2

Twój samochód potrafi mówić jak taka Tesla. Co by powiedział?

Mamy poniedziałeczek - co by powiedział Wasz samochód, gdyby był w stanie cokolwiek powiedzieć? Mnie wystarczy, że mój mówi po flamandzku na wyświetlaczu i wcale mnie jakoś to nie uspokaja. Gdyby mógł wrzasnąć na ulicy (nie, nie chodzi mi przecież o "gadanie we wnętrzu"), to w sumie nie wiem, co mógłby powiedzieć. "Żrę 22 litry w mieście - co mi zrobisz, Greta?"? Może coś w ten deseń.

Jeżeli mój Łoś zaczyna rozmawiać, to znaczy, że dzieje się coś niedobrego. Jakikolwiek komunikat wywołuje u mnie palpitacje serca – niedawno zaskoczył mnie „nijak niebrzmiącym” ACCUSPANNING LAAG. Pierwsze, co zrobiłem, to od razu udałem się do wujka Google, który od razu skłonił mnie do wykonania zręcznej operacji uruchomienia silnika – z nadzieją, że załapie. Samochód mi oznajmił, że w akumulatorze jest mało napięcia. Raz na jakiś czas przypomni mi, że któraś żarówka (znowu) dopełniła żywota. MOTOR MANAGEMENT… to już z kolei ciekawsze rzeczy i wolałbym ich nigdy nie oglądać.

Czytaj więcej: Właśnie trwa sezon na „ginących pieszych”

A gdyby samochód mógł sobie gadać na ulicy? Na przykład do pieszych

Zobaczyłem na Twitterze pocieszny filmik, na którym Tesla rzuca do przechodnia: „nie gap się, po prostu wsiądź”. Gdyby to na mnie trafiło, to najpierw zastanowiłbym się, czy przed wyjściem z domu nie jadłem / nie piłem / nie wąchałem niczego podejrzanego. Dopiero potem zacząłbym analizować to, co przed chwilą się stało. Bo jakoś wszyscy względnie oswoiliśmy się z tym, że samochody „gadają” wewnątrz. Nikt natomiast (jeszcze) nie dopuszcza do siebie tego, że mogłyby zacząć być nieco bardziej ekspresyjne poza kokpitem. Załóżmy – zamiast trąbienia – komunikat: „hej, hej, zejdź z drogi!”. Albo: „przechodź śmiało, puszczam cię!”. Wyobrażam sobie, że do takich komunikatów dostają się polscy mechanicy i umożliwiają wdrożenie własnych komunikatów.

„Przechodź mordo, puszczam cię – LEGIA PANY”
„UPS! Diesel musi dymić”

Byłoby ciekawie. Któż by się nie odwrócił za znienawidzonym, trującym świat klekotem, który w ten sposób oznajmia swoją obecność na drodze. Ale skończmy satyrę – spójrzmy na to z innej strony. A gdyby wykorzystać takie komunikaty do ostrzegania pieszych na drogach?

Trochę jak KITT z Knight Ridera

A, wiecie, że do dzisiaj moim telefonicznym dzwonkiem jest właśnie motyw z Knight Ridera? I zbijam piątkę z każdym, kto go rozpozna. Tym bardziej bliski mi jest pomysł „gadającego samochodu”. Niekoniecznie ultra-inteligentnego, niekoniecznie z takimi bajerami, jakie miał KITT. Ale takiego, który jest w stanie ostrzec pieszego, powiedzieć mu nieco więcej o zamiarach kierowcy (lub systemu) i tak dalej. Biorąc pod uwagę to, że za jakiś czas pojazdy autonomiczne będą codziennością na drogach publicznych (kiedyś – również w Polsce), wypadałoby, aby taka maszyna jakoś komunikowała się z pieszymi w ruchu drogowym. Przynajmniej, żeby ostrzegała o swojej obecności. Z innymi autonomicznymi pojazdami porozumie się bez słów – za pomocą protokołów opartych na idei IoT.

Ale w sumie, czy nie lepszy jest stary, dobry klakson? Pieszy poza przejęciem dla pieszych doskonale rozumie, dlaczego trąbię na niego, gdy wyłazi mi przed maskę (czasami jest tego świadomy tak bardzo, że pozdrawia mnie środkowym palcem). Wie, że gdy aktywuję klakson na przejściu z dwoma pasami do jazdy w jednym kierunku, to pewnie ostrzegam go przed wyprzedzającym w tym miejscu. Może nie trzeba „udziwniać” komunikacji na linii pieszy – samochód i skupić się jedynie na tym, by klakson działał jak trzeba i by „elektryka” było słychać tak jak trzeba. Żeby piesi nie wpadali pod koła zelektryfikowanych, autonomicznych pojazdów?