Moje przemyślenia

10 lat temu zmarł Steve Jobs. O projekcie na naprawę którego zabrakło czasu

KK
Krzysztof Kurdyła
13

Mija właśnie 10 lat od śmierci Steva Jobsa i cały internet zasypały artykuły wspomnieniowe o CEO Apple. Zamiast jednak pisać po raz tysięczny o tym, jak to Jobs „założył Apple, następnie go wyrzucili, a potem je uratował”, wolę podzielić się z wami tym, w czym widzę jego największe, choć niestety niepełne, osobiste zwycięstwo.

Jobs był przez długie lata nie tylko przykładem technologicznego i designerskiego wizjonera, marketingowego geniusza i świetnego organizatora, ale też przykładem ciężkiego dla otoczenia, zadufanego kolesia, który zatruwał życie wszystkim osobom, z którymi miał cokolwiek do czynienia.

Szybki sukces, wielkie pieniądze i sława w młodym wieku z pewnością wyciągnęły na wierzch i wzmocniły wiele złych cech twórcy Apple, charakterystycznych dla tego typu osobowości. Nie trzeba długo szukać, żeby znaleźć szereg relacji z lat 80., mówiących o tym, jak Jobs poniżał i pomiatał ludźmi, czy jak toksyczne było środowisko pracy w jego działach.

Wydaje się, że z długofalowo rozpatrywanego biznesowego punktu widzenia, a na pewno z ludzkiego, najlepszą decyzją Sculleya jako SEO Apple było wyrzucenie Jobsa z firmy. To od tego momentu zaczęły się w nim pozytywne przemiany, które sam Jobs wiele lat później nazwał „bolesnym, ale potrzebnym lekarstwem”.

Czas w NeXT pokazał, że Jobs potrafi szybko wyciągać wnioski, atmosfera w tej firmie była diametralnie inna, z dużą częścią współpracowników Jobs pozostał już w przyjacielskich stosunkach do końca życia. Także tam okiełznał swoje ego, co przejawiało się choćby w nabyciu umiejętności zabijania ważnych, z osobistego punktu widzenia, projektów czy swobodnego opowiadania o własnych błędach.

Mimo że Jobs zawsze chciał produkować komputery, nie nagiął rzeczywistości, tylko w pewnym momencie porzucił ich produkcję, i skupił się na rozwoju obiektowo zorientowanego systemu operacyjnego i technologi WebObjects. To paradoksalnie doprowadziło go do ponownego objęcia sterów w Apple i powrotu do tworzenia urządzeń.

Jobs z drugiej kadencji w Cupertino był już innym człowiekiem, co widać po relacjach współpracowników, dziennikarzy (np. Walta Mossberga) czy rodziny*. Widać to też w jego wypowiedziach, których sporo można znaleźć na YouTube. Nawiasem mówiąc, wykłady Jobsa o biznesie i produkcji to świetne i zupełnie darmowe lekcje innego podejścia do produktów, marketingu i klienta.

Jego zwycięstwo nad własnymi socjalnymi demonami jest, co oczywiste, mocno przysłonięte znacznie prostszymi zwycięstwami biznesowymi. Trzeba jednak zaznaczyć, że to jedyna „wiktoria”, której nie da się nazwać kompletną. Cieniem nad tym, co powyżej napisałem kładzie się bowiem jego relacja z najstarszą córką, Lisą Brennan-Jobs.

Swoich błędów w tym zakresie Jobs nie naprawił, a wydaje się, że wręcz pogłębił. Pogodził się z córką dopiero w okresie, gdy wiedział, że umiera. Na prawdziwą naprawę tego projektu zabrakło mu już czasu, co też powinno nam wszystkim dać co nieco do myślenia.

Historia Jobsa, który jest dla mnie niekwestionowanym autorytetem technologiczno-produktowym, może nas nauczyć czegoś ważnego, także pod czysto ludzkim względem:
Warto nad swoimi umiejętnościami współpracy z innymi ludźmi mocno pracować, a zdecydowanie nie powinniśmy „na kiedyś” odkładać prób naprawienia relacji z najbliższymi. Nawet geniuszowi z miliardami na koncie może zabraknąć czasu.

* Zobacz kilka akapitów niżej. Warto zerknąć też na amerykańskie apple.com (w polskiej wersji nie ma), Apple umieściło tam teskt od rodziny Jobsa oraz całkiem sympatyczny film wspomnieniowy.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: