25

Ahoj, próba uporządkowania dyskusji o własności intelektualnej

Na Antyweb ponownie pojawiło się sporo wypowiedzi dotyczących niekończącego się dylematu „ściągać czy nie ściągać” z Internetu. W związku z tym pojawia się także dużo emocji, niemało wielkich słów i przykładów, ale niestety wciąż dużo nieporozumień. Wydawałoby się, że pod koniec A.D. 2013 pewien poziom wiedzy powinien być wspólny i dyskusja nie powinna opierać się […]

Na Antyweb ponownie pojawiło się sporo wypowiedzi dotyczących niekończącego się dylematu „ściągać czy nie ściągać” z Internetu. W związku z tym pojawia się także dużo emocji, niemało wielkich słów i przykładów, ale niestety wciąż dużo nieporozumień. Wydawałoby się, że pod koniec A.D. 2013 pewien poziom wiedzy powinien być wspólny i dyskusja nie powinna opierać się na myleniu zasad i pojęć.

Autorem wpisu jest Marcin Maruta, radca prawny zajmujący się własnością intelektualną.

Recepty na to, jak rozwiązać problem ściągania plików, nie ma i nic nie wskazuje, żeby szybko się pojawiła. Może warto jednak sięgnąć do prawa autorskiego i zobaczyć, jak to w Polsce uregulowano. Jest nadzieja, że unikniemy w ten sposób bardzo niewłaściwych przykładów, które pozbawiają sensu dyskusję.

Własność intelektualna, czyli prawie własność

Podstawą do zrozumienia konstrukcji przepisów jest próba zrozumienia zasad prawa autorskiego. Prawo to chroni twórcę, lecz inaczej niż prawo własności. Jeżeli posiadamy rzecz (coś materialnego, na przykład klawiaturę), władztwo nad rzeczą jest niemal pełne – możemy klawiaturę trzymać i nikomu nie pokazywać, możemy pożyczyć (użyczyć ‒ żeby być ścisłym), możemy sprzedać, zniszczyć itd. Poza nielicznymi wyjątkami (np. stanem wyższej konieczności) wara komukolwiek od naszej klawiatury. Jest nasza. Koniec dyskusji. Co więcej, ochrona ta będzie trwała wieki, dopóki klawiatura istnieje.

W przypadku utworów jest inaczej – jeżeli przeczytamy prawo autorskie, zobaczymy, że nie posługuje się ono pojęciem „własności”. Zamiast własności mamy konstrukcje autorskich praw majątkowych (są też osobiste). Prawa te istotnie różnią się od naszej prostej, intuicyjnie wyczuwanej własności – po pierwsze są ograniczone czasowo. W 70 lat po śmierci twórcy wygasają, utwór trafia do domeny publicznej. Jeżeli mamy ochotę wydać Sienkiewicza, możemy to zrobić, nie pytając nikogo o zgodę. Ale żeby użyć maszyny do pisania Sienkiewicza (czy też jego pióra, pisał przede wszystkim piórem), zgoda obecnych właścicieli byłaby wciąż konieczna.

Skąd pomysł czasowej ochrony? Ano stąd, że prawo autorskie reguluje niezwykle delikatną kwestię, czyli prawa dostępu do dóbr kultury. Musi brać pod uwagę zarówno interesy twórców, jak i użytkowników. Daje twórcy ochronę, ale mówi wprost, że po pewnym czasie utwór ten staje się dobrem wspólnym, z którego wszyscy mogą dowolnie korzystać (w tym go rozpowszechniać). Nie ma możliwości ograniczenia dostępu do utworu po wsze czasy – pozostaje i tak krytykowany okres 70 lat.

Nas oczywiście interesują utwory znacznie młodsze. I tu dochodzimy do sedna prawa autorskiego, czyli zakresu praw majątkowych ‒ kolejnej różnicy między majątkowymi prawami autorskimi a własnością. Twórca może kontrolować wiele zdarzeń związanych z jego utworem, w tym przede wszystkim jego powielenie i rozpowszechnianie. Ale nie może panować nad wszystkimi wydarzeniami. Prawo autorskie z reguły w ogóle nie zajmuje się samym „biernym” zapoznawaniem się z utworem przez końcowego odbiorcę, takim jak przeglądanie książek w księgarni czy słuchanie muzyki odtwarzanej w supermarkecie. Idąc alejką handlową, nie musimy więc zatykać uszu w obawie o legalność odtwarzania muzyki przez supermarket. Nikt nie wsadzi nas też do więzienia za to, że obejrzeliśmy film, do którego wyświetlania kino nie miało uprawnień. Legalność odtwarzanej muzyki i wyświetlanego filmu to zmartwienie supermarketu czy kina, nie nasze ‒ odbiorców końcowych.

I co na to Internet?

Powyższe wydaje się oczywiste. Jednak gdy zaczniemy dyskusje o Internecie, oczywistość znika. Jeżeli mogę przeglądać książkę w księgarni, jest to OK, ale ściągnięcie jej z serwera już budzi wątpliwości. Można próbować argumentować, że ściągając, tworzymy „kopię”, a czytając w Empiku ‒ nie. Ale po pierwsze tworzenie kopii na nasz użytek jest i tak dozwolone, a po drugie i ważniejsze, nie tu pojawia się problem ‒ ściąganie i tak zaczyna ustępować miejsca streamingowi. Wystarczy rzucić okiem na fenomen serwisów udostępniających filmy i seriale – nic nie ściągamy, a „poczucie piractwa” pozostaje. Słusznie zresztą, bo nie ulega wątpliwości, że ten, kto w takim serwisie umieszcza materiały chronione prawem autorskim, narusza prawo twórcy do rozpowszechniania. A zatem narusza prawo autorskie, czy też – wedle popularnej poetyki – „kradnie”. Poza dyskusją pozostaje to, że osoba taka powinna ponosić odpowiedzialność za naruszenie prawa autorskiego. Pytanie tylko, czy za taką „kradzież” chcemy uczynić współodpowiedzialnymi również użytkowników serwisu?

Konsekwencje mogłyby być daleko idące – przecież czytając ten artykuł, nie wiecie, czy antyweb.pl nabył do niego prawa. Jeśli nie i umieścił go nielegalnie (to tylko tytułem przykładu ‒ stosowna licencja została udzielona), to wtedy korzystając z tego utworu, naruszalibyście moje prawa. I mógłbym Was pozwać, żądając odszkodowania. Podobnie radio internetowe – wolno nam słuchać czy nie? Pomijając radia publiczne, nie mamy zielonego pojęcia, czy te setki stacji w Internecie nadają legalnie.

Można się zastanawiać, czy nie powinno stosować się zasady „zdrowego rozsądku” – jednym słowem spotify ‒ tak, megavideo ‒ nie. Można, ale na razie prawo (przynajmniej polskie, bo w Niemczech i Finlandii jest już inaczej) nie wprowadza takiego podziału czy wymogu. Na razie, bo nie możemy wykluczyć, że interpretacja przepisów pójdzie jednak w tym kierunku, w sytuacji, kiedy będziemy mieć od czynienia z „oczywiście” nielegalnym źródłem. Sporo może zależeć od regulacji unijnych, a zwłaszcza wyroków ETS – tak na marginesie ów Europejski Trybunał Sprawiedliwości ukróca zbyt daleko idące przepisy czy praktyki, jak np. odcinanie od Internetu, co uznane zostało za nielegalne (a na dodatek dostęp do Internetu został uznany za prawo człowieka).

Wymóg kontrolowania legalności przez użytkownika byłby zresztą piekielnie niebezpieczny, bo zaufanie to dobra rzecz, ale jak się pomylimy, to i tak złamalibyśmy przepisy. Vide: wspomniane radia internetowe czy youtube ‒ co tam jest umieszczone legalnie, a co nie? Wystarczy porozmawiać z prawnikami Google’a lub poczytać wyroki, żeby zobaczyć, że oni sami mają z tym wielki problem i mimo wielu starań wciąż nie opanowali „legalności” treści. Oczywiście youtube to tylko provider, a nie podmiot rozpowszechniający utwory, ale znów – do jakiego stopnia użytkownik ma to kontrolować? Po to, żeby system był sprawny, musiałby być „zerojedynkowy” – nie wolno wam ściągać, nie wolno wam streamingować, zapomnijcie o Internecie. Albo za każdym razem niech serwis internetowy daje wam oświadczenie o legalności. Najlepiej w formie aktu notarialnego.

Czy aby na pewno za darmo?

Jednym z koronnych argumentów przeciw ściąganiu jest okradanie twórcy i pozbawianie go zysków. Pomijając wiele nieporozumień, począwszy od nieuczciwego intelektualnie i prawnie zrównania ściągania pliku z kradzieżą (rzućcie okiem na art. 278 Kodeksu karnego) po częstokroć wydumane straty koncernów i artystów, bazujące na nierealistycznych wyliczeniach (btw: wbrew apokaliptycznym wizjom rynek rośnie i się rozwija, tak przynajmniej wynika z szeregu badań – popatrzcie choćby na świetne opracowanie sky is rising 2 dotyczące Europy ), nie jest prawdą, że ściągając coś na swój dysk, czy drukując to, co ściągnęliśmy, nie płacimy artystom. W cenie każdego urządzenia służącego do reprodukcji oraz każdego nośnika jest zawarta przymusowa opłata, sięgająca nawet do 3% wartości urządzenia, którą importerzy lub producenci płacą organizacjom zbiorowego zarządzania (najbardziej znany to ZAIKS) właśnie za to, że urządzenia te w części będą użyte na potrzeby dozwolonego użytku osobistego. Są to milionowe kwoty, a inną rzeczą jest to, czy owe organizacje umieją i chcą je należycie dystrybuować. Ale fakt pozostaje faktem ‒ opłaty pobierają właśnie za to, co potem określane jest mianem „piractwa”.

Taki „redystrybucyjny” mechanizm jest rozważany jako ewentualne lekarstwo na bolączki prawa autorskiego. W wersji skrajnej każdy mieszkaniec planety płaci miesięczny podatek od „kultury” i może dowolnie ściągać, słuchać, oglądać i czytać, co mu żywnie się podoba. A superkomputer liczy pobrania i wylicza, ile z globalnie pobranego podatku należy się danemu artyście. Ot, jeden z pomysłów.

