Recenzja

Warto było czekać 13 lat. Avatar: Istota wody to fenomenalne widowisko!

Kacper Cembrowski
Warto było czekać 13 lat. Avatar: Istota wody to fenomenalne widowisko!
27

„Avatar: Istota wody”, kolejny wielki hit od Jamesa Camerona, pojawi się w polskich kinach już w ten piątek. Czy warto spędzić ponad 3 godziny w kinie w nadchodzący weekend?

Ogromne oczekiwania i wielka presja. Cały świat czeka na nowego Avatara

Najbardziej oczekiwany film science fiction tego roku, o ile nie całej ostatniej dekady — i bez dwóch zdań produkcja, która jest w stanie znaleźć się na samym szczycie listy najbardziej dochodowych filmów w historii kina, detronizując… pierwszą część „Avatara”.

Dość abstrakcyjny wydaje się fakt, że od premiery pierwszej części „Avatara” minęło już 13 lat. Całkowicie nowe uniwersum od razu stało się hitem i film Camerona pokazywał moc technologii 3D w takim stopniu, w jakim nie udało się tego zrobić nikomu wcześniej. Do tej pory pamiętam, jak oglądałem ten film we wrocławskim Heliosie i przez ponad 3 godziny nie mogłem wyjść z szoku spowodowanego tym, co dzieje się na ekranie.

Mimo wszystko zdawało się, że koniec „jedynki” był idealną klamrą i jakakolwiek kontynuacja nie była potrzebna — film zarobił jednak tyle, że informacje o sequelu (i nie tylko jednym, bo Disney już zapowiedział trzecią, czwartą i nawet piątą część filmu) nie były w ogóle zaskakujące. Jak więc całość wypada w praktyce?

Fabuła pozytywnie zaskoczyła — a to właśnie o nią bałem się najbardziej

Od wydarzeń z pierwszej części minęło trochę lat. W tym czasie Jake Sully (Sam Worthington) wraz z Neytiri (Zoe Saldana) założyli rodzinę składającą się z dwóch córek — adoptowanej Kiri (Sigourney Weaver) oraz najmłodszej ze wszystkich dzieci Tuki (Trinity Jo-Li Bliss) — oraz dwóch synów — starszy, bardziej odpowiedzialny i wyszkolony w walce Neteyam (Jamie Flatters), a także młodszy, lecz posiadający chyba największą werwę ze wszystkich Lo’ak (Britain Dalton). Dzieciom bliski jest również Spider (Jack Champion), człowiek mieszkający na Pandorze, który nie został odesłany na Ziemię z innymi ludźmi tylko ze względu na to, że był wtedy małym dzieckiem. Wychowując się wśród Na’vi całkowicie jednak przejął ich zwyczaje i najlepiej czuje się w towarzystwie rodziny Sully’ego. Beztroskie życie na przepięknej Pandorze nie może jednak trwać w nieskończoność — i w końcu demony przeszłości atakują planetę Avatarów.

Ziemia umiera, a zadaniem ludzi jest skolonizowanie Pandory i zrobienie tam nowego domu dla ludzkości. Podobnie jednak jak w pierwszym „Avatarze”, nie ma tutaj mowy o pokojowych rozwiązaniach — i w tym celu wraca cała zgraja żołnierzy specjalnych z antypatycznym pułkownikiem Milesem Quaritchem (Stephenem Langiem) na czele, lecz tym razem w formie Avatarów. Najemnicy mają jednak jeden, główny cel: zemścić się na Sullym. Jake wraz z Neytiri decydują się opuścić swoją wioskę w celu chronienia rodziny, szukając nowego domu u innych plemion zamieszkujących Pandorę — i tak właśnie trafiają do ludzi morza, gdzie zaczyna się prawdziwa przygoda. Wszystko to zostaje nam przedstawione w pierwszych minutach filmu i to właściwie wstępniak do właściwych wydarzeń drugiej części, co zresztą mogliśmy już zobaczyć na opublikowanych zwiastunach.

