich wtedy zwyczajnie nie było. Teraz Chrome wchodząc do mainstreamu wydaje się powtarzać grzechy swoich poprzedników, dodając ponadto kilka nowych od siebie. Nie kieruje mną chęć bycia hipsterem, który używa zawsze najmniej popularną przeglądarkę i to jest cel sam w sobie. Ale nie potrzebuje by moja przeglądarka miała możliwość podłączenia pada do gier, żeby miała 100 różnych rozszerzeń, które do tej pory można było zastąpić zwyczajnie osobnymi aplikacjami albo bookmarkletami. Potrzebuję dokładnie tego, czym Chrome był na początku, skoncentrowania się na tym co w przeglądarce najważniejsze - sprawne wyświetlanie stron. Dla mnie to wystarcza. Tym bardziej jako użytkownik usług Google nie chce być zmuszany do wyboru jedynej słusznej przeglądarki, chociażby dlatego, że coraz bardziej podobają mi się zmiany w Firefoksie czy Operze 12.

Zdjęcie z nagłówka pochodzi z made-in-china.com a zestawienie ikon przeglądarek z portable-soft-games.blogspot.com.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu