0

Bravely Default 2 – recenzja. Gra zawodzi na wielu polach, ale i tak bawiłem się fenomenalnie

Bravely Default to najświeższe jRPG tworzone z myślą o konsoli Nintendo Switch. Czy warto dać mu szansę?

Są takie gry, których wyczekuje się latami. Dla mnie takim tytułem było kolejne wcielenie serii Bravely — pierwsza (wydana w 2013 roku) odsłona i jej spin off (2016) przyciągnęły mnie do ekranów konsoli Nintendo 3DS na długie godziny. Bravely Default 2 zapowiedziano zapowiedziano lata temu – ale od właściwie pierwszej wzmianki wypatrywałem kolejnych informacji dotyczących premiery. Nie bez powodu zresztą tytuł trafił na dość krótką, bo liczącą sobie raptem pięć tytułów, listę gier w 2021 których nie mogę się doczekać. Kiedy gra trafiła na Nintendo Switch natychmiast ruszyłem ku przygodzie. Przygodzie trwającej kilkanaście dni, które przełożyło się na kilkadziesiąt godzin w świecie pełnym magii i niebezpieczeństw.

Bravely Default 2 to więcej tego samego – co w sumie… nie jest dobrą wiadomością

Skłamałbym pisząc, że poprzednie odsłony serii były fabularnie wyjątkowo. Miały bohaterów których da się lubić i historię, którą już co najmniej kilka razy widzieliśmy w innych grach. Jako że pierwszy raz otrzymaliśmy to wszystko w tej formie, z takim systemem walki, miało to sens i — przynajmniej za pierwszym razem — dało się to obronić. Niestety, trzeci raz to już delikatna przesada. Walka o dobro świata, uganianie się za kryształami, bohaterowie którzy są archetypowi do znudzenia – naprawdę trudno byłoby mi się zachwycić którymkolwiek z tych elementów. Zachwycić? Ba, trudno jest mi się powstrzymać od narzekania na nie — bo nawet jeżeli konkurenci wciąż sięgają po te same zabiegi, korzystają z tych samych sztuczek, to potrafią to zrobić w formie, która nie wieje nudą na kilometr. Tutaj, no cóż – nie udało się. Jest tak, jak można by tego oczekiwać. Pod względem fabularnym gra nie zaskoczy na żadnym polu, a jeśli zauroczy… to chyba wyłącznie ludzi dla których będzie to pierwsza styczność z klasycznym, japońskim, RPG.

I jeżeli myślicie że główny wątek fabularny jest nudny, to nawet nie próbujcie sięgać po zadania poboczne. Przynieś, podaj, pozamiataj — ewentualnie zawalcz z kimś. Na tych filarach opiera się wszystko, co wepchnięte zostało do worka z side-questami. Tak, choć trudno w to uwierzyć — są jeszcze nudniejsze, na szczęście większość jest krótka, więc jeżeli zależy nam na konkretnych nagrodach, nie zdążymy się podminować, że całość przeciąga się w nieskończoność. Chociaż tak na dobrą sprawę, trudno to traktować jako pochwałę.

Ten styl był uroczy na 3DSie, na Switchu… no, już nie

Nintendo 3DS miał dziesiątki fantastycznych gier, których styl dostosowany był do możliwości urządzenia. Światy fantasy w połączeniu ze stylem super deformed dawały efekt, który potrafił zauroczyć wielu. No i, nie oszukujmy się, po prostu dobrze wyglądał. Niestety – wiele lat później naprawdę trudno mi obronić dokładnie te same zagrywki na większym ekranie. No bo właśnie — o ile Bravely Default ogrywaliśmy wszyscy w trybie przenośnym, na Switchu mamy dowolność wyboru. A moim wyborem jest telewizor. 65-calowy Samsung QLED Q800T potrafi czarować HDRem i wysoką jakością obrazu. Niestety, nie tym razem. To że Switch oferuje niską rozdzielczość t jedno. Ale to, że tekstury w grze z bliska przywodziły miejscami na myśl czasy pierwszego PlayStation to zupełnie inna bajka. Nie twierdzę że gra nie miała swoich momentów — bo były miejsca, które zachwycały swoim designem. Właściwie każde z miast prezentowało się prześlicznie, było pełne szczegółów i drobnych smaczków, które dodawały sporo uroku. Niestety wystarczyło wyjść poza nie, by doświadczyć brzydoty i biednych krajobrazów, które dodatkowo możemy spustoszyć biegając z siekierą i wycinając kolejne kwiaty, drzewa i krzaki, które staną na naszej drodze. Jest to o tyle zawód, że przecież nie brakuje gier w podobnym stylu, które nawet na dużych ekranach wyglądają dobrze. Tutaj zabrakło mi jakiegoś magicznego charakteru, który pozwoliłby obronić się produkcji w zupełnie nowej sytuacji.