Czy to był dobry pomysł na kontynuację historii?

Cóż, nie da się ukryć, że niektóre kwestie są dosyć mocno umowne, jednak kiedy zaakceptujemy to wszystko, to całość ogląda się niezwykle przyjemnie, a historia naprawdę jest w stanie wciągnąć, wzbudzając przy okazji całą gamę emocji u widzów — od gniewu, przez śmiech, strach i współczucie, aż po wzruszenie.

Ciekawych elementów nie brakuje. Wciąż uczące się walki dzieci, które chcą dorównać swoim rodzicom, wątki z dostosowaniem się do całkowicie nieznanej wcześniej rzeczywistości i wodnego życia w nowej wiosce, stawianie rodziny na pierwszym miejscu i dość zaskakujący sposób na powrót największych rywali. „Avatar: Istota wody” zabiera nas w całkowicie inne miejsce i udowadnia, że Pandora skrywa jeszcze mnóstwo tajemnic i ciekawych miejsc. W końcu możemy doświadczyć tego, że mówimy tutaj o ogromnej i zróżnicowanej planecie, a każda wioska ma całkowicie inne zwyczaje i przyzwyczajenia.

Na to wszystko wpływają również doskonale napisani bohaterowie. Chociaż nowych członków rodziny widzimy w tym filmie po raz pierwszy, to od samego początku czuć, jak istotne są to postaci — i zwyczajnie nie da się przejść koło nich obojętnie. Gwarantuję, że przez ponad 3 godziny, nie będziecie nudzić się w kinie nawet przez moment — a wręcz przeciwnie, „Avatar: Istota wody” to produkcja napakowana treścią, w której każde ujęcie jest kluczowe dla historii.

Wizualny majstersztyk. „Avatar” znowu to robi

„Avatar” z 2009 roku, jak wspomniałem we wstępie, był wizualną rewelacją. Chociaż byłem przekonany, że „Istota wody” będzie przepięknym filmem, to nie spodziewałem się, że produkcja Jamesa Camerona ponownie tak oczaruje. Po przepięknych, leśnych widokach, pełnych zieleni, kolorowych kwiatów, szalonych konstrukcji stworzonych przez naturę i czarującym Drzewie Dusz, przyszedł czas na błękitną wodę, rozmaite rafy koralowe i mnóstwo pięknych ryb — nawet latające stworzenia, z którymi Na’vi łączyli się poprzez swoje warkocze, zamieniły się na morskie „pupile”.

Dodając do tego zabawę światłem, wyjątkową architekturę panującą w nadwodnych wioskach, piaszczyste plaże, jak i również same niebezpieczeństwa czyhające pod wodą, dostajemy materiał, który wizualnie po prostu wgniata w fotel.

Ogromny wpływ na klimat ma również muzyka i efekty dźwiękowe. Cóż, wymienione elementy w „Avatar: Istota wody” stoją na absolutnie najwyższym poziomie. Produkcja pod tym względem jest prawdziwą poezją.

Warto było czekać 13 lat

Byłem pełen obaw, lecz z sali kinowej wyszedłem zachwycony, z mnóstwem przemyśleń — i niektóre wydarzenia fabularne nie mogą mi wyjść z głowy do tej pory. Ten świat ma przeogromny potencjał, a James Cameron „Istotą wody” udowodnił, że i te pięć części Avatara to może być za mało.

„Avatar: Istota wody” to doskonałe widowisko pod wieloma względami — i szkoda jedynie, że tak błyskawicznie przebrnięto przez czas, w którym Sully z Neytiri zakładali rodzinę. Poza tym jest to produkcja kompletna i wspaniałe, ponad 3-godzinne widowisko, które zwyczajnie trzeba obejrzeć. Cameron zdołał spełnić ogromnym oczekiwaniom.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu