Windows

Narzekam, psioczę, marudzę. Dlaczego wciąż korzystam z Windows 11?

JS
Jakub Szczęsny
39

O ile po premierze Windows 10 byłem nastawiony mocno entuzjastycznie do nowego rozdziału w historii Microsoftu, tak Windows 11 mnie przekonał tylko w połowie. Gdybym miał podsumować jakoś swoją "znajomość" z następcą "dziesiątki" i z Windowsami w ogóle - w tym momencie nie ma już pociągającej technologicznej "chemii". Zostało chyba tylko przyzwyczajenie. Teraz są już tylko dwa kierunki: związek oparty na partnerstwie lub "rozwód".

Odniosę się raz jeszcze do Windows 10. Złośliwi mówią, że Microsoft w tym okresie mógł zrobić właściwie cokolwiek, co będzie choć trochę lepsze od Windows 8 i 8.1, a i tak ludzie by się na to rzucili jak dziki na paśnik. Czas przed pojawieniem się Windows 10 był dziwnie "magiczny". Pamiętam wersje poglądowe, które w oparach dziwnego pożądania chętnie instalowałem. Pamiętam Project Spartan, przeglądarkę która mnóstwo obiecała - włącznie z rozszerzeniami, a jak było potem: wiemy wszyscy. Edge najpierw okazał się wydmuszką, a teraz funkcjonuje jako rozsądna alternatywa, która miała bardzo słaby start i to przesądza o jej popularności.

Jakiś czas temu wróciłem do iOS, po dłuższej znajomości z Androidem. Było mi tam dobrze, ale uznałem że w momencie gdy robi mi się nawał różnych tematów na głowie, mój workflow potrzebuje usprawnienia. I okazało się, że trafiłem bez pudła: iOS 15 to kawał dobrego oprogramowania. Pewnie, system Apple jest sztucznie zamykany i ograniczany, nie uświadczymy w nim takich opcji personalizacji, jak w przypadku Androida. Ale mi przecież nie o to chodzi - ma mi się naprawdę dobrze pracować. I to uzyskuję. Jeżeli czuję, że jestem w stanie lepiej zorganizować swoją pracę dzięki telefonowi - to i tak spory sukces.

Przejście na iOS nie oznaczało jednak automatycznego wyrzucenia komputera z Windows 11 przez okno. I w sumie w dalszym ciągu tego nie chcę. Ale Macbooki, szczególnie z procesorami ARM-owymi, cholernie kuszą. Kosmicznie długi czas pracy na jednym ładowaniu i wydajnościowe miażdżenie nabiału, a także dużo przyjemniejszy workflow - to wszystko próbuje mi udowodnić, że rozstanie z Windows 11 musi się odbyć. Nie jestem w stu procentach do tego przekonany, bo pamiętam swoją noworoczną decyzję o porzuceniu okienek na rzecz... Ubuntu.

Oczywiście, Linuksy i Ubuntu to doskonałe OS-y. Ale...

Coś, na o czym czasami zapomina się w tego typu rozważaniach, to przyzwyczajenia. Tekst dotyczący mojego (nieudanego) przejścia na Ubuntu spotkał się z ciężkim oburzeniem linuksowej części Czytelników AW. Odrobinę słusznie, bo w sumie powinienem był wykazać się większą zdolnością przewidywania możliwych problemów. Na Windows miałem stały zestaw aplikacji, z których korzystałem i... zauważyłem że choć na Ubuntu występują odpowiedniki, to jednak obsługuje się je zgoła inaczej. To z kolei stało się poważnym problemem, bo lubię swoją pracę wykonywać maksymalnie sprawnie. To, co na Windows robiłem w pół godziny, na Ubuntu niestety trwało dwa razy dłużej.

I niestety, w pewnym momencie skapitulowałem. Zderzenie z rzeczywistością spowodowało, że wracałem do Windows tak szybko, jak szybko podjąłem decyzję o migracji na Ubuntu. Nie żałuję tego doświadczenia, a w przypadku niektórych retrosprzętów, uważam że niektóre linuksowe distro są w stanie reanimować całkiem leciwe konstrukcje, dając im zupełnie nowe życie.

