41

Pokochałem me Atari, było…ze złota i ze stali

Każdy z nas ma jakieś wspomnienia z dzieciństwa, ja nie jestem wyjątkiem. Pamiętam jak jeździliśmy ze znajomi na rowerach po osiedlu bawiąc się w policjantów i złodziei. Pamiętam wywoływanie duchów w piwnicy i zabawę scyzorykiem w rozkładanego. Ale pamiętam również gry, miałem bowiem to szczęście posiadać Atari 65XE w latach 90. ubiegłego wieku. Część z Was pewnie napisze, że niektóre opisane przeze mnie produkcje były słabe, ale ciężko przypomnieć sobie gry z dzieciństwa nie kolorując ich flamastrami wspomnień i sentymentu.

Podobno prawdziwy fan Atari umiał się śmiać z docinków posiadaczy innych platform, również z poniższej piosenki. Niestety nigdy nie byłem członkiem demosceny na tej platformie, ale doskonale pamiętam utwór, którego tytuł jest też tytułem tego felietonu. Nie byłem rolnikiem, o którym śpiewają w jednym z najpopularniejszych polskich modułów scenowych, byłem graczem. Młodym, nieopierzonym, ale zafascynowanym światem elektronicznej rozrywki. Atari 65XE było moim pierwszym komputerem i to ono ukształtowało mnie jako gracza. Jakimi tytułami?

Na Małym Atari uwielbiałem grać we wszystko, co wpadło mi w ręce – rzadko kiedy wyłączałem jakiś tytuł twierdząc, że jest słaby. Przez te wszystkie lata spędzone przy 8-bitowcu miałem jednak swoje ulubione pozycje, do których mogłem wracać w nieskończoność.

Jedną z takich gier był River Raid. Duża w tym zasługa jego statusu w mojej growej historii. Była to pierwsza gra, w którą grałem na Atari 130XE mojego ciotecznego brata, a tydzień później cieszyłem się nią na własnym Atari 65XE. Prosta oprawa, równie prosta rozgrywka – ot odrzutowiec lecący cały czas do góry ekranu, strącający helikoptery i statki, tankujący paliwo na specjalnych panelach z napisem Fuel. Tak jak w większości starych gier, niektórych elementów trzeba było uczyć się na pamięć i takk naprawdę dopiero wtedy można było powiedzieć, że jakiś poziom jest łatwy.

W River Raid grałem na zmianę z Pole Position, wyglądającą równie prosto wyścigówkę, w której wsiadało się za kierownicę bolidu F1 (tak przynajmniej mi się wydaje). Do dziś pamiętam melodyjkę towarzyszącą pojawiającemu się na niebie balonowi z napisem, irytujący dźwięk silnika i to znienawidzone znaki, w które tak łatwo było wpaść wychodząc z zakrętu.

Zawsze lubiłem 8-bitową muzykę i zdarza mi się słuchać jej nawet dziś – kilka lat temu nagrałem nawet krótką gitarową interpretację mojego ulubionego utworu z jednej z ulubionych gier (pozwolę sobie ją wkleić). Ninja Commando opowiadał…kompletnie nie pamiętam o czy, pamiętam jednak kolorystykę i wojownika, który uwielbiał skakać robiąc salta.

Bijatykami interesuję się do dziś i gdybym miał wybrać jedną ulubioną, byłoby International Karate. Trudno zapomnieć ten fenomenalnie wyglądający widok i ponurego mistrza. Pamiętacie, że w tej grze jeden celny cios kończył rundę?

Zobacz też: Historia Atari

Ogromny sentyment mam również do gry Zorro, którą poza samą rozgrywką pamiętam z innej, dość dziwnej sytuacji. Zdarzało się, że magnetofony do Atari 65XE przestawały działać tak jak trzeba – miałem na to sposób, który kojarzy mi się właśnie z Zorro, w które wtedy namiętnie grałem. Na moim magnetofonie wystarczyło postawić coś ciężkiego, w moim przypadku kryształowe (zapewne szklane, ale wyglądało na kryształowe) pudełko – wtedy wszystko wracało do normy.

Jedną z najładniejszych gier jakie pamiętam był natomiast Karateka, który później bardzo kojarzył mi się z PC-towym Prince of Persia. Zamiast samej gry bardziej pamiętam jednak, że zajmował na kasecie bardzo dużo miejsca i jejzaładowanie trwało wieczność.

To oczywiście tylko kilka produkcji. Do ulubionych gier na pewno zaliczyłbym też The Last V8, o którego konotacjach z filmem Mad Max dowiedziałem się dopiero kilka lat później, uwielbiałem tę grę za niepokojącą muzykę, która pewnie już zawsze będzie mi grać gdzieś z tyłu głowy. A przecież były jeszcze takie hity, jak Bruce Lee, Alley Cat, Montezuma’s Revenge, Fred, Boulder Dash czy nasz rodzimy Robbo.

Kasety nie były najwygodniejszym nośnikiem dla gier, szczególnie że śmiali się z nas posiadacze Commodore, którzy relaksowali się przy włączonym turbo – o ile oczywiście udało im się ustawić głowicę śrubokrętem. Na szczęście w którymś momencie swojej przygody z Atari 65XE udało mi się zdobyć stację dysków California Access CA-2001, dzięki czemu proces ładowania gier stał się łatwiejszy. Skończyło się kupowanie kaset, a zaczęło nabywanie dyskietek – tych dużych, czarnych, 5,25 cala. Z tamtych czasów najcieplej wspominam A.D. 2044, bazującą na filmie Seksmisja kapitalną przygodówkę. Nie żebym kiedykolwiek pałał do tego typu gier miłością, ale chętnie bym ten tytuł zaliczył ponownie.

Oczywiście posiadanie stacji dysków do Małego Atari nie znaczyło, że gry kupowało się tylko w wersjach jednodystkietkowych, choć nie zaprzeczam, że wydania (często trochę odpustowe) miały swój urok. W tamtych czasach nikt w Polsce nie zastanawiał się co jest legalne, a co nie – jeśli dyskietka z grami dostępna była w normalnym sklepie, wszystko było w porządku. Uprzedzam pytanie – nie, śladów czekolady nie udało się usunąć, a one też mają swoją historię:)

Jestem prawie pewien, że w śród Was są osoby, które posiadają większe i lepiej zachowane kolekcje gier na stare komputery. Moja jest niekompletna, bardzo się jednak cieszę, że udało się zachować przez te wszystkie lata przynajmniej tę część. Nie mam pojęcia ile może być warta, może byłbym sobie w stanie ufundować za nią zagraniczne wakacje z rodziną, a może ktoś zechciałby mi za nią zapłacić 10 złotych. Nie ma to jednak żadnego znaczenia, bo te gry są dla mnie bezcenne, podobnie jak wspomnienia pierwszego komputera. Dziś graczem jest każdy, czego doskonałym przykładem może być Pokemon GO. Kiedyś była to mała grupa pasjonatów lub ich dzieci, którzy cieszyli się z abolutnie każdej gry. I tak, jak kiedyś gry pokazał mi mój tata, tak ja dziś pokazuję elektroniczna rozrywkę swojemu synowi.