29

cg_uselessnostalgia 1- czyli jak to jest z moim „dzisiejszym” graniem

Przyznam Wam się do czegoś, choć od tej strony jeszcze nie dałem się poznać Wam na Antywebie. Cóż, uwielbiam gry, naprawdę. Mam jednak bardzo poważny problem z nowymi grami. Ilekroć podchodzę do najświeższych, obleganych przez moich kolegów tytułów… nie mogę się do nich przekonać. Kiedy wszyscy grają w Dying Light, ja spoglądam na gameplaye, czasami […]

Przyznam Wam się do czegoś, choć od tej strony jeszcze nie dałem się poznać Wam na Antywebie. Cóż, uwielbiam gry, naprawdę. Mam jednak bardzo poważny problem z nowymi grami. Ilekroć podchodzę do najświeższych, obleganych przez moich kolegów tytułów… nie mogę się do nich przekonać. Kiedy wszyscy grają w Dying Light, ja spoglądam na gameplaye, czasami dotknę rozrywki, a potem stwierdzam, że to raczej nie dla mnie. Co się stało? Przecież tak uwielbiałem gry…

Historia bitami pisana

Rok 1995 – moja siostra otrzymała na komunię Pegasusa – obiekt pożądania wielu. „Na dzielni” oczywiście został przyznany odpowiedni szacunek, a ja mogłem po raz pierwszy oddać się szaleństwu, jakim było powzięcie dżojstika w ręce i przemierzanie kolejnych poziomów arcytrudnej dla mnie gry. Aż żałuję, że nie urodziłem się wcześniej. „Przespałem” być może najciekawsze lata w historii gier komputerowych. Ale i tak uważam, że to, co powinienem już nadrobiłem.

Kiedy tata oblegał Tetrisa, siostra tłukła żółwie w Mario – ja jak na przyszłego prawdziwego faceta przystało przywdziewałem wirtualne niebieskie pantalony, brałem do rąk karabin i najpierw przez dżunglę, potem przez bazy aż do gniazda końcowego bossa prułem do terrorystów i dzieł zniszczenia kosmitów. Zasilacze śmierdziały, radziecki telewizorek piszczał, a dżojstiki łamały się na moim czole. Jako kilkulatek końcowe napisy Contry ujrzałem dopiero dzięki Świętemu Graalowi tych konsol do gier. Niebieski kartridż. Żyć miałem tyle co całe stado kotów, więc raczej nie przejmowałem się latającymi wokół pociskami. Po prostu parłem przed siebie i przy okazji… doskonaliłem umiejętności.

Z podobną nostalgią odnoszę się do niesamowitych Metroida, Zeldy, Mario, F1 Race, Kick Mastera (jeżeli nie graliście – zagrajcie dla samego genialnego soundtracku!). Największą przeszkodą nie był wcale poziom trudności. Ten był taki, jaki lubię. Niby nie do przeskoczenia, ale… no właśnie. A może się uda? A może dam radę? Na próżno tego szukać w większości dzisiejszych gier. Niestety. Wiecie, co mi najbardziej wtedy przeszkadzało? Sunset Beach, kasety z Disco Polo i inne głupawe programy oglądane na zmianę przez mamę i siostrę.

Potem przyszedł czas na peceta, na którym to można było już nieco realistyczniej podejść do kwestii rozrywania wrogów na strzępy. W ruch poszły nie tylko „dziecinne” Earthworm Jim, JazzJackRabbit, czy „Encyklopedia człowieka” (którą bardzo szybko mi zabrano z jakiegoś szczególnego powodu). Sięgnąłem po taki kaliber gier, jaki lubię – Unreal, Unreal Tournament, Blood II: The Chosen, Shogo: MAD, Quake II, Quake III Arena, Diablo, Red Alert, Red Alert 2. Było tego mnóstwo.

WP_20141108_13_45_50_Pro 2
(tak, to jestem ja – gdzieś około 3-4 lat. Pegasusa cisnę.)

Unreal był przeze mnie ubóstwiany za prostą jak cep rozgrywkę i niezłą jak na tamte czasy grafikę. Idź, zbieraj, strzelaj, przeżyj. Diablo to klasyk, którego przedstawiać nie muszę i z podobnego względu nie przedstawię Wam, dlaczego ta gra mnie tak urzekła. Red Alert i „dwójeczka”. Nie jestem fanem RTS-ów – ten jako jedyny przykuł mnie na długie godziny. Ileż tam było kombinowania i planowania… zresztą mam do Was ciekawe pytanie. Czy Wam też udało się zniszczyć Kreml (Red Alert 2) jedynie w wypadku, gdy działaliście jednym, bądź kilkoma Kirovami?

Z późniejszych tytułów przyszedł niesamowity Hitman: Codename 47, który zmienił moje podejście do strzelanek. Hitman bowiem rzeczywiście mógł być dosyć ciekawym shooterem. Jednak klimatu nabierał dopiero wtedy, gdy się misje wykonywało „po bożemu”. Niesamowita historia, nieliniowość i rewolucyjne jak na tamte czasy podejście do rozgrywki. To było coś.

Return to Castle Wolfenstein. W Wolfenstein 3D zagrałem dopiero po ograniu jednego z nowszych przedstawicieli tej genialnej serii. Obok Medal of Honor jest to moja ulubiona gra dotykająca problemu II Wojny Światowej – na jej bardzo szczególny sposób. Co ciekawe, z powodu zachowania wielu elementów przyrodzonych prawdziwym shooterom, Wolfenstein: The New Order uważam za godnego kontynuatora serii. Oprócz krwi, flaków i ołowiu miód leje się tam strumieniami i nie ma mowy o tym, by rozgrywka się nudziła.

Po tym jeszcze w międzyczasie Killzone na PlayStation 2, cała seria Halo. Długo, długo nic, aż dopadłem STALKER-a i Metro. Temat naszej najnowszej historii zawsze mnie niesamowicie kręcił. Tematyka katastrofy w Czarnobylu również – głównie dlatego, że Prypeć pozostawiona samej sobie to dziś ogromny skansen komunizmu. Marzę o tym, by zabrać się kiedyś w tamte rejony i przejść się po kompletnie pustym, niegdyś tętniącym życiem mieście. Miałem ku temu okazję w pierwszej (dosyć krótko) i trzeciej części serii STALKER. Ale to nie to samo.

Metro natomiast nie wywarło na mnie już tak wielkiego wrażenia, jak „pierwowzór”. Książka, na której podstawie stworzono grę dużo lepsza. Gra miejscami nudna jak flaki z olejem, ale ukończyłem ją tylko dlatego, że blisko było jej do STALKER-a.

DSC04219
(bardzo często tak gram, naprawdę)

Długo, długo nic. Czasami dorwę konsolę i zagram w Halo, czasami Assasin’s Creed, a w pubie piłkarskim oczywiście Fifa – ta gra do piwa i do kolegów pasuje jak pięść do twarzy. Uwierzcie mi, że żadna gra nie daje tyle emocji, o ile gra się swoją ulubionym klubem na przykład derby północnego Londynu. Ograny Mesut Oezil staje się z automatu brakującym ogniwem między człowiekiem, a jaszczurką, a niezdolny do wykończenia akcji Giroud nazywany jest tak, jak ostatnio bardzo często błędnie nazywa się Rasiaka – czyli drewnem.

A na co dzień gram w Injustice: Gods Among Us. Nic mnie tak nie wciągnęło jak ta gra – nie lubi jej mój wolny czas i karta płatnicza, która czasem jest używana tylko po to, by wygrać kolejny challenge, kupić nowe karty lub ulepszyć istniejące. Kopię więc tyłki tercetem Nightwing / Deathstroke / Green Lantern (Red Son) i szkoda mi przestać grać – głównie dlatego, że w ten tytuł utopiłem niemało prawdziwych pieniędzy.

Zastanawiam się, jaki problem jest z dzisiejszymi grami

Może jestem w tym odosobniony, może jestem dziwny albo najzwyczajniej w świecie marudzę. Gry mnie znudziły do tego stopnia, że nie mogę się do nich przekonać. Uwielbiam tytuły, w których mogę stworzyć swój styl walki (Boże Drogi, zapomniałem o Falloucie). Czy to w STALKER-rze, czy to w Falloucie ostatecznie omijam walkę, o ile mogę i albo przemykam się niezauważony, albo zdejmuję wrogów z dystansu często nie dając im nawet szans na walkę w krótszej odległości lub co gorsza w zwarciu. Za to na przykład uwielbiałem serię Hitman, gdzie mogłem właściwie nie wystrzelić ani jednego pocisku, a kilka postaci opuszczało planszę w plastikowych workach.

Mam dziwne wrażenie, że większość gier opiera się na słabym według mnie schemacie: „daj temu kolesiowi plastikowy gwizdek, a dostaniesz zupę Romana. Zupą Romana nakarmisz dziecko tamtej babki, która da ci klucz do drzwi, które potrzebne są do wykonania innego questu.”. I tak w kółko. Czasami i akcji jest za mało. Może jestem słabym graczem, ale mimo wszystko – jeżeli mówimy o typowych strzelankach, lubię włączyć tryb Rambo i pluć pociskami do wrogów, aż żyłka na czole zacznie mi pulsować jak dogorywający ostateczny boss w Contrze.

DSC04220
(a to nigdy mi się nie znudzi… ;) )

Za duże możliwości zabawy uwielbiam STALKER-a. Olewając kompletnie wątek fabularny wolę czasem grzecznie zbierać ruble, ulepszać posiadane pukawki i po kolei eliminować napierające na mnie kupy mięcha ze zlasowanymi mózgami i przy okazji nie zarobić ani jednej kulki.

Uwielbiam się bać. STALKER ponadto niejednokrotnie spowodował u mnie tak mocne odruchy, że o mało nie skończyło się zmianą bielizny. Metro pod tym względem było dużo słabsze. Dying Light… cóż. W niektórych miejscach tak bardzo wiadomo, czego się można spodziewać, że wyskakująca horda wrażych wcale nie zaskakuje.

A może to tylko sentyment? Nostalgia? Bezużyteczna nostalgia? Do prawdziwego gracza brakuje mi naprawdę wiele. Nie kupuję każdego nowego tytułu, nie poluję na edycje kolekcjonerskie, czasem jestem bardzo do tyłu. Szkoda mi czasu, ale też szkoda mi emocji, które przeżywają moi koledzy. Nie rozumiem – dlaczego nie potrafię cieszyć się grami?

Coś ze mną nie tak?

Porozmawiajmy o tym. :) A przy okazji, sprawdźcie sobie, czego w trakcie pisania słuchał autor, aby odpowiednio nastroić się do tego tekstu.

Vomitron – Contra Theme
Boroda-kun – Kick Master (Level 1)
F-Zero – Endless Challenge
Frank Klepacki – Hell March 3 (Red Alert 3)
Red Alert 3 – Soviet March
Red Alert 3 – Grinder

Miłego wieczoru! :)

Grafika: 1, (2, 3, 4 – własne)