yo
25

8 godzin pracy, milion dolarów dofinansowania. Poznajcie Yo

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, co ludzie potrafią wymyślić. I nie mówię tu tylko o cudach nauki i techniki, jak Wielki Zderzacz Hadronów czy reaktor fuzji jądrowych, ale również o tych małych, na pierwszy rzut oka nikomu nie potrzebnych rzeczach. Doskonale odzwierciedla to świat mobilnych aplikacji, w którym nieustannie się kotłuje, buzuje, wciąż powstają nowe […]

Nigdy nie przestanie mnie zadziwiać, co ludzie potrafią wymyślić. I nie mówię tu tylko o cudach nauki i techniki, jak Wielki Zderzacz Hadronów czy reaktor fuzji jądrowych, ale również o tych małych, na pierwszy rzut oka nikomu nie potrzebnych rzeczach. Doskonale odzwierciedla to świat mobilnych aplikacji, w którym nieustannie się kotłuje, buzuje, wciąż powstają nowe pomysły lub zupełnie odjechane wariacje na temat już istniejących idei. I co więcej, ktoś za to jest gotowy płacić.

Trudno sobie czasami uzmysłowić, że jakaś aplikacja angażuje swoim istnieniem miliony ludzi na całym świecie i tym samym staje się produktem, na który warto wydać miliardy dolarów. Wystarczy wspomnieć głośne przejęcia: Instagram i WhatsApp, które pobudzają wyobraźnię, ale też przy okazji każą zadać sobie pytanie: czy to właściwie jest tyle warte, czy to czasem nie jest kolejna internetowa bańka?

Oczywiście, w przypadku Instagram czy WhatsApp, Facebook nie kupił po prostu aplikacji. Kupił technologię, kupił dane, kupił programistów, kupił w końcu użytkowników. Ale w mobilnym uniwersum pojawiają się również twory, które na pierwszy rzut oka nie służą właściwie do niczego, a jednak – ktoś w nie inwestuje. Poznajcie Yo.

Yo to darmowa aplikacja, która właściwie nie wiadomo po co została stworzona. Jej jedynym celem, przynajmniej na razie, jest wysyłanie do wybranych osób prostego powiadomienia ze słowem: “yo”. I to właściwie wszystko. Z listy kontaktów wybierasz kolegę lub koleżankę, a następnie ślesz im yo. A oni mogą owe yo Tobie odesłać. Tadam!

Sama aplikacja jest banalnie prosta. Ma kolorowy, prościutki choć mało intuicyjny interfejs oraz funkcję wyszukiwania innych posiadaczy Yo na podstawie naszych kontaktów (tak, trzeba podać, np. numer telefonu). Następnie już tylko ślemy yo’y i je zbieramy, co aplikacja skrzętnie podlicza. Sam komunikat oczywiście pojawia się jako powiadomienie na naszym telefonie. Aplikacja ta jest tak ograniczona w swojej funkcjonalności, że początkowo App Store ją odrzucił, uznając, że po prostu nie jest to gotowy produkt!

yo yo

I trudno się temu dziwić, bo same Yo powstało w zawrotne 8 godzin (oczywiście mowa raczej o samym już pisaniu kodu). 8 godzin, aby stworzyć tak prostą aplikację. Tylko że ta, na pierwszy rzut oka nic nie robiąca, zajmująca tylko miejsce na telefonie aplikacja zyskała błyskawicznie 50 tysięcy użytkowników na całym świecie. Wystarczyło to do tego, aby jej twórca, Or Arbel pozyskał na jej rozwój kolejne 1,2 miliona dolarów!

Podsumujmy: 8 godzin pracy, 50 tysięcy użytkowników, milion dolarów pozyskane. Szok! Na chłopski rozum to wszystko wygląda, jakby ktoś oszalał po prostu. Inwestować milion dolarów w rozwój aplikacji, która wysyła powiadomienie z yo w treści? Przecież ta aplikacja jest tak prosta i mało użyteczna, że właściwie trudno nie uznać, że ktoś chyba za szybko wyciągnął książeczkę czekową, a wszystko to przez ten nieustanny pęd do finansowania kolejnych technologicznych startupów, o których za kilka lat nikt pamiętać nie będzie.

Ale, hola hola! To wcale nie musi tak się skończyć. Tak, Yo w tym momencie to zabawna i mało przydatna aplikacja. Ale, po pierwsze – już zdążyła pozyskać dane około 50 tysięcy ludzi, a to przecież nie w kij dmuchał. Po drugie – właśnie w tej prostocie może tkwić niezwykły potencjał.

Aplikację tę stworzono po to, aby przesyłać błyskawicznie szybki komunikat do wybranej osoby. W tym przypadku “yo”, które może znaczyć wszystko i nic. Ale pobudźmy nieco nasze szare komórki i wyboraźmy sobie aplikację, która ma predefiniowane, personalizowane, krótkie komunikaty. Na przykład: “spotkanie”, “pokój nr”, “kup piwo”, itp. Jasne, nie jest to funkcja, której nie miałaby niemal każda skrzynka smsowa. Ale kwestią jest szybkość wyboru odbiorcy, szybkość przesyłu i ostateczna forma dostarczenia wiadomości. Czy w Yo jest potencjał? Otóż ktoś ewidentnie wierzy, że tak jest.

Wystarczy zresztą spojrzeć na błyskawiczny sukces Snapchata. Na pierwszy rzut oka aplikacja ta jest po prostu, jakby to określić delikatnie, zbędna. Tymczasowe wiadomości w postaci zdjęć, które znikają tak szybko, jak się pojawiają. Po co to komu? Ale od niemal samego początku próbowano kupić Snapchata, a Facebook nawet zaczął szukać możliwości skopiowania pomysłu, czego wynikiem jest aplikacja Slingshot. Tymczasem Snapchat, który na pierwszy rzut oka mógłby się wydawać chwilowym trendem bez większej przyszłości, dalej się rozwija i wprowadza nowe funkcjonalności, z których czerpią garściami konkurenci.

Yo to doskonały przykład na to, że czasami pomysł jest wszystkim. Aplikacja nie odznacza się niczym szczególnym i trudno, aby tak było, zrobiono ją w błyskawicznym wręcz tempie. Ale ewidentnie jej twórca trafił w nowy trend, pozyskując pierwszych użytkowników i finansowanie. Czy Yo przetrwa? Zobaczymy. Ale pokazuje, że w świecie aplikacji mobilnych żaden pomysł nie jest zbyt głupi czy szalony, trzeba tylko mieć nieco szczęścia i wyczucie czasu. Yo!