Felietony

W oczekiwaniu na Mobile 2.0

GM
Grzegorz Marczak

Rocznik 74. Pasjonat nowych technologii, kibic wsz...

23

Autorem wpisu jest Piotr Potulski z Android Now. W ciągu ostatnich lat treści wszelkich serwisów poświęconych technologiom zmieniły się diametralnie. Najpierw w kąt odeszły recenzje płyt głównych i procesorów ustępując miejsca laptopom, aż wreszcie nowinki techniczne zaczęły oznaczać niemal wyłąc...

Autorem wpisu jest Piotr Potulski z Android Now.

W ciągu ostatnich lat treści wszelkich serwisów poświęconych technologiom zmieniły się diametralnie. Najpierw w kąt odeszły recenzje płyt głównych i procesorów ustępując miejsca laptopom, aż wreszcie nowinki techniczne zaczęły oznaczać niemal wyłącznie informacje ze świata technologii mobilnych. Nowe telefony i tablety, aplikacje dla systemów mobilnych, akcesoria, to w tej chwili dominanta treści technicznego internetu. Obowiązkowo okraszona zwrotem “mobilna rewolucja”. Cichną już głosy w komentarzach i zdania “telefon służy do dzwonienia i może SMS” pokazują się już tylko z rzadka. Tylko gdzie ta cała rewolucja? Sęk w tym, że jeszcze nie nadeszła.

Ale to już było i nie wróci więcej?

W roku 2000 świat żył zupełnie innymi problemami niż w tej chwili. Był to rok rewolucji technologicznej. Każda firma chciała zaistnieć w Internecie - kupowała za ciężkie pieniądze domenę internetową, szukała webmastera, który wykonywał za równie ciężkie pieniądze internetową witrynę firmy. To, że nie niosła ona ze sobą żadnych informacji nikomu nie przeszkadzało. Ani twórcy, ani właścicielowi, ani nawet klientom - ci przecież i tak na tę stronę nie wchodzili. Absolutnym przebojem był wtedy Adobe Flash pozwalający sprawić, że witryna lokalnego lidera small biznesu zaczynała świecić jak... Powiedzmy, że mam na myśli choinkę. Przez cały ten rok, słychać było wszędzie hasło “nowa ekonomia”. Te słowa sprowadzały się do tego, że firma internetowa, żeby osiągnąć wartość kilkudziesięciu miliardów dolarów nie musiała zarabiać. Wręcz przeciwnie - jasny model biznesowy i przychody bilansujące wydatki były zdecydowanie niemodne w tym sezonie. Pod koniec roku 2000 bańka pękła, dumne startup’y ze swoimi często absurdalnymi pomysłami na interes masowo padły, oczyszczając rynek i tworząc żyzny grunt dla dzisiejszych gigantów. Takie witryny jak Google, Amazon, Ebay to nieliczne pozostałości po tych pionierskich czasach. Zwyczajnie były to firmy, które wyszły zwycięsko z walki oferując użytkownikom coś, co jest przydatne.

Rok 2000 to również fala sensacyjnych doniesień dotyczących wysokości ofert, jakie zaoferowali operatorzy komórkowi za koncesje na sieci 3G. Ministrowie finansów na całym świecie ledwo byli w stanie powstrzymać ślinotok. Ostatecznie ktoś o jeden raz za dużo zadał skierowane do firm nowej ekonomii pytanie “kiedy zaczniecie zarabiać?” i częstotliwości 3G w zdecydowanej większości państw poszły za grosze a telekomy zmieniły przewidywane terminy uruchomienia nowych sieci z “za kilka miesięcy” na “za kilka lat”. Nie mniej - pojawiły się pierwsze sieci 3G, pierwsze urządzenia z nimi kompatybilne i pierwsi użytkownicy (nie) korzystający z rozmów video i szybkiego (według ówczesnej skali) transferu danych.

Wspólne cechy urządzeń z tego okresu to: duże rozmiary, krótki czas pracy na baterii, wzięty z koszmarnego snu specjalisty od ergonomii interface użytkownika i bliską zeru użyteczność. Wreszcie na rynku zaczęły pokazywać się urządzenia z funkcjonalnością większą niż “zwykły” telefon. Pierwsze były urządzenia Blackberry. Monochromatyczny wyświetlacz, trackball, klawiatura qwerty i możliwość odbierania poczty w trybie push (o ile nasza firma wydała wagon pieniędzy na uruchomienie serwera obsługującego tę funkcjonalność). W 2007 roku pojawił się wyśmiewany powszechnie iPhone.

Król jest nagi?

Powody do śmiechu były całkiem zasadne. Ten telefon był tak ubogi w funkcje, że na tle ówczesnej konkurencji wręcz bawił. Łączność 2G, brak MMS o takich fanaberiach jak wideorozmowa już nawet nie wspominam. Do tego totalny brak aplikacji. Nie mniej - po wypuszczeniu wersji alfa i beta pojawił się model 3GS, który uważam za szczyt rozwoju telefonów od Apple.

Oliwy do ognia dolało pojawienie się Androida. Na rynku zadebiutował pod koniec 2008 roku, w 2009 kupiłem swój pierwszy telefon o dumnej nazwie Galaxy (bez “s” na końcu...). Wtedy robił wrażenie, ale patrząc na jego możliwości z dzisiejszego punktu widzenia powiem krótko... tragedia.

Jednak zarówno Android, jak i iOS miały jedną wspólną cechę - były skoncentrowane na użytkowniku i to użytkowniku niekoniecznie zainteresowanym technologią. Nareszcie udało się wyprodukować urządzenia i system z których mógł korzystać każdy. Różnica w stosunku do poprzednich rozwiązań była taka jak pomiędzy pisaniem tekstu w Vi i Word.

iPhone Killer tu, iPhone killer tam

Podobnie jak w przypadku Apple - pierwsze urządzenia z Androidem były delikatnie mówiąc niedopracowane. Jednak na horyzoncie widać już było zupełnie nowe urządzenia i oprogramowanie. Każde kolejne urządzenie przynosiło tak oczekiwane “więcej” i “lepiej”, każda nowa wersja systemu przynosiła nowe funkcjonalności. Kamieniami milowymi były kolejne telefony serii Nexus. Coraz większe ekrany, coraz większa ilość rdzeni, pamięci operacyjnej, wszystko coraz bardziej dopracowane dające coraz większą realną wartość użytkownikom. Królowie pojawiali się i znikali. Chyba największym przełomem był Android 4.0, który zadebiutował na urządzeniu Samsung Galaxy Nexus. To wreszcie był system, któremu nie chciało się od razu przykleić metki “wersja beta”.

Równolegle do systemu rósł również rynek aplikacji, technologiczne perpetuum mobile zostało puszczone w ruch. Osiągnięta została masa krytyczna potrzebna do wyzwolenia reakcji łańcuchowej, w której dostępność aplikacji i urządzeń przyciąga użytkowników, a wzrastająca wartość rynku powoduje lawinowy wzrost dostępności urządzeń i oprogramowania. Owszem - część (i to spora) użytkowników nie ma pojęcia, że ma w kieszeni smartfona. Tylko nikt nie powiedział, że muszą to wiedzieć. Wystarczy, że korzystają z funkcjonalności oferowanej przez twórców systemu, urządzeń i aplikacji. Czy oznacza to prostą i pozbawioną przeszkód drogę ku świetlanej przyszłości? Chyba nie do końca.

Jednak wraca

To co mnie mocno niepokoi to silne skojarzenia z Internetem z roku 2000. Wszędzie słyszy się znowu o rewolucji technologicznej, nowej ekonomii, firmy wchodzące w “mobajl” zgarniają kasę od inwestorów i co? Problem w tym, że niewiele. Większość aplikacji, które trafiają na nasze telefony, to wtórne pomysły, które pojawiają się po raz kolejny. Owszem - fajnie mieć mapę w kieszeni a nie na PC, podobnie z pocztą, kalendarzem, czy podręczną kolekcją porno. Tylko nadal jest to jedynie trochę wygodniejszy sposób korzystania z tego, co już było. Cała wartość dodana to jedynie zapakowanie komputera do kieszeni, jeśli tylko możliwe było wymyślenie jakiegoś w miarę sensownego interface użytkownika. Nie wiem jak wy - ale ja, wciąż czekam na prawdziwą rewolucję. Tak jak Internet miał swoją Web 2.0, tak ja chcę dostać wreszcie Mobile 2.0.

Mobile 2.0

Nie wiem jak będzie wyglądać - aż tak mądry nie jestem. Ciekawych odsyłam do opisu w Wikipedii (z którym się zresztą nie zgadzam). Ale domyślam się czym całe to Mobile 2.0 będzie się charakteryzować. Programując dzisiaj aplikacje na urządzenia mobilne, w większości przypadków nie mam przed sobą żadnych sztywnych ograniczeń technicznych. Moc obliczeniowa, wielkość pamięci urządzenia? Owszem jakieś są - tylko skoro urządzenie ma stałe połączenie z siecią, to przecież utworzenie odpowiednio dużej farmy obliczeniowej, czy przestrzeni dyskowej jest jedynie kwestią pieniędzy - nie technologii. Telefon z Androidem nie jest miniaturką, czy namiastką PC. To jest inne urządzenie. Owszem - wielkość ekranu sprawia, że pracować z arkuszami kalkulacyjnymi się za bardzo nie da, brak jakiegoś sensownego zestawu kontrolerów powoduje, że dobrej gry FPP się raczej nie doczekamy. Tylko skoro (prawie) wszystkie aplikacje tworzone dla Androida są kopiami funkcjonalności znanych z PC, to w sposób oczywisty nie mogą one wejść na obszar zastrzeżony dla urządzeń mobilnych. W kieszeni nie noszę PC, noszę urządzenie o cyfrowej świadomości. Przecież mój telefon wie gdzie jestem, co robię, co prawdopodobnie będę robił, jakich informacji potrzebuję w tej chwili, a czego będę chciał się dowiedzieć za godzinę.

Już widać pierwsze jaskółki nadciągającej wiosny. Google Now, Ingress... To są aplikacje, które nie mogłyby zostać napisane dla komputerów stacjonarnych, czy lekko przenośnych. Jedynie dla tych prawdziwie mobilnych. Odczytywanie danych z otoczenia jest im potrzebne do życia jak użytkownikowi powietrze. Owszem - próby są mniej lub bardziej udane. Nie mam pojęcia czy przetrwają, odniosą sukces (ingress jest dla mnie nudny, ale co tam - doceniam pomysł). Wiem jedno - to właśnie one wytyczają kierunek, w którym pójdzie prawdziwa rewolucja Mobile 2.0. Jestem też przekonany, że w ciągu najbliższych 2 lat czekają nas ogromne zmiany. Nie wiem w jakim kierunku one pójdą, nie wiem która firma sprzeda więcej urządzeń i z jakim systemem. Ale jedno jest pewne - w roku 2015 będziemy patrzeć na urządzenia mobilne w zupełnie inny sposób niż dzisiaj. I zmienią one nasze życie w stopniu w jakim zmienił je Internet.

Co więcej - rewolucja Mobile 2.0 nie ograniczy się do urządzeń mobilnych. Daje ona wreszcie sprzętowy fundament dla tego co w zeszłym tysiącleciu nazwano “Internetem Wszechrzeczy” (Internet of Everything). Czyli dostęp do ogromnej ilości informacji zbieranych automatycznie, bez udziału człowieka, automatycznie analizowanej i w przetrawionej formie zwracanej ponownie użytkownikom. Prostym przykładem są informacje o ruchu drogowym - urządzenia mobilne zbierają informacje o prędkości, przesyłają je do centralnego systemu, który na tej podstawie jest w stanie znaleźć korki i udostępnić każdemu zainteresowanemu informację których tras lepiej unikać, a z których warto korzystać. Automatyczne oznaczanie zdjęć pozycją geograficzną pozwala na łatwe wyszukiwanie ujęć z każdego zakątka świata. Informacje o położeniu użytkownika w prosty sposób dają odpowiedź na pytanie “który klub jest teraz najpopularniejszy w mieście?”. Co równie ważne - odpowiedzi na te pytania zostaną udostępnione każdemu użytkownikowi na żądanie. Nie ma znaczenia miejsce w którym się znajduje, a jedynie wyrażenie chęci uzyskania informacji. To, że ta potrzeba informacji pojawia się najczęściej podczas pobytu w toalecie, to już kompletnie osobna sprawa. Co więcej - masowe zbieranie danych i statystyka pozwala na dostarczenie użytkownikowi treści której oczekuje nawet bez wyrażenia przez niego swojej potrzeby - już teraz tak działa Google Now i jestem przekonany, że model działania aplikacji polegający na odgadywaniu potrzeb użytkownika będzie się rozpowszechniał.

Prawdziwa rewolucja potrzebuje jeszcze kilku pomysłów i zmian w przyzwyczajeniach użytkowników, jednak jej technologiczne podstawy są już gotowe. Wystarczy więc zaczekać na iskrę, która spowoduje zapłon. Albo wziąć do ręki krzesiwo i próbować zostać jej przywódcą. Jedno jest pewne, po raz kolejny mamy do dyspozycji technologię o ogromnych możliwościach, której jeszcze nie potrafimy w pełni wykorzystać. Jednak podobnie jak Internet wyrósł z wieku dziecięcego i pozwolił na stworzenie czegoś więcej niż elektroniczne gazety czy ulotki reklamowe - tak technologie mobilne przeżyją swoją emancypację wyrastając z prostych i oczywistych pomysłów, by stworzyć nową jakość. Ostatecznie, szybsze lajkowanie kotów na fejsie nie może być jej jedynym celem.

Grafika.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy:

przyszłośćPrognozy