120

Też macie takie wrażenie, że rząd nam mydlił oczy tą pandemią i już osiągnął dzięki niej swój cel?

TL;DR - mamy pandemię koronawirusa na świecie - nam to nie grozi - ale pomoże zaprowadzić równowagę w przyrodzie - zrobimy z rynku pracownika, z powrotem rynek pracodawcy w większych miastach.

To jest druga część felietonu, który napisałem na początku kwietnia – Zastanawiam się, czy te wszystkie ograniczenia nie podchodzą już pod jakiś eksperyment społeczny polskiego rządu. Wtedy podejrzewałem, że te wszystkie ograniczenia w życiu publicznym i gospodarczym, mają za zadanie sprawdzenie odporności obywateli czy wprowadzenie tylnymi drzwiami kontroli społeczeństwa, na przykład przy pomocy aplikacji ProteGO.

Dziś już jednak nikt o tym nie mówi, projekt jest jakby wyciszony, bo być może w całych tych ograniczeniach już jakiś inny główny cel został osiągnięty?

Ok, ale najpierw fakty. Pandemia koronawirusa jest faktem. Wiele krajów zostało dotkniętych w znaczący sposób rozprzestrzeniającym się wirusem. Polska nie ucierpiała tak bardzo, ale nie dlatego, że nasz rząd tak szybko zareagował, ale głównie dlatego, że do naszego kraju nie ma takiego ogromnego napływu cudzoziemców jak do Włoch, Hiszpanii, Wielkiej Brytanii czy USA. Dlatego przecież nasi operatorzy mieli ujemny bilans w przeciwieństwie do Włoch czy Hiszpanii, po wprowadzeniu roamingu w UE wg RLAH.

Profilaktycznie zamknęli jednak granice, to się chwali, ale po co wprowadzali te wszystkie obostrzenia? Pozamykali hotele, restauracje czy kina? Czego nie robi się w przypadku sezonu grypowego, podczas którego również ludzie umierają na powikłania pogrypowe. Ok, teraz mamy nową nazwę na to, powtarzaną jak mantrę przez wszystkie serwisy informacyjne – przez choroby współtowarzyszące, ale to przekłada się na to samo przecież.

Co więcej, szereg tych obostrzeń było nieprzemyślanych (szerzej pisałem o nich w pierwszym, podlinkowanym na wstępie wpisie), wprowadzonych na kolanie, jakby w tle był inny zamysł, no ale… – wprowadźmy ich jak najwięcej, by zamydlić oczy, niech zapanuje psychoza strachu, zamknijmy ich w domach, jak już muszą wychodzić z domu załóżmy im maski, choć bodajże jeszcze w lutym minister zdrowia wyśmiewał w RMF FM ich zasadność i skuteczność, a już w marcu zapowiedział, że nie zdejmiemy ich do czasu wynalezienia szczepionki.

Teraz z kolei, te ograniczenia w życiu publicznym i funkcjonowaniu firm zostają powoli znoszone i to w sytuacji, kiedy krzywa nowych zachorowań koronawirusem jest taka sama, jak w momencie ich wprowadzenia. Czy to nie rodzi pytań? To po co to wszystko było?

Dlaczego tak wiele małych i średnich firm musiało upaść, tylu pracowników zostało zwolnionych?

Tutaj dostrzegam swoją tezę siłowego zaprowadzenia równowagi w przyrodzie jako zasadną. Jeszcze w ubiegłym roku powszechnie uważano, że rynek pracy w Polsce jest rynkiem pracownika, przynajmniej w tych większych miastach, nawet pracownicy z Ukrainy nie zaburzyli tego stanu i wciąż brakowało rąk do pracy.

Skąd je wziąć? Ano wystarczy, że kilka tysięcy małych i średnich przedsiębiorców padnie, którzy to zatrudniają po kilkunastu pracowników (zauważcie, że pierwsza tarcza antykryzysowa miała dotyczyć tylko firm zatrudniających do 9 pracowników), a oni wszyscy, zarówno doświadczeni przedsiębiorcy, jak i ich pracownicy wrócą na rynek pracy. Już widać pierwsze tego symptomy, w maju pojawiło się w urzędach pracy więcej ofert pracy niż w kwietniu.

Wiceminister rodziny, pracy i polityki społecznej Alina Nowak:

To myślę, że jest pozytywny sygnał, że odmrażanie gospodarki powoduje, że mamy coraz więcej miejsc pracy i te osoby, które utraciły zatrudnienie, będą miały szansę i możliwość szybkiego powrotu na rynek pracy.

Powrócą, ale już nie do swoich firm, które padły, bo te już się nie podniosą, ale do tych, które przetrwały i to z niewygórowanymi żądaniami finansowymi. Równowaga przywrócona. Łatwiej jest rządzić i przekonać obietnicami do siebie wyborców, którym nagle zaczęło się gorzej powodzić, a tych głosów w większych miastach zaczyna brakować partii rządzącej.

Do tego dochodzi kwestia wyborów prezydenckich, które nikogo nie obchodziły, prócz rządzących, którzy za punkt honoru wzięli sobie ich przeprowadzenie. 80 mln zł na karty do głosowania, z których PP wypłaciła już 26 mln zł, a karty leżą odłogiem. Ile firm można było uratować tymi pieniędzmi wyrzuconymi w błoto?

Proszę, nie traktujcie tego jako jakiejś teorii spiskowej, bo jestem daleki od takich. Zwyczajnie obserwuje, co się dzieje w kraju, taki jest mój wniosek i teza. Potraktujcie więc to proszę jako wstęp do dyskusji, z pewnością macie własne przemyślenia na ten temat.