21

Wszyscy lubimy dzieła wybitne, ale jest z nimi pewien problem. Później już nic nie smakuje tak samo

Wszyscy lubimy sięgać po produkty z najwyższej półki. Jednak jest ograniczona pula dzieł wybitnych, dzieł najlepszych — i po nich trudno jest znaleźć sobie miejsce przy innych propozycjach...

Ostatnie lata to ekspresowy rozwój szeroko pojętej (pop)kultury. Świat jeszcze nigdy nie miał tak wielu treści do skonsumowania. Nigdy nie wychodziło równie dużo gier, książek, ciekawych artykułów online — ich nagromadzenie sprawia, że… naprawdę coraz trudniej za tym wszystkim nadążyć. Pewnie wielu z was zdążyło się już pogodzić z tym, że nie da rady obejrzeć, przeczytać i ograć WSZYSTKIEGO. Do mnie dotarło to kilka dobrych lat temu, zwolniłem i nie próbuję łapać wszystkich srok za ogon, by nie wypaść z obiegu i znać dosłownie wszystko. Ostatnio mam jednak zupełnie inny problem: za każdym razem kiedy kończę jakieś dzieło które wyjątkowo mi się podobało to nic innego… kompletnie mi nie pasuje.

Celowo nie piszę tutaj o rzeczach wybitnych czy najlepszych — bo dla każdego oznaczać to będzie zupełnie co innego. Wyobrażam sobie że jedni nie będą mogli znaleźć sobie miejsca po skończeniu Assassin’s Creed, inni po Call of Duty, a jeszcze inni po Axiom Verge. Właściwie ostatnia z produkcji jest doskonałym przykładem tego, z czym sam miałem duży problem. Jestem jednym z tych, którzy uwielbiają gatunek określany mianem metroidvanii — ale wspomniana produkcja od Thomas Happ Games tak bardzo przypadła mi do gustu, że po którąkolwiek konkurencyjną później nie sięgałem — żadna nie była AŻ TAK dobra. Musiało minąć sporo czasu, nim cokolwiek w tym klimacie przyciągnęło mnie i nie wracało na półkę po kilkunastu minutach.

Próbowałem, próbowałem i w końcu się poddawałem —  odcinałem się, zmieniałem gatunek i do tego samego wracałem po kilku miesiącach. I to jedyny sposób, który w moim przypadku się sprawdza. Po krótkiej przerwie emocje opadają i choć pamięć mięśniowa wciąż wydaje się działać zgodnie z innym przedstawicielem gatunku, jakoś łatwiej jest przełknąć. to, że to już nie to samo — a często nawet poziom gry nie ten.

Nieco gorzej jednak sprawa ma się z książkami, serialami i filmami. Tam, niestety, zmiana gatunku w moim przypadku nie działa tak korzystnie — a po tytule który zrobił na mnie wyjątkowo piorunujące wrażenie, nic innego po prostu nie działa. Tak sprawy mają się właśnie po fenomenalnym The Kominsky Method — krótkiej serii o której już na łamach AntyWebu wspominałem. Od czasu jego ukończenia żaden serial mi nie leży i… prawdopodobnie minie chwila, nim to się zmieni. To samo zresztą tyczy się książek. Pewnie wszyscy macie jakiś swoich faworytów do których wracacie z nieskrywaną przyjemnością. U mnie na tej liście przeplatają się klasyki literatury powszechnej, książki dla dzieci, a co jakiś czas też zaliczam nieprzespane noce przez nowości, które wpadają mi w ręce. I kiedy coś zrobi na mnie wyjątkowo dobre wrażenie, a całość stoi na bardzo wysokim poziomie — w tytułach którymi próbuję „zabić tęsknotę” brakuje mi różnych elementów. Czasami są to opisy, czasami niesamowici bohaterowie, a czasami po prostu wpadam na błędy autora i… no nie jestem w stanie przymknąć na nie oka — przecież nie dalej niż kilka dni temu czytałem książkę, której twórca poświęcił wiele lat na zdobywanie informacji, by podobnej sytuacji uniknąć (tak, po „Niksy” długo nie skończyłem żadnej powieści, więc przez kilka dobrych miesięcy nadrabiałem reportażowe zaległości).

Choć, jak wszyscy, lubię dzieła z najwyższej półki i takie, które są w stanie porwać mnie bez reszty to… no nie będę ukrywał, że widzę w nich też te gorsze strony. Bo kiedy poprzeczka jest naprawdę wysoko, naprawdę trudno wraca się do gorszych jakościowo produktów, no ale przecież nie wszyscy mogą być najlepsi, prawda?