9

To nie ja szukam filmów, gier i muzyki – to one szukają mnie. Ale czasem czuję się przytłoczony

Zastanawialiście się kiedyś jak wielkie zmiany przeszedł rynek treści, takich jak filmy, gry czy muzyka? Kiedyś to my staraliśmy się wyszukać informacje o interesujących nas produktach, dziś jesteśmy nimi wręcz bombardowani.

Kiedyś wcale nie było lepiej. Dziś nawet największemu leniowi podtyka się świetne treści pod sam nos, nikt nie musi niczego szukać. Tylko czy aby granica nie została czasem przekroczona?

W przeszłości mogli przetrwać tylko najbardziej wytrwali

Każdy z nas miał za młodu jakieś zainteresowania. Jesteśmy teraz na blogu technologicznym, podejrzewam więc, że większość z Was wiązała je z gadżetami, sprzętami, filmami, muzyką i elektroniczną rozrywką. Codzienność mojego pokolenia wynikała w dużej mierze z sytuacji Polski, która dopiero wkraczała do normalności związanej z dostępem do treści, prawem własności intelektualnej i możliwości zakupu produktów. Dziś jest zupełnie inaczej, nie jesteśmy w tyle, mamy to samo co na zachodzie, zabiegać musimy jedynie o część produktów niedostępnych w Polsce. Ale to też nie jest przecież problem – możemy spokojnie zamawiać rzeczy z drugiego końca świata, wszystko dzięki internetowi.

Nowych filmów szukałem za dzieciaka w segregatorach walających się na ladach w wypożyczalniach kaset VHS. Nowości muzyczne podtykał czasem sprzedawca w sklepie, ale na ogół musiałem wyszukiwać informacji w papierowych magazynach lub zamawiać katalogi wysyłkowe i dopytywać się znajomych, czy złowieszczo brzmiąca nazwa zespołu oznacza fajną muzykę, czy raczej szkoda kasy na tę właśnie kasetę. Z grami było podobnie – brak sklepu w okolicy oznaczał konieczność zamawiania wysyłkowego z katalogu dostępnego na którejś z papierowych stron z reklamami w Top Secret czy Secret Service, ale to również były zakupy w ciemno. Jasne, czytałem recenzje, oglądałem zrzuty ekranu, ale nie widziałem gry w ruchu, musiałem wspomagać się wyobraźnią. Zbawiennym były więc programy o grach, najpierw z Escape, a później całym blokiem Hyper na czele.

Dziś mam wszystko podane na tacy

Budzę się rano, toaleta, kawa, chwila ze smartfonem – o, jest powiadomienie od Netfliksa, podobno właśnie wrzucono coś, co może mnie zainteresować. Zaglądam w subskrypcje na YouTube, niektóre ze śledzonych przeze mnie kanałów umieściły nowe materiały, które widzę też w powiadomieniach po kliknięciu dzwonka przy profilu. Przeglądam social media, są nowe zwiastuny gier, nowe zapowiedzi, sporo treści do nadrobienia. A i jeszcze Spotify poinformowało mnie o nowym wydawnictwie, a dwa profile śledzonych przeze mnie wytwórni muzycznych podrzuciło nowe single kapel, które lubię. Jednego dnia dostałem tych treści na tyle dużo, że nawet do głowy nie przyszłoby mi żeby szperać gdziekolwiek i szukać czegoś ciekawego z działów muzyka/film/gry.

Kolejny dzień, ten sam schemat, tyle samo powiadomień. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że to treści, które ich autorzy lub promotorzy chcą wypchnąć, a nie dokładnie te treści, których sam bym szukał. Przypominam sobie jednak jak 20 lat temu grzebałem w tych segregatorach w wypożyczalni VHS szukając nowych ciekawych filmów i dzwoniłem do znajomych żeby pożyczyć płytę przed zakupem własnego egzemplarza. Jest różnica? Oczywiście, zasadnicza.

Chyba jednak trochę tego za dużo

Dziś to nie konsument zabiega o treść, to treść zabiega o konsumenta. Każdy chce naszych pieniędzy, naszej uwagi, naszego czasu. Nie szukam informacji o koncertach ulubionych zespołów, bo mam tak skonfigurowane social media, że wręcz zalewają mnie kolejnymi informacjami o wydarzeniach z interesujących gatunków muzycznych. Kilka miesięcy wcześniej wiem gdzie pojawi się zespół, o której godzinie zagra, ile kosztuje bilet i gdzie go kupić. Ba, mam nawet podłożony pod nos link do strony, gdzie mogę nabyć wejściówkę. To bardzo wygodne, ale momentami bywa przytłaczające. Jestem osobą ciekawą, więc jeśli zainteresuje mnie choć fragment takiego powiadomienia, sprawdzę informację szerzej, jeśli tego nie zrobię, będzie mi to siedzieć gdzieś z tyłu głowy, a pamięć mam dobrą. Łapię się nawet czasem na tym, że ten cały mechanizm podtykania mi treści i informacji pod sam nos sprawił, że nie szukam ich sam. A to oznacza, że omija mnie wiele wartościowych rzeczy – tylko dlatego, że osoby za nie odpowiedzialne nie wyłożyły kasy i nie poświęciły czasu na ich odpowiednie wypromowania. Albo mniej promowane treści zniknęły przykryte tymi pompowanymi na potęgę.

Tu pojawia się też kwestia reklam i materiałów sponsorowanych w mediach społecznościowych, które są wypychane przez poszczególne serwisy kosztem tego, co chciałbym zobaczyć sam. A to nic dobrego kiedy śledzony na FB profil nie informuje mnie o swoich postach, bo miejsce na mojej tablicy zajęły “sponsoraki”, w dodatku często kompletnie nie trafione. No bo Warszawa, przedział wiekowy od 15 do 50 lat, naprawdę można trochę zawęzić grupy odbiorców a nie pchać reklamy jak leci.

grafika

grafika