24

Amator dostaje „pełną klatkę” i cierpi wracając do smartfona

Tak, jestem amatorem fotografii. Ale w tej słownikowej definicji, wg której zajmuję się robieniem zdjęć bardzo hobbystycznie. Pojęcia takie jak ISO, przesłona czy pełna klatka nie są mi obce, ale mimo to nigdy nie nazwałbym się profesjonalistą. Zdjęcia do tej pory robiłem głównie smartfonem. Teraz, po kilku dniach z premierowymi bezlusterkowcami Sony bardzo ciężko jest […]

Tak, jestem amatorem fotografii. Ale w tej słownikowej definicji, wg której zajmuję się robieniem zdjęć bardzo hobbystycznie. Pojęcia takie jak ISO, przesłona czy pełna klatka nie są mi obce, ale mimo to nigdy nie nazwałbym się profesjonalistą. Zdjęcia do tej pory robiłem głównie smartfonem. Teraz, po kilku dniach z premierowymi bezlusterkowcami Sony bardzo ciężko jest mi wrócić do krainy algorytmów odszumiających i zoomu cyfrowego.

Na początek mała zapowiedź tego, jak na imprezie Sony i magazynu motoryzacyjno-fotograficznego Ramp na Dolnym Śląsku, spędziłem 3 wypełnione atrakcjami dni końcówki października. Kojarzycie film Drive z jego niesamowicie pierwotną samochodową energią? Pamiętacie polską Obławę z jej malowniczymi sceneriami jesiennych lasów południowej Polski? Wymieszajcie te ze dwa obrazy, aż powstanie zapierający dech w piersiach widok rażący bębenki uszu rykiem setek koni mechanicznych. Aha, no i nie zapominajcie o tym, czym będziecie uwieczniali ten obraz, bo jest  to sprzęt, w którym absolutnie się zakochałem i gdyby nie jego cena, to sprawiłbym sobie taki zaraz po powrocie do Warszawy.

Kotlina Mocy

Godzina 7. Smartfon budzi mnie melodią z Justina Biebera (niezawodna metoda dzięki, której od razu zrywam się z łóżka). Po przetarciu oczu uświadamiam sobie, że nie leżę we własnym łóżku, a tę krótką noc spędziłem wiele kilometrów z dala od stolicy kraju nad Wisłą; w Zamku na Skale, prześlicznie położonym hotelu w sercu Kotliny Kłodzkiej. Jednak jakiekolwiek określenie, które zdolny jest z siebie wydobyć ludzki język jest bardzo ułomne w stosunku do tego, czym swoje czopki i pręciki może sycić codziennie mieszkaniec Kotliny Kłodzkiej.

Swego czasu podróżowałem nieco po Szwajcarii i te właśnie krajobrazy jako żywo skojarzyły mi się z otoczeniem dawnej trzebieszowskiej, post-niemieckiej fortecy, położonej wśród pagórków doliny o swoim unikalnym mikroklimacie, który przyciągał i wciąż przyciąga artystów, poszukujących idealnego miejsca do wyciszenia się od spraw tego świata.

Tysiące koni, miliony dolarów

Tak i ja przez te 3 dni mogłem się wyciszyć, odcięty od strumienia tech-newsów spływających na każde z moich smart-urządzeń z prędkością Sokoła Milenium wpadającego w nadprzestrzeń. Wyciszenie mogło być jednak tylko mentalne, gdyż krzykliwe nagłówki zamieniłem na „ryczące i strzelające” wydechy najnowszych sportowych aut, których moc miałem nieskrywaną przyjemność przetestować organoleptycznie. Niestety nie za kierownicą, ale zajmując zaszczytne miejsce pilota, które jak wyjaśnił mi z zauważalnym, zawadiackim uśmiechem na ustach jeden z naszych kierowców, zarabiających na życie pilotowaniem profesjonalistów: „bywa dla kilku sekund na mecie ważniejsze, niż jedyna w pełni sprawna ręka Kubicy”.

















Stop ogólnikom – czas na konkrety! Samochody, które w liczbie 18 sztuk zagościły na trzebieszowskim dziedzińcu, wprawiły przy pierwszym wzrokowym kontakcie (oczy – lampy) całą ekipę w osłupienie. Takie bryki widuje się zwykle tylko w filmach, a więc nie dziwię się w żadnym stopniu przechodniom zaludniającym mijane miasta, że przerywali niezobowiązujące rozmowy o pogodzie, aby na kilka chwil móc podziwiać swoje zniekształcone odbicie w specjalnym modelu Chevroleta Camaro „Hot Wheels”.

Na papierze jest pięknie

Oprócz niego z najbliższego bliska, doświadczałem także wciskającej w fotel mocy Porsche 911 Turbo S czy Audi R8 wzbogaconego o silnik V10. Trzebieszowice nie są jednak zieloną wysepką na mapie Polski, w której na takie auta może sobie pozwolić każdy. Były one sprowadzane z całej Europy (a przeważnie z niemieckiej centrali Volkswagena) przez człowieka-legendę i to nader żywą – Piotra Frankowskiego, dawnego redaktora naczelnego polskiej edycji magazynu Top Gear.

Niedawno, Piotr wraz z grupką podobnych jemu pasjonatów założył nowy kwartalnik o chwytliwej nazwie Ramp, który doskonale oddaje to, w jakim kierunku powinna „uciekać” prasa jeśli chce przetrwać na rynku agresywnie podbijanym przez treści cyfrowe. Ramp to bardziej album niż magazyn. Już moment, gdy pierwsze impulsy popłyną z receptorów dotyku do mózgu z informacją o „luksusowej gramaturze” papieru napawają nadzieją na doświadczenie czegoś, czego w Internecie szukać jest próżno. Świetne artykułu i niesamowite zdjęcia wykonane przez osoby które na fotografii zjadły zęby mądrości to wizytówka magazynu.

Wciąż jednak nie wspomniałem o tym co najważniejsze i bez czego nie wyjazd mógłbym przywoływać sobie jedynie pod postacią wspomnieć wewnątrz mojej głowy, a nie na wydrukach 60×90 cm, który przywiozłem w plecaku.

„Sony samo nie wie jak dobre aparaty zrobiło”

Każdy z zaproszonych fotografów dostał od organizatorów aparat Sony, którym mógł do woli bawić się przez trzy dni (a potem niestety zwrócić… tak dobrze blogerzy nie mają :P). Pierwszym, który wpadł w moje ręce był model Alfa A7 wyposażony w 24 – megapikselową matrycę.

Jeśli myślisz, że aparat do profesjonalnych zastosowań musi być ciężki, wielki i nieporęczny i ogólnie sprawiać same problemy, to jesteś w głębokim błędzie. A7 udowodniła mi, że coś, co nie powstydzi się zapełniania rozkładówek największych czasopism może zmieścić się nawet w średniej wielkości koszuli kurtki.

Całość została bardzo dobrze wykonana i jak przystało na sprzęt za kilka tysięcy złotych przy pierwszym kontakcie uzależnia dłoń od swojego idealnego wyważenia i poczucia głębi możliwości drzemiących w tym cacku. Zaskoczony byłem zwłaszcza szybkością z jaką A7 radzi sobie z dostosowywaniem ostrości. Później dowiedziałem się, że zostało to osiągnięte dzięki systemowi Fast Hybrid AF, który może korzystać zarówno z detekcji kontrastu (25 aktywnych pól) jak i fazy (w tym przypadku jest ich 117).

Wyczuć moment

Właśnie za pomocą tego cacka byłem w stanie uwieczniać niedostępnej mi wcześniej jakości obrazy, podczas pierwszych warsztatów przeprowadzanych pod okiem fotograficznych ekspertów. Dotyczyły one panningu, czyli takiej sztuki robienia zdjęć jadącemu samochodowi, aby uchwycić jego szybkość. Jest to dokonywane za pomocą dostrojeniu ostrości na konkretnym punkcie auta i rozmyciu tła (zupełnie jak we wchodzeniu w nadprzestrzeń :) ).

Próbowałem to robić po raz pierwszy w życiu, ale dzięki „soniakom” efekt końcowy nie był chyba najgorszy, co?

Drugiego dnia miałem za to przyjemność korzystania ze starszego brata wcześniejszej alfy, czyli modelu A7R. Wydaje mi się jednak, że określenie starszy brat jest użyte nieco na wyrost, gdyż tak naprawdę obie konstrukcje są do siebie bliźniaczo podobne. Najważniejsze jest jednak niewidoczne dla oczu i skrywane przez szczelną obudowę. To matryca o rozdzielczości 36 megapixeli, która  niestety pozbawiona jest tak szybkiego dostrajania ostrości, bo korzysta tylko z systemu opartego o detekcję kontrastu.

W obu konstrukcjach do naszego użytku oddane zostało dodatkowo coś, co mogliśmy wcześniej spotkać tylko i wyłącznie w konsumenckich aparatach. To regulacja położenia i nachylenia ekranu, która, bardzo ułatwia robienie zdjęć w trudno dostępnych miejscach, no i po prostu podnosi ogólna wygodę użytkowania. Szczerze mówiąc to bardzo się dziwiłem dlaczego do tej pory tak mało aparatów z górnej półki miało taką funkcjonalność… Oczywiście rozumiem, że profesjonaliści korzystają przeważnie z wizjera, taktując ekran z pogardą, ale ja np. z upodobaniem zmieniałem miejsce gdzie kierowałem swój wzrok przy kadrowaniu zdjęć.

Mały może… tyle samo

Bardzo ciekawe możliwości w przypadku obu aparatów daje także, moduł WiFi i NFC. Dzięki ich współpracy wystarczyło, że przyłożyłem swojego smartfona do korpusu wykonanego ze stopów magnezu, i dzięki darmowej aplikacji PlayMamories mogłem z jego poziomu sterować zaawansowanymi funkcjami bezlusterkowców.

Taki sam mechanizm parowania został zresztą wykorzystany przy okazji dość abstrakcyjnego wynalazku Sony, jakim są doczepiane do smartfonów obiektywy. W Trzebieszowicach testowałem dwie tego typu konstrukcje – QX10 i QX100. Na początku byłem nieco sceptycznie nastawiony do obu konstrukcji, bo powiedzmy sobie szczerze, są one średnio ergonomiczne. Ktoś kto jest przyzwyczajony do robienia komórką zdjęć w biegu nie będzie nagle nosił ze sobą dodatkowego obiektywu. Potem jednak zaczarowały mnie swoją jakością wykonane zdjęcia. W końcu matryca ze świetnego RX100 robi swoje.

Interesująca alternatywa

Wielu moich kolegów z wyjazdu dostrzegło także pewną ciekawą możliwość zastosowania tego sprzętu. Z błyskiem w oczach, proponowali oni umieszczenie obiektywów w damskich przebieralniach, gdzie z racji na swoje nieduże wymiary mogłyby pozostać niezauważone i na bieżąco transmitować po WiFi obraz… ;)

Z Trzebieszowic wracałem więc z bagażem ciekawych wspomnień i nowymi umiejętnościami zdobytymi we wnętrzach samochodów, których plakaty wiszą nad moim monitorem. Wracałem także do mojego wysłużonego 8-megapikselowego smartfonowego aparatu, który niegdyś w pełni zaspakajał moje fotograficzne zapędy, jeśli tylko zapewniałem mu odpowiednią ilość światła. Tak to jednak jest, że kiedy przez moment dostaniemy w swoje ręce aparat z wyższej półki, to potem bardzo ciężko jest wrócić do robienie zdjęć przez dotknięcie ekranu palcem…

Tak i ja, zachowując ciepłe wspomnienia z kontaktów z najnowszymi Alfami Sony, powróciłem z nietęgą miną do smartfonowego świata. Mimo to, teraz na jednej z najwyższych pozycji w moim prywatnym rankingu ląduje właśnie model A7, czekam tylko na obniżkę cen. Potem do kompletu będzie mi już tylko brakowało najnowszego porszaka i wycieczki w góry ;)

Na wyjazd zaprosiła mnie firma Sony, która pokryła też wszystkie koszty, ale możecie mieć pewność że nie wpłynęło to na kształt tekstu, który przedstawia moje osobiste opinie.