Microsoft stworzył Windows 10 w taki sposób, by udowodnić że słucha użytkowników. Windows 11 był już niestety zaprzeczeniem dla tego stanu rzeczy. Wiem z pierwszej ręki o tym, że nawet pracownicy Microsoftu, którzy zgłaszają swoimi kanałami błędy w polskim tłumaczeniu lub pomniejsze błędy / niedogodności, są po prostu "olewani". Użytkownicy też przestali być słuchani przez giganta. Za nic nie jestem w stanie zrozumieć tego, że pasek zadań przestał być funkcjonalnym narzędziem. Nikt z użytkowników nie prosił o takie widżety jak w Windows 11 - wyglądają one trochę jak "kafle na otarcie łez". Ani to kafle, ani nawet widżety. Coś jak ze świnką morską. Ani to świnka, ani tym bardziej morska.

Niech mi ktoś powie, dlaczego z Windows 11 wyleciała możliwość przeciągnięcia dowolnego pliku do programu znajdującego się na pasku zadań, celem jego otworzenia w tym konkretnym programie? Namiętnie korzystałem z tego, gdy otwierałem kilka grafik w IrfanView - po prostu je przeciągałem na Irfana znajdującego się na pasku i... to wszystko. To po prostu działało. A teraz? Teraz już tak nie zrobisz. Zabroniono tego, zabrano.

Windows 11 głównie wygląda

Ale wygląd to nie wszystko - system ma być stworzony dla użytkownika, a jak na razie mam wrażenie że Microsoft chce "stworzyć" użytkowników dla Windowsa. To nie tak działa. Spójrzcie na to, jak wygląda nowe menu kontekstowe w "jedenastce" - czy pomyślelibyście o tym, że wśród niepodpisanych ikonek na górze znajduje się przycisk pozwalający na zmianę nazwy? Pierwsze spotkanie z Windows 11 odbyło się w oparze inwektyw kierowanych do UX designerów, którzy są odpowiedzialni za te zmiany. Może i poprzednie, znane od lat menu kontekstowe było brzydkie, ale było stworzone DLA UŻYTKOWNIKÓW. Tacy ludzie jak ja, nad design stawiają właśnie funkcjonalność.

Rozumiem, że oprogramowanie ma się rozwijać - ale nie może się to odbywać ze szkodą dla użytkownika, szczególnie takiego który z Windows korzysta od lat. Do momentu premiery "jedenastki" czułem się w tym świecie jak u siebie. Obecnie jest tutaj coraz bardziej obco i doniesienia pochodzące z wewnątrz zespołu Microsoftu nie napawają mnie optymizmem. Skoro gigant nie słucha swoich pracowników, również tych odpowiedzialnych za "zadowolenie wśród klientów biznesowych", to coś jest naprawdę nie tak.

Związek z rozsądku

Znajomi mówią mi, że macOS przyjąłby mnie z otwartymi rękami i pewnie by tak było. Obawiam się tego, co mnie odrzuciło od Ubuntu: kreowania nowych przyzwyczajeń, co po prostu będzie trwało zbyt długo. Zanim moje zwoje przeprogramują się na pracę z macOS, moja praca będzie trwała wieki: przez to będę poważnie cierpiał, będąc człowiekiem przyzwyczajonym do sprawnego realizowania swoich zadań. Będę zmuszony poszukiwać dobrych odpowiedników programów, z których korzystam na co dzień. Tyle dobrego, że pewien procent to webowe aplikacje, które wszędzie są takie same - wystarczy mi przeglądarka.

Nie miałbym takiego problemu z Windows, gdyby Microsoft nie postanowił zrobić dziwnych fikołków w Windows 11. Chciałem mieć pasek zadań na górze? Okej, pozmieniaj rzeczy w rejestrze i przy okazji przygotuj się na występowanie irytujących bugów. Niektórych rzeczy przywrócić nie jestem w stanie, bo nie ma do tego workaroundów. Tęsknię odrobinę za Windows 10 i czasami się zastanawiam, że w sumie mógłbym tam zostać. Ale z drugiej strony jestem technologicznym freakiem, lubię pracować na najnowszym oprogramowaniu i nie uznaję pod tym względem kompromisów.

Obiecuję, że gdy przejdę na macOS, nie napiszę o tym sztampowego tekstu że teraz dopiero jest fajnie i że to rewolucja. Nie jest też powiedziane, że w ogóle do tego dojdzie.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu