15

Astronauci i kowboje czyli teksańska Dolina Krzemowa, o której za mało wiemy

Autorem tego tekstu jest Jacek Artymiak mieszkający w sieci pod adresem artymiak.com. Dolina Krzemowa to marka, której siła oddziaływania odbiera wielu osobom rozum. Nawet najmniej zorientowani ludzie spoza branży wiedzą, że w Dolinie Krzemowej „robią komputery, interenet i Google.” Tak jak drapaczami nieba można drapać się po plecach w Nowym Jorku tak w Kaliforni każdy […]

Autorem tego tekstu jest Jacek Artymiak mieszkający w sieci pod adresem artymiak.com.

Dolina Krzemowa to marka, której siła oddziaływania odbiera wielu osobom rozum. Nawet najmniej zorientowani ludzie spoza branży wiedzą, że w Dolinie Krzemowej „robią komputery, interenet i Google.” Tak jak drapaczami nieba można drapać się po plecach w Nowym Jorku tak w Kaliforni każdy jest piękny jak Angelina Jolie i bogaty jak Mark Zuckerberg.

To oczywiście przesada, ale po przystawieniu stópek do pieca martenowskiego każdy startupowiec przyzna się, że nawet jeśli nie marzy o inwestorach z Silicon Valley, to chciałby przynajmniej raz tam pojechać i oddychać powietrzem, którym oddychają najlepsi. Boso przejść po SandHill Road chociaż. Koszulkę w zakładowym sklepie Apple kupić. Coś w ten deseń.

Dolina Krzemowa jest miejscem olbrzymiej koncentracji kapitału i talentów. Tu płaci się duże pieniąde za umiejętności; tu można sprzedać pomysł, który gdzie indziej byłby wyśmiany, ale potem będzie lansowany przez lokalnych hipsterów pod każdą szerokością geograficzną. Tam po prostu trzeba być jeśli chcemy coś znaczyć w naszej branży. To podpowiada nam rozum oraz kolega, który już tam był.

To teoria, chociaż niekoniecznie praktyka. Jak każdy sen i ten ma swoją cenę. Sukces, chociaż bardziej prawdopodobny niż w Koluszkach, też ma swoją cenę. I nie mam na myśli nieprzespanych nocy i zawalonych weekendów, ale koszty życia codziennego. Kto pomieszka w Kalifornii przez dłuższy czas wie, że ceny nieruchomości są tam z kosmosu a władze Kalifornii w uprzykrzaniu mieszkańcom życia są jeszcze bardziej kreatywne niż europejscy mierniczy krzywizny ogórka kiszonego. A na dodatek mają na to pieniądze z bardzo wysokich podatków pobieranych od wszystkiego.

To, że startupy potrzebują tam wsparcia kancelarii bezwzględnych prawników jest po części winą gąszczu przepisów przez jaki trzeba się tam przedzierać. To dlatego większość firm działających na terenie Kalifornii jest rejestrowanych jako spółki w stanie Delaware, bo zakładanie spółki w Kalifornii to biznesowe samobójstwo.

Kaliforinia jest jednym z najdroższych miejsc do życia na stałe na świecie i dlatego też płaci się tam najwięcej za wiedzę i umiejętności. Pieniądze, którymi się podniecamy czytająć o kolejnych seedach, rundach i exitach są przepalane na codzienne wydatki, płace i podatki. Takie są reguły gry. Problem w tym, że coraz mniej ludzi stać na udział w grze, która także dla inwestorów robi się za droga. To jest od kilku lat powodem dużej migracji kalifornijczyków do stanów ościennych lub na Wschodnie Wybrzeże. Musi być tam już naprawdę źle, skoro nawet przemysł produkujacy filmy dla dorosłych przenosi się do Newady, Arizony czy Utah. A ten przemysł potrafi przetrwać wiele.

Czy to początek końca Silicon Valley? Absolutnie nie, Silicon Valley nie zniknie, ale rozleje się po reszcie USA. Bo Silicon Valley to bardziej stan umysłu niż konkretne miejsce. A ten amerykański stan umysłu, który napędza Kalifornę nie jest spotykany wyłącznie tam. Znajdziemy go wszędzie gdzie koncentruje się kapitał i gdzie ludzie grają o to, kto będzie miał więcej kasy na końcie na własnym pogrzebie. Bankierzy z Nowego Yorku też chcą kawałek startupowego tortu, zanim nastąpi uroczyste wejcie na giełdę więc od paru lat budują Krzemowy Nowy York. To jednak też jest drogie miejsce i nie każdy je lubi.

Jeśli więc nie Kalifornia ani Nowy York, to może Teksas? Wacham się czy pisać o scenie startupowej w teksasie, bo podobno pierwszy kontyngent Polaków po przybyciu do Teksasu chciał powiesić na suchej gałęzi księdza, który ich tam ściągnął. Klecha uszedł z życiem tylko dlatego, że drewno na opał było materiałem deficytowym. Pozostała po nich miejscowość Częstochowa oraz parę innych osad o znajomych nazwach.

