macbook air wydajność
40

Nowy MacBook Air nie ma sensu – Apple robi w swoim portfolio urządzeń okropny bajzel

iPad Pro - dobrze i mądrze zaprojektowany. Mac mini - istnieje, tyle wystarczy. MacBook Air - wygląda rewelacyjnie, ale… czy to naprawdę następca Aira sprzed lat?

Tym razem niemal wszystkie przygotowane tradycyjnie z okazji konferencji Apple żarciki i prawie cała szydera muszą poczekać na inną okazję. No bo z czego się tu śmiać, skoro wydarzenie było udane, a zaprezentowane na nim urządzenia zapowiadają się naprawdę dobrze? Świetny ten iPad Pro. Hehe. Nie, ale serio – dużo konkretów, mało zbędnego gadania (konfa to nie miejsce by mówić po 20 minut o tym, czy sklepy Apple hulają na energii odnawialnej, czy palonych śmieciach), a przecieków przez wydarzeniem niemal nie było, więc nie mam poczucia straconego czasu. Poza tym Mac mini daje radę, iPad poprawia bolączki poprzednika i wkracza w nową erę, a MacBook Air to zgrabny, seksowny sprzęt, w którym prawie nie ma się do czego przyczepić. Prawie.

Dlaczego MacBook Air jest MacBookiem Air?

Laptop, sam w sobie, z Touch ID, chipem T2, ekranem o wysokiej rozdzielczości i niewielką wagą może się podobać. Mimo tego znajomi, którzy czekali na jego zapowiedź, jak jeden mąż napisali mi zaraz po konferencji, że jednak go nie kupią. Dlaczego? Ponieważ w ich odczuciu nie jest to MacBook Air, a i ja nie rozumiem z jakiego powodu otrzymał taką nazwę. Bo musiałem wziąć kilka głębokich wdechów powietrza, żeby pogodzić się z jego ceną?

Nie zrozumcie mnie źle – to świetny sprzęt, tylko że zupełnie nie wypełnia luki po poprzedniku. Przystępny cenowo Air był prostym komputerem z bogatym zestawem portów, z którym nie trzeba było się obchodzić jak z jajkiem, bo i tak nie kosztował fortuny. Brakowało mu nieco lepszych bebechów i ekranu o wyższej rozdzielczości, ale to tyle. Przy nieskomplikowanych zadaniach albo jako laptop na początek przygody z macOS sprawdzał się świetnie.

Wszystkie MacBooki są teraz takie same

Wersja 2018 to z kolei pomieszanie cech dwunastocalowego MacBooka z MacBookiem Pro. Jeśli jeszcze jej nie widzieliście, przeczytajcie koniecznie wpis Pawła. Co z tego? Ano to, że ostatnie generacje wszystkich notebooków giganta z Cupertino są teraz niemal identyczne, do tego podobnie wycenione. Co za tym idzie, zakup nowego MacBooka ze specyfikacją, która nie pamięta epoki kamienia łupanego to w tej chwili wydatek 6000 złotych. Zakup takiego MacBooka z portami jakimikolwiek poza USB C jest z kolei bezcenny. Bo niemożliwy. Gdzie się podziało jakiekolwiek zróżnicowanie?

Mój prosty umysł (psychofani Apple – poratujcie swoim intelektem) nie ogarnia jak koncern, który kiedyś słynął z wąskiego, ale dopasowanego idealnie do potrzeb różnych klientów zestawu produktów, może robić w swojej ofercie taki bajzel. Przecież teraz sięganie po MacBooka w edycji 12-calowej nie ma sensu, a Pro i Air są do siebie bliźniaczo podobne.

Według mnie, “dwunastka” mogłaby potanieć i wkroczyć na nieco niższą półkę,  a Air 2018 powinien zostać następcą Pro bez Touch Bara – gdyby tylko włożyli do niego procesor niepochodzący z pralki. Tak się jednak nie stało. Powiecie pewnie zaraz, że “Apple prawdopodobnie odświeży standardowego MacBooka w przyszłym roku”. W porządku, ale właściwie po co? Po co, skoro będzie podobny do sprzedawanych obecnie i przynajmniej tak samo drogi? I po cholerę firma trzyma go teraz w swojej ofercie? iPhone’a X jakoś z chęcią z niej usunęli.

Straciłem dziś nadzieję, że próg sensownego wejścia w świat laptopów Apple spadnie w najbliższych latach poniżej tych nieszczęsnych 6000 złotych…

Mac mini – świetnie! Choć szkoda, że tak późno

Cieszę się z kolei na nowego Maka mini, w którym trudno na cokolwiek narzekać. Cena w miarę do zniesienia, prezencja estetyczna, a  zamysł stojący za tego typu sprzętem słuszny. Sam zastanawiam się nad zakupem, bo przenośna stacjonarka (mhm, oksymoron), która nie jest zespolona z ogromnym monitorem bardzo by mi się przydała. Zresztą, co by w tym Maku nie siedziało, ludzie i tak byliby zadowoleni, bo na odświeżenie tej serii czekali ponad cztery lata.

I wracamy do meandrów mojego ograniczonego umysłu: z jakiego powodu jedna z największych i najbogatszych firm na świecie, która pozornie tak ceni sobie idealnie dopracowany line-up sprzętu, po prostu “zapomina” na parę ładnych lat o różnych seriach urządzeń? Mac Pro, Mac mini, MacBook Air – bardzo długo nie słyszeliśmy o kolejnych generacjach nawet słowa, a aktualne… przestawały być aktualne, bo Amerykanie nie odświeżali w nich nawet procesorów. To śmieszne. Hehe.

iPady pokazują, że Apple “potrafi” w line-up

A przecież sami pokazują czasem, że potrafią wszystko ładnie poukładać – ot, chociażby na przykładzie iPadów. Są zróżnicowane, ale we wszystkich wersjach nie sposób się pogubić. Mniejszy, ale wciąż przyzwoity mini na start, iPad jako naturalny wybór dla większości użytkowników, Pro 10.5 dla osób, które oczekują trochę więcej, a nowe Prosy dla… największych prosów. Różne ceny na różne potrzeby.

Doceniam też, że iPad Pro 2018 oznacza koniec komicznego ładowania Apple Pencila, wspiera USB typu C, oferuje naprawdę obiecującą wydajność i wkracza w nową erę tabletów giganta z Cupertino bez popadania w skrajności. Ramki małe, ale nie do przesady, brak notchów i innych udziwnień, lekka i smukła konstrukcja, odpowiednie wymiary. No nie potrafię krytykować. A że drogi? Cóż, w przeciwieństwie do MacBooków, w iPadach nie brakuje innych, tańszych opcji. A Apple konkuruje samo ze sobą, więc może sobie pozwolić.