77

W jaki sposób Warszawa kompletnie spartoliła system kupowania biletów przez aplikację

Innowacyjny pomysł ZTM, by utrudnić ludziom korzystanie z aplikacji do kupowania biletów pokazuje, że nikt tam nie rozumie, co znaczy pojęcie "cyfryzacja".

Dawno temu popełniłem na Antywebie wpis poświęcony biletomatom, który wywołał sporą dyskusję. Moim główną tezą w tamtym materiale było to, że kiedy warszawskie ZTM po 10 latach w końcu umieściło biletomaty w każdym pojeździe transportu publicznego, stają się one już zwyczajnie zbędne. 10 lat temu ich obecność miała spory sens, ale dziś, w momencie, w którym coraz więcej osób korzysta z możliwości kupienia i przechowywania biletów w telefonach, posiadanie kartoniku w kieszeni (albo kilkudziesięciu, jeżeli się nazbiera) jest po prostu niepotrzebne i, moim zdaniem, szkoda nawet na to papieru. Jednak nie doceniłem ZTM. Zarząd chyba przeczytał to, co napisałem, ponieważ postanowił sprawić, by biletomaty znów stały się potrzebne. Jak? Ano zmieniając zasady kupowania biletów w aplikacji w taki sposób by było to niewygodne, zajmowało więcej czasu i wiązało się ze sporymi nieprzyjemnościami.

Dlaczego nowy system kupowania biletów ZTM w aplikacji jest do kitu?

Zanim zaczniemy, małe przypomnienie, jak transakcja on-line w kwestii biletów wyglądała do tej pory. Tutaj też małe wtrącenie – nie posiadam karty miejskiej (albo raczej posiadam, ale nie jest aktywna) ponieważ nie mam tak dużej potrzeby poruszania się obecnie na duże odległości. Pracuję z domu, jeżeli gdzieś jadę, to najczęściej jest to taki dystans, że wymaga już uruchomienia samochodu. Jednak nawet w takiej konfiguracji co jakiś czas korzystam z usług ZTM, jednak wtedy po prostu kupuję bilet jednorazowy. W tym celu od zawsze korzystam z zaufanej aplikacji Jakdojadę. Do tej pory (czyli do 2 kwietnia) zakup wyglądał u mnie w następujący sposób: wsiadałem do tramwaju/autobusu, otwierałem aplikację, zaznaczałem rodzaj biletu, który chce kupić, klikałem „kup” i… już. Bilet był od razu skasowany więc nie musiałem o tym myśleć. W razie kontroli/konieczności wejścia do metra pokazywałem tylko kod QR – wszystko zajmowało dosłownie sekundy, nie musiałem szukać kasownika/biletomatu etc. Jednak ZTM wpadło na pomysł, jak można ten system „usprawnić”, jednocześnie pokazując, że kompletnie nikt tam nie rozumie, dlaczego ludzie w ogóle z niego korzystają.

Zacznijmy może jednak od początku – idea ZTM wydaje się z pozoru słuszna. Natychmiastowe skasowanie biletu może być w niektórych przypadkach ograniczeniem, ponieważ ktoś mógłby chcieć mieć kilka biletów „na zapas” i kasować ten, który akurat jest mu przydatny. Dlatego ZTM wprowadziło „rewolucyjny system”. Każdy bilet kupujesz tak, jak do tej pory, jednak nie kasuje się on automatycznie, a tylko dodaje się do twojego „portfela”. Aby skasować bilet, trzeba najpierw kliknąć skasuj, a następnie zrobić zdjęcie specjalnego kodu QR, przyklejonego na szybie pojazdu. I tu zaczynają się schody, po których ZTM widowiskowo spadło, uderzając z impetem o każdy ich stopień.

Po pierwsze – stary system pozwalał szybciej kupować i kasować bilety, nawet jak chciałeś ich mieć 50

Pomijając już absurdalność sytuacji, w której ktoś będzie chciał mieć przy sobie 5 cyfrowych biletów ulgowych i 3 normalne „w razie czego” (w moim mniemaniu takie osoby po prostu używają karty miejskiej, bo jest taniej), to w starym systemie, jeżeli ktoś potrzebował skasować bilet np. dla swojego dziecka z którym jedzie środkiem komunikacji miejskiej, po prostu… mógł go kupić w aplikacji. Tak jak mówiłem wcześniej – wybierał bilet, kupował i voila – całość trwała raptem 3 sekundy. Natomiast teraz, wchodząc do tramwaju, aby skasować bilet dla potomka trzeba:

a) zlokalizować QR kod (który jest w różnym miejscu w każdym tramwaju/autobusie), co już samo z siebie jest często dużą sztuką

b) dopchać się do niego – mamy teraz COVID, ale gwarantuje wam, że tak szybko jak obostrzenia się skończą, wrócą zapchane w godzinach szczytu tramwaje.

c) skasować go.

I tutaj ciekawostka. ZTM ustawiło, że od momentu włączenia aparatu do zeskanowania kodu QR masz 10 sekund (20 sekund od 9 kwietnia). Co się stanie, jeżeli w tym czasie nie uda ci się zrobić zdjęcia, ponieważ autobusem będzie trzęsło, albo aparat nie będzie mógł złapać ostrości w słabym świetle? Otóż twój bilet zostaje zablokowany na 3 minuty i nic nie możesz z tym zrobić. Z tego też względu uważam, że system ten wcale nie jest lepszy dla osób, o których w swoim komunikacie mówi ZTM, ponieważ wydłuża proces kupowania biletu, zamiast go skracać. Dla osób, które chcą kupić jednorazowo bilet na przejazd jest on już kompletnie bez sensu.

Po drugie – Umieszczenie kodów QR w pojazdach to jakiś żart

Jeżeli ktoś testował już nowy system kasowania biletów, to wie, że ZTM naprawdę poleciało sobie w kulki z tym, gdzie i jak umieszcza kody QR w swoich pojazdach. Logika nakazywałaby sądzić, że będą one zawsze w jednym miejscu, by można było je szybko zlokalizować, oraz takim, które byłoby dobrze widoczne ze wszystkich miejsc w pojeździe, aby można byłoby łatwo i komfortowo zrobić mu zdjęcie. A gdzie tam. Przede wszystkim, kody umieszczane są w losowych miejscach. Raz z przodu, raz z tyłu pojazdu, raz po lewej, raz po prawej stronie. Żeby je znaleźć, trzeba przejść cały tramwaj/autobus. Co lepsze, często są umieszczone na oknie…przy którymś ktoś siedzi. Na wysokości jego twarzy. Jak myślicie, jak bardzo komfortowe jest to (dla kasującego bilety i dla osoby siedzącej), że trzeba kogoś prosić, by się odsunął, bo trzeba zrobić zdjęcie kodu. Pomijam już sytuację, którą miałem dosłownie wczoraj, kiedy przeszedłem cały wagon tramwaju dwa razy i kodu… nie było. Albo ktoś zerwał, albo ZTM po dwóch tygodniach jeszcze go tam nie przykleiło. Nie mamy pana płaszcza i co nam pan zrobi?

Po trzecie – nowy system niczemu nie służy

Starając się jakkolwiek uzasadnić wprowadzenie nowego systemu, zacząłem myśleć – po co w ogóle go wprowadzono. Jednym z powodów może być chociażby zwiększenie skuteczności kontroli biletów. Do tej pory mogło się zdarzyć tak, że ktoś jadący bez biletu bardzo szybko kupował go w komórce widząc kontrolerów wsiadających do pojazdu i tym samym unikał mandatu. Teraz taki proceder mógłby zostać utrudniony, ponieważ taka osoba musiałaby zrobić zdjęcie kodu, który jeden z kontrolerów mógłby zasłaniać, podobnie jak blokowane są kasowniki. Czy to powstrzyma oszustów? Nie sądzę. Jestem przekonany, że i na to znajdzie się zaraz jakieś obejście, zwłaszcza, że niektóre kody QR już są dostępne w sieci.

Myślę więc, że taki sposób nie zmniejszy wcale liczby przekrętów i jeżeli ktoś jeździ bez ważnego biletu – dalej będzie jeździł, natomiast ZTM koncertowo utrudniło dzięki temu życie wszystkich innych pasażerów, czyli jakimś 95 proc. swoich klientów.

ZTM pokazało, że „nie umie w cyfryzację”. Bardzo.

Jeżeli chodzi o zakup biletów w aplikacji, to kluczowymi aspektami, które przemawiały za tym, by korzystać z tej metody była szybkość i wygoda. Bilet w aplikacji kupowało się i kasowało w kilka sekund i nie trzeba było szukać kiosku/biletomatu/kasownika. Jedną decyzją ZTM sprawiło, że praktycznie wszystkie zalety tego sposobu poszły do piachu. Nie tylko kupno biletu w aplikacji i jego skasowanie jest teraz dłuższe (bo trzeba kupić bilet, znaleźć kod QR i zrobić mu zdjęcie), ale też mniej wygodne (bo trzeba się przepychać pomiędzy ludźmi, szukać kodu w naprawdę dziwnych miejscach i prosić ludzi, by się odsunęli by można było zrobić zdjęcie). No i są sytuację, że tego kodu po prostu nie ma, co też sprawia, że taki zakup jest po prostu mniej pewny. Dlatego właśnie ostatnie kilka przejazdów w moim wykonaniu odbyło się na bilecie z biletomatu w pojeździe. Biletomat widzę od razu, można w nim kupić bilet relatywnie szybko (choć oczywiście nie tak szybko jak w aplikacji) i jest on od razu skasowany.

I żeby było jeszcze śmieszniej – to wszystko, co napisałem powyżej, to nie jest tylko moja opinia. Wystarczy poczytać, co o tym pomyśle sądzą mieszkańcy Warszawy. Pasjonująca lektura. Także z tego miejsca chciałbym pogratulować ZTM świetnej roboty i kroku w przyszłość. Jako kolejną innowację proponuję zainstalować w każdym pojedzie kasowniki – dziurkacze i obwołać to innowacją.