41

„October” się kończy. A Windows 10 October Update nadal wstrzymany

No, to Microsoftowi wybitnie nie wyszło. Coś mi się wydaje, że ktoś w marketingu kompletnie nie przemyślał sprawy nazewnictwa aktualizacji Windows 10 i uznał, że posiłkowanie się określnikiem miesiąca jest dobrym pomysłem. Może i tak, jeżeli wszystko idzie jak z płatka. Gorzej jak nie idzie - wtedy jest klops tak jak teraz.

Windows 10 October Update miał być przede wszystkim nośnikiem kolejnych poważnych zmian w nowoczesnym systemie Microsoftu. Przy okazji powinien także spełniać funkcję kontynuatora sukcesu (tak, sukcesu) tego oprogramowania. Z pierwotnych planów nie wyszło nic – okazało się, że Windows 10 po aktualizacji usuwa pliki użytkownika z systemowo wydzielonego katalogu: Dokumentów i choć nie jest to problem globalny (u mnie do niczego takiego nie doszło), to mimo wszystko zdecydowano się anulować rozsyłkę paczki usprawnień.


Ojej! Windows 10 October Update usuwa pliki.
Microsoft postanowił zdjąć aktualizację z serwerów

Microsoft jak na razie zdołał przede wszystkim zapewnić wszystkich poszkodowanych o tym, że pliki można odzyskać i konstruuje w tym celu specjalne narzędzie. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że October Update nie został do dzisiaj wznowiony – zapewne nie ma jeszcze absolutnej pewności na temat tego, że wszystko działa tak jak należy. Co więcej – Insiderzy otrzymali poprawki wycelowane w kuriozalny błąd w obsłudze plików ZIP. Jak podawaliśmy na Antywebie, Windows 10 miał brzydki zwyczaj (nie u każdego użytkownika, warto to odnotować) nadpisywać pliki bez pytania aktualnie zalogowanego o zgodę. Dla przykładu: wypakowaliście do katalogu X plik abc.ZIP. Po tym zmodyfikowaliście kilka wypakowanych elementów oraz usunęliście omyłkowo parę innych. Decydujecie się na kolejne rozpakowanie pliku abc.ZIP do tego samego katalogu i jesteście pewni, że Windows 10 zapyta Was o pożądaną akcję odnośnie elementów o dokładnie takich samych nazwach oraz rozszerzeniach. Nie, może się okazać, że system je nadpisze i tym samym utracicie dane. Backup is a king!

Kończy się październik. Czy Windows 10 October Update dalej powinien nazywać się „October Update”?

Natknąłem się w sieci na naprawdę „niezłe” propozycje, oczywiście mało przyjemne dla samego Microsoftu. W niektórych kręgach October Update nazywany jest „Failure Update”, albo nawet „Fuckup Update”. No, po prostu nie pykło, zdarza się. W świecie tworzenia oprogramowania dosłownie wszystko może pójść źle – na bieżąco sypią się deploye, odbywają się testy na produkcji i takie tam. Tyle, że w przypadku Windows 10 należy mówić o przypadku szczególnym, bo i samo oprogramowanie jest bardzo… osobliwe. Problemem systemu Microsoftu jest to, że czerpie on garściami z idei, która „jakoś” działała przez całe lata. Teraz natomiast jest z tym problem, bo i zmienił się znacznie charakter całego OS-u.

Aby uzmysłowić sobie do jak potężnych zmian doszło, należy sobie przypomnieć fakt, iż Microsoft wcześniej nie był „aż tak” skory do wypuszczania aktualizacji oprogramowania. Windows 98, Windows 2000, Windows XP, Windows Vista, Windows 7 – te systemy kojarzymy bardziej ze sporymi, wypuszczanymi raz na jakiś (dłuższy) czas uaktualnieniami, które nie pasują do obecnego w Windows 10 modelu dystrybucji. Obecnie Microsoft stara się wypuszczać łatki zawsze wtedy, gdy jest to potrzebne (poprawiając bezpieczeństwo, usprawniając niektóre programy i dodając nowe funkcje do systemu według planu). Taka zmiana wymaga zaś nowego podejścia do kwestii testów – zarówno tych automatycznych jak i prowadzonych również przez użytkowników.

Program Windows Insider miał być nowym rozdziałem w dziedzinie rozwoju systemu Windows 10. Insiderzy mieli pobierać proponowane wersje, testować je na różnych maszynach i zgłaszać błędy samemu Microsoftowi. Samo przedsięwzięcie jest absolutnie słuszne – dobra społeczność to nierzadko gwarant solidnie przeprowadzonych czynności sprawdzających. Ale najprawdopodobniej nie w przypadku Windows: spójrzcie tylko. To oprogramowanie Microsoftu ma działać na wszelkich możliwych konfiguracjach sprzętowych. Z przeróżnymi programami. Nawet takie głupstwa jak język, strefa czasowa mogą mieć znaczenie, serio.

Najgorsze jest jednak to, że tak na dobrą sprawę mało kto instaluje Windows 10 w wersji Insider Preview obok podstawowego systemu operacyjnego. Niewielu użytkowników (i dobrze) decyduje się na korzystanie z takiej wersji w roli tej „podstawowej”. Spora część Insiderów robi następująco: pobierają nowe oprogramowanie do testów i… odpalają je na maszynie wirtualnej. Wtedy testowanie „dziesiątki” pod kątem stabilności oraz poprawnego zachowania na różnych konfiguracjach traci sens. Maszyna wirtualna to przede wszystkim standardy, wedle których buduje się rozwiązania pozwalające na uruchomienie konkretnych OS-ów. Sprzęt zainstalowany na komputerze hosta nie ma żadnego znaczenia. Liczy się to, co zawiera w sobie symulacja – tak. Maszyna wirtualna symuluje konkretne komponenty, ale korzysta z zasobów hosta oraz z niektórych technologii.

Microsoft tym samym niejako traci możliwość przetestowania Windows 10 na możliwie jak największej liczbie konfiguracji sprzętowych tak, aby zminimalizować ryzyko krytycznego błędu. Prawdopodobnie, skoro October Update stał się taką klapą, zawiodły także testy wewnętrzne. W kontekście Windows 10 nie będzie więc ogromnego problemu z tym, aby zyskiwać kolejne porcje mimo wszystko trudnego rynku OS-owego. Największe wyzwanie to rozwiązanie istotnych trudności wewnątrz – tych, które dotyczą przygotowania aktualizacji oprogramowania tak, aby ono po prostu działało – najlepiej u każdego. To natomiast Microsoftowi może się po prostu nie udać i nie należy go pod tym względem porównywać np. do Androida. W przypadku tego OS-u, partner OEM-owy Google musi przeprowadzić własne testy i dostosować oprogramowanie do swoich sprzętów.