55

Ahoj. Własność intelektualna czyli nie nasza i nie dla nas

Przed weekendem FIlip Żyro napisał żarliwy tekst w obronie praw autorskich. Tego typu publikacji powstało już oczywiście wiele, również u nas, ale jak słusznie zauważył w rozmowie ze mnę Grzegorz Ułan: „O Google kiedyś też już pisałem? I co z tego?”. Toteż pora na równie żarliwą ripostę z mojej strony. Nikomu nie trzeba tłumaczyć jaki […]

Przed weekendem FIlip Żyro napisał żarliwy tekst w obronie praw autorskich. Tego typu publikacji powstało już oczywiście wiele, również u nas, ale jak słusznie zauważył w rozmowie ze mnę Grzegorz Ułan: „O Google kiedyś też już pisałem? I co z tego?”. Toteż pora na równie żarliwą ripostę z mojej strony.


Nikomu nie trzeba tłumaczyć jaki jest stan prawny. Częściowo dziurawy, co skwapliwie wykorzystywane jest czasami w rozmowach, jednakże stosunkowo restrykcyjny. Za piractwo grożą solidne kary, chociaż praktyka jest taka, że ściga się w naszym kraju prawie tylko przedsiębiorców, stosunkowo rzadko nawet osoby prowadzące serwisy, gdzie piractwo jest uprawiane, za mniejszym lub większym przyzwoleniem.

Gdyby kierować się tylko stanem prawnym, można by jednak dojść do wniosku, że w pewnych przypadkach piractwo jest dozwolone – np. ściąganie filmów czy muzyki już udostępnionej, bez przesyłania ich dalej (a więc nie przez p2p, ale np. z hostingów). Generalnie rzecz biorąc gąszcz przepisów jest w pewien sposób nieuporządkowany i dziurawy, w jego ogarnięciu pomagają takie organizacje jak Prawo Kultury, a czasami dezinformację sieje strona, której zależy na walce z piractwem (bo wydaje im się to w ich interesie). Ogólnikowo mówiąc, jest lekki burdel, co prowadzi do tego, że żadna strona nie jest usatysfakcjonowana. Zmierzam do tego, że kiedyś będzie trzeba ten bałagan uporządkować, więc w dyskusji o nim, nie powinniśmy zastanawiać się nad istniejącym stanem, a raczej wrócić do założeń. Krótko mówiąc, zastanowić się nad aksjologiczną podstawą prawa autorskiego. O ile bowiem stosuję się, albo staram się w ramach możliwości stosować do wszelkiego ustawodawstwa (z aparatem państwowym i prawnikami nie ma żartów), to mogę z czystym sumieniem postulować zmianę. I to zmianę drastyczną.

Świat jest za bardzo skomplikowany, żeby postrzegać go w czarno-białym świetle. Nigdy nie był i prawdopodobnie nigdy nie będzie jednolity. Nigdy, nawet w erze globalizacji, Polak nie postawi interesu Australijczyka, wyżej niż swój, albo chociażby innego Polaka. Bo daleko, bo go nie zna, bo bogatszy. I każdy z tych argumentów jest sensowny w pewien sposób. Jednocześnie cyfryzacja społeczeństwa sprawiła, że wiedza i dobra kulturalne są bardziej uniwersalne. Jednocześnie kultura przestała być (o ile kiedykolwiek była), luksusem. Właśnie  dzięki piractwu wiele osób mogło przeczytać dobrą książkę, albo obejrzeć dobry film. Nawet obejrzeć słaby film, bo przecież i taka kultura jest potrzebna – nie wszyscy ludzie potrzebują Dostojewskiego i Kubricka. Jeżeli wydaje Wam się, że ta zmiana uderza w twórców, to pragnę zauważyć, że otworzyła ona nowe możliwości. Otworzyła na dostęp do wielu dóbr biedaków, łykających jak najwięcej, jak najmniejszym kosztem, ale tworzyła również klasę mecenasów, co widać chociażby po projektach crowd-fundingowych, gdzie znajdują się osoby skłonne zapłacić wielokrotność „standardowej” sumy, częściowo dla własnej przyjemności, częściowo z wiary w twórcę. Zmiana nie jest na niekorzyść. Po prostu zmienia reguły gry.

Inna kwestia – prawo autorskie, jako filar systemu dystrybucji dóbr intelektualnych nie jest w tej chwili uszyte dla Polaków, ani w ogóle dla biednych narodów. Okej, bieda nie piszczy, szczawiu nie trzeba jeść (chociaż, w przeciwieństwie do posła Niesiołowskiego, nie uznaję tego stanu rzeczy za dobrobyt) , ale Kowalskiego nie stać jeszcze na oryginalne dobra kultury, programy, gry wideo. Po prostu. Nie. Mając mniej niż tysiąc złotych miesięcznie na osobę w rodzinie? W życiu.

Ceny i cały system uszyty jest dla Niemca, Brytyjczyka, Francuza czy Amerykanina. Sieć zależności, koszta, wszystko generowane jest w miejscach odległych nam, jeżeli nie geograficznie, to na pewno zarobkowo. W miejscach, gdzie o Polsce nie słyszano, a jeżeli nawet, to jesteśmy odległą krainą, z której przybywają imigranci. Krótko mówiąc – gramy na cudzych zasadach, na cudzym boisku, mając na nogach obdarte trampki i będąc po dziesięciogodzinnej harówce w fabryce.

A sęk w tym, że te wszystkie dobra są nam potrzebne. Bo przecież gonimy ten Zachód, o czym trąbi się regularnie od dobrych kilkunastu lat. Potrzebujemy rozwoju kapitału ludzkiego, potrzebujemy zwiększania się skumulowanego ładunku kulturowego, wreszcie potrzebujemy oszczędności, żeby dzieci ze średnio-zamożnych rodzin, mogły pójść na korepetycje z języka angielskiego, do lepszej szkoły, na kurs, pojechać na wycieczkę zagranicę. Nikt mi nigdy nie wmówi, że to jest mniej ważne, od interesów hollywoodzkich gwiazd, albo szefów korpo, którzy muszą dbać o wyniki sprzedaży.

Nie chcę popadać w melodramatyczne tony, ale kupa pieniędzy jest z naszego kraju wyprowadzana w taki czy inny sposób. Zagraniczny kapitał rozpycha się łokciami, drenuje bezlitośnie tanią siłę roboczą, jaką jesteśmy w skali całego kraju i praktykuje na potęgę kreatywną księgowość. Okej, sytuacja jest, jaka jest. Nikt z batem nie gania ludzi, za to że wykorzystują sytuację. Musi tak być, bo jesteśmy krajem na dorobku. Niemniej, jest pewien rachunek historyczny i gospodarczy, a my w tej chwili pogłębiamy swój debet i tak będzie jeszcze przez jakiś czas, zanim znajdziemy się nad kreską. Stąd nie czuję wstydu, kiedy widzę Polskę wysoko w rankingu penetracji piractwa. Dorabianie ideologii? Wszystko jest ideologią.

Że nie wspomnę już o tym, że wszelkie zmiany, jakie się dokonują w ten materii, mają na celu wiecznie obronę interesów możnych tego świata, a nie końcowego odbiorcy. Wydłużenie ochrony majątkowych praw autorskich do 70 lat po śmierci autora, w sytuacji gdzie prawie nigdy ten autor nie ma praw majątkowych do swoich dzieł? Absurd.

Kogo stać, ten chętnie płaci i to jest fakt. Sam płacę, bo mnie stać. Wiele osób płaci, kiedy robi się taniej. Bo ich stać. Nie mamy wcale wrodzonej chęci do brania wszystkiego za darmo, w głębi duszy większość z Polaków szanuje cudzą pracę. Ale ciężko jest mieć za złe tym, którzy tego nie robią, jeżeli zwyczajnie nie mają kasy. Jasne, czasami skąpią nawet ci, którzy konto w banku mają spuchnięte, a żyją na wysokim poziomie. To po prostu pozostałość po czasach, kiedy jeszcze byli „na dorobku”. Kiedy dusili każdy pieniądz. To są ludzie z przełomu ustrojów. Będzie nas wszystkich stać, zapomnimy czasy, kiedy liczyliśmy każdy grosz, to zaczniemy kupować te płyty, filmy, programy. Kiedy będą dla nas porównywalnym obciążeniem, co dla ludzi zza Odry.

Czy ściąganie plików z internetu to kradzież? Po raz kolejny powiem – zostawmy stan prawny. Spójrzmy na sprawę wyłącznie przez pryzmat moralności. Nie jest zbyt biało. Nawet jeżeli nie kradzież, to jakaś jej pochodna, mniej szkodliwa dla „ofiary” (duże słowo, ale brakuje mi zamiennika), ale jednak uderzająca w jej interesy. Czy powinno nam to jakoś mocno leżeć na sercu? Moim zdaniem, nieszczególnie. Kogo stać, ten ma moralny obowiązek zapłacić. Biedaka pracującego za marne grosze, na marnym stanowisku, nie jestem w stanie potępić za ściągnięcie serialu z sieci, albo nawet instalacji pirackiego Windowsa. Inna sprawa, że prawo jest prawem, więc trzeba go przestrzegać. Na szczęście, o czym często zapominają gorący zwolennicy prawa autorskiego, można go przestrzegać, apelując jednocześnie o jego liberalizację, a nie zaostrzanie.