68

Mam już powoli dość i taksówek, i Ubera

Uber szturmem zdobył serca Polaków. Czy raczej ceną, która była bardzo konkurencyjna w stosunku do klasycznych taksówek. Potem doszły krzywe akcje klasycznych przewoźników, a teraz dużo mówi się o problemach z obcokrajowcami w Uberze. I ja im nie zaprzeczam - ale dziś dostanie się wszystkim.

Uber i obcokrajowcy

Nie znający miasta i języka obcokrajowcy to bez wątpienia jeden z największych problemów Ubera. I mówię to z perspektywy klienta, który korzysta z tych usług. Oczywiście to nie jest tak, że problem mam ciągle – ale zdarzało się, że zwyczajnie nie potrafiłem wytłumaczyć gdzie stoję. To znaczy potrafiłem i z tego co pamiętam nie zatraciłem umiejętności posługiwania się językiem polskim. Mój kierowca jednak tylko go musnął, podobnie jak topografii Warszawy. A niestety bez minimalnej znajomości miasta nie da się efektywnie przewozić osób.

W ogóle mam wrażenie, że wśród obcokrajowców nawigacja to jedyna deska ratunku, bez której można się tylko zatrzymać i rozpłakać. I nawet byłem uczestnikiem takiej sytuacji, na szczęście obyło się bez łez. Nagle nawigacja przestała wyświetlać banalnie prostą trasę (zostały 2 kilometry, wystarczyło pojechać prosto, a później skręcić w prawo). Kierowca się zatrzymał i czekał. Na nic zdała się moja obietnica „ja poprowadzę, jeźdźmy”. Aplikacja odżyła po minucie i dopiero wtedy ruszyliśmy.

Uber i Polacy

Mówi się, że kiedy podjeżdża Polak, w dodatku we własnym a nie flotowym samochodzie – nie ma problemu. Znajomy twierdzi natomiast, że jedyne problemy miał właśnie z rodakami. Sytuacja z dziś – centrum Warszawy, ma przyjechać po mnie Polak. Wychodzę wcześniej – patrzę, że stanął po złej stronie ruchliwej ulicy. Pędzę więc do przejścia, próbując jednocześnie się do niego dodzwonić. Nie odbiera, nie widzi mnie, choć biegnę i macham – odjeżdża. Wracam więc w miejsce, w którym stałem i dzwonię ponownie – znów nie odbiera. Ostatecznie podjeżdża, od niechcenia odpowiada na „dzień dobry” i pyta o adres. Ruszamy, po 10 minutach jazdy widzę, że dłubie coś w telefonie i pisze. Nagle na ekranie mojego smartfona pojawia się wiadomość „SMS poprosze”. Spuszczam głowę w dół, nie wiem co powiedzieć. Ta smutna, żenująca sytuacja w połączeniu z kiepsko pachnącym (choć relatywnie nowym) autem sprawia, że chcę skasować aplikację Ubera i więcej z usług jej kierowców nie korzystać. Ale potem przypominam sobie wcześniejszy kurs z Polakiem – fakt, nie odzywał się, samochód był wygodny i czysty. Ale wysadził mnie…po złej stornie ulicy, choć mógł pod samymi drzwiami lokalu, do którego się udawałem – adres podałem przecież dokładny. Książęca 4, a nie 13.

Klasyczna taksówka

Jestem kierowcą od 1999 roku, od 2005 roku jeżdżę natomiast regularnie po Warszawie. Prawie nie korzystam z komunikacji miejskiej, wybieram samochód. Wbrew temu, co uważa większość kierowców w Polsce, nie mam się do czego przyczepić jeśli chodzi o jazdę Warszawiaków. Sam mam od wielu lat warszawskie rejestracje, więc pewnie jestem tak postrzegany gdy wyjadę poza granice miasta. Tu trzeba jeździć w miarę dynamicznie i nie zamulać, by nie generować korków. Jest jednak pewna grupa kierowców, do których nie mam cierpliwości. To oczywiście taksówkarze, którym w Warszawie wszystko wolno. Jeździć bez kierunkowskazów, stawać na środku ulicy, czy zajmować pół pasa na awaryjnych. Wpychają się jak chcą i gdzie chcą – oczywiście nie wszyscy i trochę generalizuję, ale to moje obserwacje i mam do tego prawo.

Od kilku lat nie zamawiałem taksówki telefonicznie, ale pamiętam same złe rzeczy. Zero kontaktu z kierowcą, jakaś niezaangażowana w sprawę pani na rozdzielni – za dużo osób, zbyt wiele możliwości pomyłki. A te zdarzały się dość często, raz dyspozytorka twierdziła na przykład, że w Warszawie nie ma skrzyżowania o którym mówię, choć sam przy nim stałem. Stan pojazdów też pozostawiał wiele do życzenia, podobnie jak wiszące pod lusterkiem proporczyki, fotele z futerkiem i ciągłe problemy z taksometrem. O cenach nie wspomnę, bo nawet przy przejazdach 10 lat temu dzisiejsze kwoty Ubera są kilkukrotnie niższe, a trasa przecież ta sama. Z lotniskowego postoju nie wziąłbym taksówki nawet gdyby leżał przed nią czerwony dywan. Raz wziąłem i płakałem patrząc na paragon.

myTaxi, iTaxi

Czytam coraz więcej o promocjach w tych dwóch aplikacjach i na pierwszy rzut oka wydają się być najciekawszą i jednocześnie najbezpieczejszą (oraz najbardziej fair – jeśli wiecie o czym mówię) opcją. Tu -30%, tam -50% – no nic tylko brać i jeździć. Pół roku temu wziąłem i pojechałem, choć akurat bez promocji. Oczywiście Polak, taksówkarz który powinien mieć topografię miasta w małym palcu. „Proszę pana, tego adresu nie ma w mojej nawigacji”. „Naprawdę, w mojej jest, a nie jestem taksówkarzem” – odpowiedziałem. No ludzie, jakbym chciał jechać z typem, który nie zna miasta, to bym nie wybierał iTaxi. Ja generalnie nie mam szczęścia do obu aplikacji. Trzy lata temu jechałem z rodziną na lotnisko, wiecie – wakacje, urlop, słońce, dobre humory – i samolot o 10 rano. Zamówiłem taksówkę w aplikacji dzień wcześniej, na konkretną godzinę, tak dla bezpieczeństwa. 8:15, bo na lotnisko jadę 10, czasem 15 minut. O 8:12 dostałem informację, że pojazd nie przyjedzie, bez jakiegokolwiek przepraszam. No halo, to po co ja zamawiałem pojazd 12 godzin wcześniej? Chyba właśnie po to, by uniknąć takiej sytuacji

Rok później skorzystałem z drugiej aplikacji, czyli myTaxi. Identyczna sytuacja, znów lato, znów urlop i znów wyjazd z rodziną. Wszystko pięknie, zamówione, czekam przestawiając walizki do przedpokoju. Dzwoni telefon, mniej więcej w chwili kiedy kierowca powinien powoli podjeżdżać pod mój blok. „Bo wie pan, eee, ja przyjechałem, ale nie tam gdzie trzeba. Miałem jechać na Mokotów, ale pojechałem na Pragę, nie zdążę już do pana dojechać”. I tyle, zero refleksji, zero zastępczego samochodu – nic, a ja w tak zwanej…no właśnie. Rok po roku, Polacy, taksówkarze – pewność i wygoda, boki zrywać.

Nie jeżdżę z przewoźnikami codziennie i wbrew temu, co można odnieść po lekturze tych opowieści podobne sytuacje zdarzają mi się rzadziej niż częściej. Każda z takich akcji przypomina mi jednak, że nie ma przewoźnika idealnego i nawet kiedy Uber wygrywa ceną, korzystanie z usług tej firmy bywa problematyczne. A i często cena nie jest wcale taka atrakcyjna, czasem pojawiają się przecież mnożniki, przez co Uber zwyczajnie się nie opłaca. Dlatego nie co demonizować obcokrajowców czy wychwalać rodzimych usług wspieranych aplikacją. Żaden z przewoźników nie jest idealny choć mam nadzieję, że kiedyś dożyję idealnej usługi. Może będą nią autonomiczne taksówki, w których zostanie wyeliminowane najsłabsze ogniwo – człowiek? Zobaczymy.

Ach gdzie te czasy moich studiów w Toruniu, gdzie w taksówkach nie było kas fiskalnych i wystarczyło zapukać w okno pytając „za dychę na Gagarina dojedziemy?”, wsiąść i niczym się nie przejmować?

grafiki:
carloscastilla/Depositphotos
Vicdemi/Depositphotos