17

XX-lecie symulatora masowego mordu!

Wczoraj miała miejsce szalenie ważna rocznica w branży gier. Uczcić ją można by dwoma okrzykami: IDDQD, IDKFA! Jeśli nie wiecie, czym są te sekwencje znaków, znaczy to, że urodziliście się wczoraj lub właśnie przylecieliście z Księżyca… Wybaczcie mi ostatnie zdanie wstępu – nie jest moje. Usłyszałem je w 1994 roku tuż po zakupie swojego pierwszego […]

Wczoraj miała miejsce szalenie ważna rocznica w branży gier. Uczcić ją można by dwoma okrzykami: IDDQD, IDKFA! Jeśli nie wiecie, czym są te sekwencje znaków, znaczy to, że urodziliście się wczoraj lub właśnie przylecieliście z Księżyca…

Wybaczcie mi ostatnie zdanie wstępu – nie jest moje. Usłyszałem je w 1994 roku tuż po zakupie swojego pierwszego peceta, kiedy zapytałem, co to jest Doom i dlaczego wszyscy o nim mówią.

Właśnie minęło dokładnie 20 lat od premiery najsłynniejszego first person shootera wszech czasów! I nie jest to rocznica dla uczczenia pamięci zmarłego. Choć gra absolutnie nie przystaje do współczesnych standardów graficznych, wciąż żyje, wciąż jest uruchamiana, a sama marka rozwija się po dziś dzień, choć ze zmiennym szczęściem.

Niewiele bowiem jest gier, które odcisnęły tak silne piętno na niejednym graczu oraz mogą poszczycić się tak wielką żywotnością. (źródło)

20 lat minęło jak jeden dzień!

10 grudnia 1993 roku pojawiła się wersja shareware, czyli taka, którą można było do woli rozpowszechniać, ale która miała swoje ograniczenia. Ta darmowa próbka zawierająca pierwszy z trzech epizodów natychmiast podbiła serca graczy na całym świecie. Według Wikipedii w ciągu dwóch lat wersja ta trafiła do 10 milionów osób!

Z pewnością fenomenem już w chwili premiery było to, że za grę odpowiadała firma, która wcześniej stworzyła hit, jakiego przebicia nikt sobie wówczas nie wyobrażał. Mowa oczywiście o id Software i produkcji Wolfenstein 3D.

Tymczasem twórcy pobili własny rekord i wznieśli się ponad szczyt, oferując zupełnie nową produkcję, w której mieliśmy już do czynienia z symulacją chodu (w Wolfenstein nasz bohater wydawał się… jechać, nie chodzić) dzięki lekkiemu kołysaniu się obrazu i trzymanej broni. Na tym oczywiście nie koniec nowości. Gra oferowała nam o wiele bogatsze tekstury, oświetlenie, ściany ustawione pod dowolnymi kątami i różnicę w wysokościach – mogliśmy bowiem poruszać się schodami i windami. A do tego wszystkiego dźwięk stereo – w czasach, gdy przynajmniej w Polsce karta dźwiękowa była luksusem! Niezależnie od tego, jak śmiesznie to dziś brzmi, usprawnienia te były wówczas rewolucyjne i nie można o tym zapominać.

Obcy czy demony?

Pierwotnie Doom miał być tzw. „egranizacją” serii Aliens, jednak szybko okazało się, że twórcy musieliby za bardzo uginać się pod ciężarem licencji. Słynny John Carmack, pracując nad koncepcją, wpadł na pomysł połączenia mitów z futurystyczną technologią. Sama gra rodziła się jednak w bólach, bowiem między twórcami pojawił się rozdźwięk, nad którym nie będę się jednak dziś rozwodził. Ważny jest bowiem efekt końcowy, a była nim produkcja ze szczątkową fabułą na poziomie filmów science fiction klasy B – czyli, nie ukrywajmy, takich, które kochamy!

Zresztą, jak powiedział Carmack, fabuła w grze jest jak fabuła w filmie porno – oczekuje się, że jakaś będzie, ale nie jest ona taka ważna. Fani przygodówek (czyli także ja) mogliby polemizować, ale tu mieliśmy do czynienia z FPS-em, którego clou była radosna, dzika, krwawa rozwałka! Po co więc dorabiać do niej ideologię?

Wróg nieznanego żołnierza

W grze wcielamy się w postać anonimowego żołnierza piechoty morskiej (czy raczej kosmicznej). I tu ponownie warto zacytować Carmacka, który powiedział: nigdy nie ustalono imienia dla żołnierza z Doom, ponieważ to powinieneś być ty.

A zatem co można powiedzieć o samym sobie w roli pogromcy zła? Mamy hełm, zieloną, nowoczesną zbroję, a w arsenale nie tylko futurystyczne bronie, ale i… piłę łańcuchową, która jest chyba najbardziej rozpoznawalnym gadżetem gry, a jednocześnie, wybaczcie mi to stwierdzenie, najefektowniejszym!

Chainsaw

Historia jest prosta. Odmówiliśmy wykonania rozkazu strzelania do cywilów, zaatakowaliśmy w związku z tym naszego dowódcę, więc za karę wysłano nas na koniec świata, a nawet dalej, bo na Marsa, gdzie prace badawcze prowadzi Union Aerospace Corporation. Tajne eksperymenty dotyczą bram międzywymiarowych mających służyć teleportacji. Niestety, przypadkowo otwarte zostaje przejście do… piekła, skąd atak przypuszczają hordy demonów, z którymi rozprawiamy się niczym ksiądz Natanek z kieszonkowymi potworami.

Co ciekawe, w wyniku marginalnie wspomnianego wyżej rozdźwięku, z id Software odszedł Tom Hall – autor pierwotnej, bardziej rozbudowanej koncepcji gry. Twórca odegrał się na kolegach – Johnie Carmacku i Johnie Romero – trzy lata później w mistrzowskim stylu. W Duke Nukem 3D zaprojektował sekretny pokój, gdzie ma miejsce niezwykłe cameo – Duke znajduje tam szczątki bohatera serii Doom i może rozgnieść je butem!

Sodomia i Gomoria, panie!

Gra wstrząsnęła światem. Użytkownicy byli zachwyceni, za to duchowni, naukowcy i politycy podnieśli larum. Tytuł określono nawet „symulatorem masowego mordu”. Co ciekawe, zapewne nie wzbudziłby takich kontrowersji, gdybyśmy walczyli z terrorystami na Bliskim Wschodzie czy Rosjanami w Wietnamie. Za to eksterminacja zastępów Szatana spotkała się z niezwykłym oburzeniem.

Oczywiście piszę to z przymrużeniem oka – wszak nie o godność i zdrowie potworów chodziło, lecz o łatwość, z jaką mogliśmy zabijać przy jednoczesnym braku jakiejś patetycznej ideologii usprawiedliwiającej takie zachowanie. Pamiętajmy jednak, że taka właśnie jest Ameryka – kraj, który mając bodaj największy przemysł porno na świecie, jednocześnie uznaje muzyczne występy Madonny za obsceniczne…

Ciąg dalszy nastąpił

Oczywiście nie mogło zabraknąć kontynuacji. Niecały rok później pojawił się Doom II: Hell on Earth, będący bezpośrednią kontynuacją części pierwszej. Tym razem piekielne hordy akatowały Ziemię. Gra wzbogacona została o różnej maści ukryte smaczki, takie chociażby, jak etap wolfensteinowy czy odcięta głowa jednego z twórców, Johna Romero, nabita na pal (Easter Egg zaliczony przez GameSpot do grona najlepszych w historii gier). Z kolei w 1995 roku wydano The Ultimate Doom – część pierwszą wzbogaconą o czwarty, nomen omen piekielnie trudny epizod, w którym maczał palce pewien młody amator, który stał się potem znanym twórcą – American McGee. W 1996 roku wyszedł z kolei Final Doom. Pojawiła się też osobna gra Doom 64, przeznaczona na platformę Nintendo. I tak dalej, bowiem maszyna rozkręciła się na dobre.

Rozszalała się też trwająca do dziś moda na fanowskie przeróbki gry, o czym pisałem ostatnio przy okazji omawiania gier w realiach Gwiezdnych Wojen.

A jednak komputery nowej ery (rym niezamierzony) długo musiały czekać na reaktywację marki. Doom 3, gra w pełnym 3D, pojawił się dopiero w 2004 roku i wbrew tytułowi nie był kontynuacją, lecz historią opowiedzianą na nowo i nieco inaczej, zgodnie z duchem czasów. Ale to już temat na inną opowieść…

Tymczasem… Wszystkiego najlepszego, staruszku! Żyj nam długo! A jeśli chcecie powrócić do korzeni, zapraszam Was tutaj!