31

Francja wymusiła na Apple „repairability score”. Tyle, że system jest fatalny i mylący

iphone 11 pro
Czy danie konsumentom informacji o tym, jak łatwo naprawić dane urządzenie może być czymś złym? Francja na przykładzie Apple pokazała, że tak.

Jeżeli jeszcze ktoś się nie zorientował po moich wpisach, jestem zagorzałym zwolennikiem prawa do naprawy urządzeń elektronicznych. Co składa się na takie prawo? Ano przede wszystkim – umożliwianie serwisom napraw sprzętu zamiast wymiany (np. wymiana całej płyty głównej z powodu jednego przepalonego kondensatora), dostępność części zamiennych, umożliwienie naprawy w innych serwisach oraz takie tworzenie urządzeń, by w ogóle dało się je naprawić. Dobrze skonstruowane prawo do naprawy pozwoliłoby nie tylko obniżyć ilość e-śmieci, ale też przedłużyć życie wielu urządzeń, efektywnie zostawiając w naszych kieszeniach więcej pieniędzy. Jest oczywiście jeszcze jeden ważny, wręcz kluczowy element, czyli informowanie konsumentów o tym, jak dane urządzenie zostało skonstruowane. I tutaj zaczynają się problemy.

Francja zmusiła Apple do podania repairability score. Tylko, że on bardziej przeszkadza, niż pomaga

Jak donosi The Verge, Apple musiało na stronie swojego sklepu zawszeć informacje odnośnie tego, jak w skali od 1 do 10 łatwe do naprawy są ich produkty. Wydawać by się mogło, że jest to ruch bardzo porkonsumencki i pewnie takie były jego założenia, jednak finalna implementacja sprawia, że moim jeszcze bardziej zaciemnia on obraz, zamiast go rozjaśniać. Przede wszystkim, przedstawienie wyniku jako punktu na skali sprawia, że użytkownicy nie wiedzę, z jakiego powodu dane urządzenie jest nienaprawialne – czy jest trudne do otwarcia, czy jest poklejone w środku tak, że nie da się usunąć komponentu bez zniszczenia. Drugą sprawą, że choć ewaluacja naprawialności urządzenia prowadzona jest wedle tych samych zasad dla wszystkich, to nie robi tego żadna zewnętrzna komisja – firmy same przyznają sobie punkty. Łatwo się więc domyślić, że każda z nich będzie chciała swój wynik podciągnąć do maksimum.

Najlepiej widać to w przypadku iPhone’ów 12. Dostały one 6.5 w dziesięciopunktowej skali naprawialności. Mało? Ktoś mógłby się tu kłócić, że w świecie smartfonów telefony Apple są najbardziej modułowe, dość łatwo je otworzyć i wymienić poszczególne części. I to prawda. Tylko co z tego, jeżeli ta modułowość i łatwość nie służy konsumentom. Co z tego, jeżeli sami możemy wymienić moduł kamery, baterii czy FaceID, jeżeli te po wymianie… po prostu nie będą działać. Już dawno pisałem o tym, że Apple w tym modelu przesunęło granice parowania ze sobą komponentów do absurdu. Są to celowe praktyki mające uniemożliwić naprawę poza zakładami Apple, dzięki którym Apple może dyktować ceny za naprawę swoich urządzeń i w przypadku starszych modeli często ceny te przekraczają wartość samego urządzenia. Niestety, francuski system albo tego nie uwzględnia, albo też – odejmuje za to dosyć mało punktów, pomimo, że takie działania negują całą ideę prawa do naprawy. Co z tego, że iPhone’a łatwo rozłożyć, jeżeli użytkownik nie będzie miał z tego żadnej korzyści w postaci taniej i szybkiej naprawy?

Z tego właśnie względu w mojej ocenie więc iPhone 12 nie zasługuje na ocenę wyższą niż 1 w żadnym zestawieniu dot. repairability. Nie dlatego, że jakoś specjalnie za tą firmą nie przepadam, ale dlatego, że wierzę, iż większość osób z faktu parowania komponentów wewnątrz iPhone’ów zwyczajnie nie zdaje sobie sprawy. Kupując więc telefon z oceną 6,5 może im się wydawać, że jest to „średni” wynik, nie odstający od urządzeń LG czy Xiaomi. Moment, w którym dowiedzą się, że za naprawę zbitego wyświetlacza muszą zapłacić 3x tyle co inni ze względu na konieczność odesłania sprzętu do Apple zamiast do lokalnego serwisu nastąpi zbyt późno, by zmienić decyzję zakupową.