9

Tesla chce dostarczać technologię konkurencji? To raczej Muskowe wbijanie szpileczki…

W ostatnich dniach kilku najwyższych rangą przedstawicieli Volkswagena wypowiedziało się na temat Tesli, potwierdzając to, co widać już od jakiegoś czasu na rynku samochodów elektrycznych. Najpierw CEO Audi powiedział, że firma Muska jest co najmniej dwa, trzy lata przed konkurencją, a następnie VW CEO przysłodził Tesli jeszcze bardziej, prorokując, że w ciągu kilku lat ta może stać się najbardziej wartościową firmą świata. Na ten wodospad komplementów nie mógł nie zareagować Musk...

Biznesowe zaproszenie z Twittera

Ekscentryczny szef Tesli poinformował, jak to ma w zwyczaju na twitterze, że Tesla chętnie udostępni licencję na oprogramowanie dla swojej konkurencji, a nawet dostarczy chętnym silniki i baterie. Stwierdził, że misją firmy jest przyśpieszenie elektrycznej rewolucji, ale nie niszczenie swoich konkurentów.

Oczywiście wszyscy zaczęli się zastanawiać, czy to kolejny nieprzemyślany „wystrzał” z twitterowej armaty, czy też stoi za tym jakiś większy plan? Cóż… dodatkowa informacja, mówiąca o tym, że tajna technologia puszczania bąków przez samochody Tesli jest wyłączona z tej oferty, raczej nie wróży tej inicjatywie pozytywnego końca.

Tesla taka otwarta, a nikt nie korzysta

To nie pierwszy raz, kiedy Musk ogłosił, że rozwiązania stosowane w Tesli mogą być dostępne dla innych. Problem w tym, że za jego wcześniejszą ofertą nie poszły jasne procedury, co można a czego nie  i, poza małymi startupami, nikt z jego oferty nie skorzystał. Żadna z firm nie zdecydowała się też wejść w ładowanie przy pomocy Superchargerów, pomimo że tutaj Musk określił warunki dość jasno i uczciwie, zapłacicie taki procent kosztów jej utrzymania, jaki wykorzystają samochody waszych marek.

W swojej historii firma miała także epizod z dostarczaniem silników i baterii dla Toyoty i Daimlera, problem w tym, że przy dzisiejszej dynamice rozwoju Tesli, taki ruch byłby dla niej niekorzystny. Firma na razie robi co może, żeby zwiększyć produkcje na własne potrzeby, więc jakiekolwiek masowe dostawy takich elementów dla innych podmiotów mogłyby dojść do skutku najwcześniej za parę lat. Chyba że na horyzoncie widać drastyczne spowolnienie sprzedaży, ale patrząc na wyniki Tesli w czasie pandemii jest wręcz odwrotnie.

Dla dużych graczy byłaby to pułapka

Jeszcze bardziej skomplikowana jest sprawa oprogramowania. System zarządzania energią w Tesli jest tak dobry, ponieważ jest „uszyty” na miarę i spięty z analityką Tesli. Licencjonowanie miałoby sens, gdyby firma stworzyła całą platformę, podobną do tych, które chcą oferować na przykład Volkswagen czy Hyundai. Oprogramowanie Tesli dla platformy VW będzie zupełnie bezwartościowe. Wydaje się, że o takich planach musielibyśmy już słyszeć wcześniej, Musk raczej nie trzyma pomysłów w tajemnicy, ale co ważniejsze stare koncerny na pewno na coś takiego by nie poszły.

Oznaczałoby to uzależnienie się od rozwiązań Tesli i pracę na rzecz rozwoju ich systemów, zamiast własnych. Dane generowane przez licencjonowane systemy z pewnością pozostałyby w rękach Muska. Podobnie wygląda sprawa z autopilotem, bazującym przecież na konkretnym zespole czujników i analizie zachowań konkretnych samochodów. Dużym graczom nijak nie opłaca się wchodzić w takie układy, i nie mam wątpliwości, że Musk zdaje sobie z tego sprawę.

Podsumowując, wydaje się, że cała ta oferta to takie typowe dla Muska twitterowe ściąganie uwagi, jak i złośliwa szpila wobec ludzi z niemieckich zarządów, którzy przez lata traktowali jego firmę z pobłażaniem pomieszanym z pogardą. Dziś to oni mają problem, a Musk ma wszelkie warunki, żeby jeszcze zwiększyć dystans technologiczny. Według różnych doniesień niedługo powinna ruszyć produkcja własnych autorskich ogniw Tesli, a na najbliższym „Battery day” (22 września) okaże się, czy kryje się tam kolejny as w rękawie.

Źródła: [1], [2], [3], [4]