Gry, czyli program

Powyższe nie dotyczy programów komputerowych. Programy są zupełnie inaczej chronione, choć na nieszczęście tą samą ustawą. Tu nie ma wątpliwości ‒ nie dość, że zakres praw jest znacznie szerszy niż przy „zwykłym” utworze (kontrola nad zwielokrotnianiem, ale każdym, także w pamięci operacyjnym, co przekłada się na kontrolę nad samym korzystaniem i procesem zapoznawania się z programem czy kontrola nad modyfikacjami), to na dodatek wyłączono prawie cały dozwolony użytek, w tym kluczowy dla nas dozwolony użytek osobisty. Nawet definicja kradzieży, tradycyjnie dotycząca rzeczy, objęła programy (ale tylko programy).

Problem jest czy go nie ma?

Rzecz jasna problem jest i to wciąż poważny. Ale pojawia się w związku z rozpowszechnianiem, a nie z pobieraniem. Duże koncerny, bojąc się odpowiedzialności za nielegalne treści, w dużej mierze wyłączyły odpowiedzialność providerów, czyli platform pośredniczących, takich jak youtube, ale też chomikuj.pl. To problem numer jeden.

Problem numer dwa to faktyczna możliwość zamknięcia serwisu naruszającego prawa i dochodzenia odszkodowania. Znikoma. Serwery na Antylach, koszty i czas są szalone. Łatwiej jest uderzyć w użytkowników (są tutaj, na miejscu) niż w prawdziwą przyczynę zła. A pomysły skuteczne z reguły budzą skrajne protesty – vide: ACTA, ale tak naprawdę groźna była SOPA/PIPA, która padła niejako przy okazji ACTA (poczytajcie o tym, bo to naprawdę był ekstremalny pomysł prawny).

Nie możemy się dziwić, że podmioty żyjące z praw autorskich zalewa krew, kiedy widzą działania części piratów. Wiele serwerów to jawna kpina z prawa. I niezależnie od wspomnianego, lekko wydumanego poziomu strat, taka sytuacja zwyczajnie nie powinna mieć miejsca. To, co budzi obawy, to lekarstwo. Przerzucenie odpowiedzialności na odbiorców i przy okazji zmasakrowanie konstrukcji prawnych, które do tej pory działają zupełnie dobrze.

Krótkie podsumowanie

Czy wolno ściągać? Tak – przynajmniej duża część doktryny prawniczej uważa to za legalne (i nie bijcie nas za to, że są osoby z innym zdaniem ‒ to wszystko interpretacja, ale aby interpretować przepisy, trzeba mieć argumenty a nie epitety). Co więcej, dozwolony użytek osobisty rozciąga się także na możliwość przekazania utworu osobom „pozostającym w stosunku towarzyskim”.

Czy torrenty są legalne? Problem dotyczy rozpowszechniania. Tak się przyjęło (w interpretacji prawnej), że w sieciach peer-to-peer dochodzi do rozpowszechnienia. Ściągając, rozpowszechniamy i narażamy się na zarzuty (choć ja osobiście bardzo ostrożnie rozstrzygałbym takie przypadki). Na pewno nie wolno mieszać pobierania i rozpowszechniania – Pan Filip w swoim tekście zaczął od krwawego wyroku dotyczącego rozpowszechniania, po czym pastwił się nad pobierającymi. Takie pomieszanie może i czyta się dobrze, ale rzetelne nie jest. Podobnie jak publicystyczne posługiwanie się określeniem „kradzież”, które to słowo ma swoją definicję i w dyskusji tak trudnej powinno być używane ściśle.

Czy Amerykanie mogą mnie pozwać? Z punktu widzenia prawa amerykańskiego ‒ nie wiem. Ale w Polsce obowiązuje prawo polskie i np. żadna umowa nie może wyłączyć dozwolonego użytku. Więc tu i teraz nie mogą (a precyzyjnie ‒ mogą, ale pewnie przegrają).

Co dalej? Licho wie. Ścierają się różne podejścia, oczywiście świetnie opłacane „zamordystyczne” z popularnymi „anarchistycznymi” (np. postulat dozwolonego użytku także w programach). Jakieś korekty w prawie zapewne będą, ale wydaje się, że jest duża nadzieja w modelach biznesowych. Itunes wiele zmienił, Spotify czy Netflix jeszcze więcej. Dla wielu z nas, być może dla większości, nie jest problemem opłacić abonament za dostęp do muzyki czy filmów, zwłaszcza że jego cena np. w USA jest często niższa niż kwoty, które co miesiąc płacimy za dostęp do telewizji kablowej. Problemem jest to, że takiej oferty nie ma albo jest żałosnej jakości. Trzeba czekać, Spotify wszedł, Netflix może też wejdzie. A że część Internautów i tak będzie ściągać? No cóż. Taki urok ludzkości.

Foto a judge hand striking a gavel over a table via Shutterstock