28

Blogowanie „za darmo”, czyli za co blogerzy chcą pieniędzy od Huffington Post

Udławiłbym się niemal kawą z nagłego zdziwienia, gdy dwa dni temu przeczytałem, że blogerzy z Huffington Post, którzy nie byli pracownikami serwisu, żądają pieniędzy za swoją dotychczasową pracę, którą z pełną świadomością zgodzili się wykonywać za darmo. Nie wymagałoby to komentarza, gdybym podobnej sytuacji nie oglądał wcześniej pracując dla Salon24.pl. Tam również pojawiła się grupa blogerów […]

Udławiłbym się niemal kawą z nagłego zdziwienia, gdy dwa dni temu przeczytałem, że blogerzy z Huffington Post, którzy nie byli pracownikami serwisu, żądają pieniędzy za swoją dotychczasową pracę, którą z pełną świadomością zgodzili się wykonywać za darmo. Nie wymagałoby to komentarza, gdybym podobnej sytuacji nie oglądał wcześniej pracując dla Salon24.pl. Tam również pojawiła się grupa blogerów przekonanych, że niematerialne korzyści uzyskiwane z ekspozycji treści i nazwiska na popularnej w sieci platformie, to za mało. 

Nawet aktywni uczestnicy trwającej w social media 24 godziny na dobę konwersacji nie zawsze zdają sobie sprawy, albo cynicznie to ignorują, że za zasięg się płaci. W wypadku Salonu24 i Huffington Post walutą w jakiej bloger rozlicza się z serwisem za odsłony jest własnie generowana – dobrowolnie – treść. Dlatego dziwi mnie, gdy Jonathan Tasini, który jest organizatorem całej hecy, przedstawia Adriannę Huffington jako nadzorcę niewolników, którzy pod batem zbierają bawełnę… tfu! piszą i pisali blogi. Na dokładkę, jako przywódca związkowy, blogerów którzy nie przyłączyli się do ogłoszonego niedawno bojkotu i nie popierają zbiorowego pozwu przeciwko Huffington Post nazywa z przyzwyczajenia „łamistrajkami”.

Jak zwykle chodzi o pieniądze

Tasini jest przekonany, albo nieźle to przekonanie udaje, że 9 tys. blogerów i innych dostawców darmowych treści powinno otrzymać do podziału 105 milionów dolarów z pieniędzy jakie AOL zaoferowało za Huffington Post. Pomysł jest z mojego punktu widzenia zupełnie absurdalny, ponieważ odwracając ten tok rozumowania Huffington Post mogłoby domagać się od blogerów pieniędzy za reklamę ich treści, albo udziału w zyskach, jakie przyniosło np. przejście z amatorskiego skrobania na profesjonalizm, co zdarza się tak za granicą jak i w Polsce, ale wymaga portfolio poczytnych tekstów w medium o ugruntowanej pozycji, a nie prywatnego blogaska odwiedzanego przez 17 znajomych i 30 użytkowników Google miesięcznie.

Podoba mi się porównanie użyte przez GigaOM, że pisanie dla Huffington Post jest jak tworzenie oprogramowania OpenSource. Sam zajmuję się pisaniem trochę z przypadku, właśnie dzięki znajomościom i ekspozycji jaką uzyskałem prowadzą dla własnej przyjemności i bez żadnej kompensacji dwa blogi o tematyce polityczno-społecznej. To one, nie przynosząc przeliczalnego na złotówki zysku, umożliwiły mi później pracę za konkretne wynagrodzenie lub wierszówkę, spłacając dodatkowo wysiłek włożony w blogowanie dla przyjemności.

Tak naprawdę, poza piszącymi anonimowo, każdy autor w sieci otrzymuje kompensację za swoje wysiłki, jaką jest rosnące portfolio i uwaga czytelników, którymi w przypadku blogerów często są potencjalni klienci. Wybierając platformę, która monetyzuje publikowane treści nie oferując wynagrodzenia, sprzedaje swoją treść za dodatkowe odsłony i czasami prestiż w przypadku moderowanych platform takich jak Huffington Post. Spryciarze tacy jak Tasini, przypominają mi o końcu „uchodźców” z Salonu24, którzy urażeni brakiem finansowej motywacji odeszli by założyć własną platformę, która umarła z niedokrwienia skłaniając sporą cześć blogerów do powrotu. Po co pisać, nie mając czytelników?


Zastrzeżenie: Jestem byłym blogerem, a później również pracownikiem Salon24.pl. Proszę nie wiązać tego tekstu z moimi zapatrywaniami politycznymi.