Kilka słów warto poświęcić także muzyce, za którą odpowiedzialny, podobnie jak w pierwszej części, jest Revo. Japoński muzyk (odpowiedzialny za popularne projekty Sound Horizon i Linked Horizon) ponownie udowodnił, że tworzenie muzyki do gier mu niestraszne. Niestety, o ile ścieżkę dźwiękową z pierwszej odsłony uwielbiam i nie miałem jej dość do samego końca, tak tutaj po czasie zaczęła… męczyć. Ścieżka dźwiękowa niewątpliwie ma swoje momenty, ale daleko jej do grona moich faworytów — i raczej już się to nie zmieni.

Skoro „wszystko” jest nie tak, to dlaczego spędziłem przy tej grze kilkadziesiąt godzin bawiąc się fenomenalnie?

No dobrze. Narzekam na historię, narzekam na sidequesty, narzekam na bohaterów i to, że gra nie wygląda. Gdzie zatem tkwi sekret tego, że przy grze spędziłem tak wiele godzin bawiąc się doskonale? Ponownie — w systemie walki. Bo choć cała mechanika nie jest specjalnie zawiła, to sprawia równie dużo frajdy, co przed laty. Turowa zabawa z systemem „odwlekania” swojej tury by je później skonsolidować i bić hurtem (opcjonalnie — zrobić to na starcie, narażając się później na obicie ze strony przeciwników) w połączenia z kilkudziesięcioma klasami daje ogromne możliwości. Gra potrafi być wyzwaniem, bo tak długo jak nie jesteśmy jakoś specjalnie przepakowani — nie mamy szans „na ślepo” przebrnąć przez korytarze pełne wrogów, o bossach nie wspominając. Żonglowanie kolejnymi specjalizacjami i ich umiejętnościami daje od groma frajdy. Szukanie technik i luk uczy pokory, ale jest tym, za co pokochałem Bravely Default od pierwszego momentu. Moim postanowieniem było dbanie o to, by mieć jak najwięcej umiejętności (tj. jak najwięcej wymasterowanych klas) u każdego z bohaterów — nie bawiąc się w zbieranie dodatkowych punktów doświadczenia, które pozwoliłyby mi zyskać przewagę nad konkurentami. I mimo sporych obaw przed końcem (i wielokrotnym powtarzaniem finałowych walk) – udało się. Satysfakcja większa, niż możecie to sobie wyobrazić.

Czy warto zagrać w Bravely Default 2 na Nintendo Switch?

To trudne pytanie — i najlepszą odpowiedzią wydaje mi się „to zależy”. Przede wszystkim od oczekiwań samych graczy. Prawda jest taka, że jeżeli szukacie świeżego jRPG z masą nowatorskich pomysłów i trzymającą w napięciu fabułą i bohaterami którzy są JACYŚ, to omijajcie grę z daleka. Jeżeli jednak macie ochotę na klasycznego przedstawiciela japońskich RPG z fenomenalnym systemem walki, przyjemną karcianą mini-gierką i wyważonym (miejscami dość wymagającym) poziomem trudności — to jak najbardziej tak. Warto. Niestety, choć bardzo chciałbym móc polecić z czystym sercem grę każdemu posiadaczowi hybrydowej konsolki Nintendo, to nie tym razem. Gra ma swoje wady i doskonale rozumiem dlaczego wielu graczy się od niej odbije. Sam liczę jednak na to, że w niedalekiej przyszłości otrzymamy więcej gier z równie dobrym poziomem walk i dającym frajdy systemem, w których reszta będzie stała na równie wysokim poziomie.