0

Życie to sztuka wyborów. Recenzja Fire Emblem Fates

Fire Emblem Fates zadebiutowało na japońskim rynku w połowie ubiegłego roku. My jak zwykle musieliśmy czekać, a pozytywne recenzje z Kraju Kwitnącej Wiśni przekonywały, że warto. I faktycznie, nowa odsłona popularnej serii nie tylko trzyma poziom poprzednich gier, wprowadza również kilka nowości, dzięki którym żaden fan taktycznych RPG nie powinien przejść obok tego tytułu obojętnie.

Wybierz swoje przeznaczenie

W Fire Emblem Fates bardzo podoba mi się to, że choć cała opowieść jest z góry zaplanowana, to ja – gracz – mam możliwość wybrania strony konfliktu. Już sam początek gry wprowadza nas do historii dwóch królestw – Nohr i Hoshido. Tu nie ma wątpliwości, pierwsze z nich lubuje się w podbijaniu, drugie jest spokojną krainą, która chce po prostu normalnie funkcjonować. Jak sami możecie się domyślić, dwa tak różne podejścia do rzeczywistości nie mają prawa koegzystować, co ostatecznie prowadzi do wielkiej wojny. Wojny, w którą wplątany jest kierowany przez nas bohater i nie ma mowy o biernym obserwowaniu.

Głównego bohatera tworzymy sami, może być on mężczyzną lub kobietą, bratem lub siostrą. O rodzeństwie wspominam nie bez powodu, bo ten wątek jest tu mocno eksploatowany. Nie chcę psuć nikomu zabawy więc musicie wybaczyć tak zdawkowe opowiadanie historii – jest tu jednak wszystko, co znamy z japońskich RPG, łącznie z odzyskiwaniem wspomnień. Najważniejsze jest jednak to, że dość szybko będziemy musieli wybrać jedną ze stron i to ona aż do końca przygody będzie naszą rodziną (dosłownie i w przenośni). Ogrywałem cyfrową wersję Fire Emblem Fates i w związku z możliwością wyboru strony konfliktu, pobierałem tylko tę paczkę danych, która była właściwa dla mojej decyzji. Jeśli pytacie od której zacząć – nie mam dobrej odpowiedzi, zróbcie to, co podpowiada Wam sumienie. Zaliczenie obu dróg, wraz z dodatkiem Revelation składa się na kompletną opowieść, którą warto poznać.

Jeśli graliście kiedykolwiek w którąś z poprzednich odsłon, w kwestii opowiadania historii poczujecie się jak w domu. Narracja prowadzona jest spokojnie, przez godziny spędzone z grą będziecie poznawać napotkanych bohaterów, zaprzyjaźniać się z nimi, tworzyć wszelkie inne interakcje – i to też ma przełożenie na samą rozgrywkę, głównie w kwestii dobierania się w pary podczas starć. To wbrew pozorom bardzo istotne, więzi mają aż cztery poziomy – D, C, A i S. Pamiętajcie o nich, wielokrotnie bowiem uratują Wam na placu boju skórę. Samo ich budowanie to też masa frajdy, każda z postaci jest inna, ma swoją historię, lubi coś opowiedzieć, chce lub nie chce dać się poznać. Bohatera połączycie również w parę, będą wątki miłosne, będzie budowanie własnej rodziny. Nie jest to może tak fajne jak w Personie 4, ale mnie w japońskich grach przekonuje.

Taktycznie

Fire Emblem Fates najbliżej do Final Fantasy Tactics, mamy więc styczność z turówką. Schemat jest na pierwszy rzut oka dość prosty. Rozbudowujemy nasz zamek, załatwiamy tam codzienne sprawy (takie, jak wspomniane chociażby interakcje z bohaterami) i wychodzimy do kolejnych walk. Tam też wybudujecie sklep czy kuźnię – to jedna z największych nowości dla serii i to taka jak najbardziej na plus. W przypadku okołofabularnych misji mających na celu nabijanie doświadczenia to po prostu starcia bez żadnej opowieści, każda z większych walk to natomiast rozwinięcie wątku wspomnianego sporu między królestwami i najczęściej poznanie jakichś nowych postaci, mniej lub bardziej ważnych dla fabuły. Trochę inaczej wygląda sprawa z Conquest (ten zły wybór) – od razu ustalcie podstawową grupę wojowników i to właśnie ich używajcie, nie będzie bowiem beztroskiego grindowania na misjach pobocznych.

Raz na jakiś czas traficie też na walki urozmaicone, na przykład limitem czasowym (ucieczka postaci), co wprowadza nie tylko wyższy poziom trudności starć, ale również urozmaica zabawę. Poziom trudności jest tez inny w zależności od wybranej strony – Birthright (pozytywny wariant, że się tak wyrażę) jest trochę łatwiejszy. Warto pamiętać też, że w zależności od tego, jaki poziom trudności wybierzemy, inaczej będą traktowani bohaterowie polegli na placu boju. W trybie klasycznym każda śmierć oznacza koniec przygody dla danej postaci – i nie ważne czy przez kilka/kilkanaście godzin udało Wam się z nią zżyć. Ale tak naprawdę Fates dopiero wtedy pokazuje swoje prawdziwe oblicze. Na najniższym poziomie to po prostu spacerek po parku, podczas którego nie zwrócicie uwagi na własne błędy. Kiedy natomiast giną postacie, liczy się nawet jedno, z pozoru błahe potknięcie. Takie podejście do zabawy zachęca do zaliczania konkretnych walk kilkukrotnie tylko po to, by wszyscy dotrwali do finałowej informacji o wygranej. Dodam jeszcze, że każda duża walka kończy się starciem z bossem, warto więc nie dojść do niego z więcej niż jedną postacią.

Trudno mówić tu o nudzie, gra zaskakuje na każdym kroku. Wielokrotnie przekonywałem się o tym, że warto pamiętać jaka broń nie działa na konkretnych przeciwników, jak radzić sobie gdy wrogów jest więcej czy których postaci nie wystawiać przeciwko danemu typowi jednostek. Przypomniałem sobie, że grindowanie ma sens, choć niestety nie miałem wpływu na rozdysponowanie poszczególnych punktów – czasem gra ulepszała kompletnie niepotrzebne statystyki, gdy ja czułem, że moje postacie mogą nie poradzić sobie w następnym fabularnym starciu. Co wtedy? Powrót do grindu z nadzieją, że następnym razem będzie lepiej. Właśnie dlatego najfajniej grało mi się w Birthright. Nie zapominajcie też o inwestowaniu waluty w broń, same nabijanie poziomów to nie wszystko. Kilka razy zdarzyło mi się o tym zapomnieć i gdy ulepszyłem oręż swojej ekipy, starcia stały się łatwiejsze. Ale i tu czeka na Was niespodzianka – może się bowiem zdarzyć, że kupiona przed chwilą broń nie działa na napotkaną grupę przeciwników. Na szczęście samouczek wiele wyjaśnia, warto więc go nie pomijać i spróbować zapamiętać wszystkie przekazane przez twórców informacje.

Wizualnie jest na czym zawiesić oko – wszelkie cutscenki są śliczne, pozostałe elementy gry dość klasyczne jeśli chodzi o oprawę, ale dopracowane. Nie zauważyłem też żeby gra przycinała przy włączonym trzecim wymiarze (testowana na n3DS XL). Muzycznie momentami można odpłynąć i na pewno będę jeszcze długo słuchał ścieżki dźwiękowej z Fates. Wystarczy posłuchać tego motywu i wszystko będzie jasne.

Wielka szkoda, że nie udostępniono oryginalnych, japońskich głosów postaci. Gra aż prosi się o włączenie angielskich napisów i poznawanie historii z japońskim dubbingiem.

Werdykt

Fire Emblem Fates, niezależnie od części, skierowane jest do konkretnego odbiorcy. Musicie lubić taktyczne RPG, musicie lubić japońskie gry. Nie wierzę, że osoba, która od zawsze omija tego typu produkcje, wkręci się w tę produkcję. A jest w co się wkręcać, sam dodatek Revelation to blisko 30 godzin zabawy, możecie więc sobie wyobrazić, że z całości da się spokojnie wyciągnąć minimum 100 godzin, a jeśli zdecydujecie się na wyższe poziomy trudności – jeszcze więcej. Bardzo fajny system rozrywki, ciekawa opowieść, dobrze pokazani, ciekawi bohaterowie, budowanie relacji. Jeśli jesteście głodni taktycznych RPG, sięgajcie po Fire Emblem Fates bez zastanowienia, to kolejna świetna odsłona bardzo dobrej serii.

Ocena: 8/10