Od tamtych pionierskich czasów wiele się zmieniło i dziś już trudno w Teksasie spotkać kowboja. Stan ten należy dziś do obszarów o dużej koncentracji przemysły wydobycia i przetwórstwa ropy naftowej i produktów pochodnych, wojska i zaawansowanych technologii wojskowych, przemysłu komputerowego oraz ośrodków naukowych pracujacych dla głównych gałęzi przemysłu i wojska. Mówiąc krótku, tu są duże pieniądze i jest praca co widać w statystykach, produkt krajowy brutto tego stanu plasuje go na drugim miejscu w USA.

Dziś Teksas przeżywa drugą falę osadnictwa, i co sześć lat zyskuje milion nowych mieszkańców. Duża część z nich to Kalifornijczycy, którzy nie mogą sobie pozwolić na życie w Kalifornii więc pakują swoje rodziny do minivana i naklejają na zderzak naklejkę „Texas or bust.”

Przypływ Kalifornijczyków zmienia okolice San Antonio a przede wszystkim Austin, które staje się oazą informatyków, hipsterów, hippisów, artystów i biznesu na pustyniach tradycyjnego teksańskiego stylu życia i poglądów na świat.

Teksas kojarzy nam się z filmami o kowbojach, ropą naftową, rodziną Bushów, a tym którzy nie boją się rozkręcać komputerów pewnie też z misczącą się w Dallas firmą Texas Instruments. To jednak nie jedyna firma inwestująca w nowoczesne technologie w Teksasie. Ma tu swoją siedzibę Dell, a w Austin buduje swój drugi kampus na 3600 pracowników Apple. Może nie tak kosmiczny jak aluminiowa donica w Cupertino, ale nie mniej ważny.

Swoje oddziały badawczo-rozwojowe lub siedziby główne mają tu także Nvidia, 3M, Hewlett-Packard, Google, AMD, Applied Materials, Cirrus Logic, Cisco Systems, Flextronics, eBay, PayPal, Bioware, Blizzard Entertainment, IBM, Hoover’s, id Software Intel Corporation, National Instruments, Samsung Group, Buffalo Technology, Silicon Laboratories, Xerox, Oracle, Hostgator, HomeAway, czy United Devices.

W Houston mieści się słynna baza NASA („Houston, mamy problem…”) a w San Antonio w dawnej galerii handlowej funkcjonuje i dobrze się ma firma hostingowa Rackspace, której ambasadorem w świecie startupów jest Robert Scoble a wśród programistów Jim Plamondon, człowiek który sprawił w latach 90-tych, że Microsoft stał się ‚cool’ wśród deweloperów. Sam również ma doświadczenia startupowe. Pracownicy Rackspace aktywnie uczestniczą w różnego rodzaju programach, spotkaniach i inkubatorach startupowych a sama firma ma program wsparcia dla startupów. Czasami zastanawiam się czy Robert Scoble jest ambasadorem Rackspace wśród startupów czy moze ambasadorem startupów wewnątrz Rackspace?

To w Austin odbywają się co roku dwa ważne festiwale: SXSW, którego część SXSW Interactive jest okazją do dyskusji o stanie branży i do promocji startupów, które za chwile będą słynne. To tu można spotkać ich założycieli, inwestorów oraz inne ważne osoby, do których trudno dotrzeć w innych okolicznościach; to tu odbywa się Austin City Limits, ważna impreza muzyczna.

Teksas zaczyna na naszych oczach przejmować pałeczkę od Doliny Krzemowej bo władze i biznes stworzyły tam dobre warunki dla informatycznej klasy pracującej, biznesu i inwestorów. I dlatego tak często słyszy się tam słowa, „Nie urodziłem się w Teksasie, ale przyjechałem najszybciej jak mogłem.” I trudno im się dziwić, bo to jedno z niewielu miejsc na ziemi, gdzie kowboje i astronauci mogą się spotkać w tym samym barze.

Przyszłość Teksasu wydaje się być spokojna i dostatnia. Ludzie w są tam mili dla siebie, co może być po prostu sprawą genów albo tego, że można tu dość łatwo wyrobić pozwolenie na noszenie broni pod ubraniem, więc po co drażnić przechodnia, który może nas kropnąć? Kochający swoją wolność Teksańczycy twierdzą, że Austin znajduje się jedyny w USA budynek rządu stanowego, który stoi tyłem do Waszyngtonu. A nawet jeśli nie stoi, to Teksas przynajmniej nie doi swoich obywateli tak jak Kalifornia. W Teksasie nie płaci się stanowego podatku dochodowego, ale płaci się oczywiście podatek federalny oraz podatek od sprzedaży. Ceny nieruchomości nie są wygórowane (czytelników, którzy zaciągnęli kredyty we frankach szwajcarskich proszę o nie sprawdzanie cen domów w okolicy Austin…) bo ziemi tu dużo i jest tania ponieważ jest tu jeszcze dużo ziemi, która nie jest opodatkowana (unincorporated land) co trudno zrozumieć w Europie, w której płacimy za „every breath you take, every step you make”.

Kalifornia może mieć swoją Krzemową Dolinę ale nie jest już jedynym miejscem, w którym może się ziścić kalifornijski startupowy sen.

PS. Jadąc do Austin pamiętajcie, że miejscowi bardzo łatwo rozpoznają przybysza po kowbojskim kapeluszu i butach ;-)