24

Początki były takie wyśmienite. Co się stało z najlepszym serialem dla geeków?

The Big Bang Theory (lub jeśli ktoś woli Teoria Wielkiego Podrywu) to jeden z najlepszych sitcomów, jakie powstały. Nie oznacza to jednak, że serial nie miewa słabych momentów i nie nudzi się. Po dłuższej przerwie powróciłem do nowych odcinków i...

Nie śledziłem losów czterech przyjaciół z The Big Bang Theory od samego początku. Serial został mi polecony przez znajomego w momencie, gdy w emisji był trzeci lub czwarty sezon. Migawki, które znalazłem w sieci wcale nie przekonały mnie tak szybko do seansu pierwszego odcinka, ale w wolnej chwili postanowiłem dać mu szansę. Dziś, gdy przypomniałem sobie ten pierwszy odcinek serialu, zrozumiałem też, dlaczego stał się on takim hitem i dlaczego wchłonąłem następne kilkadziesiąt w zastraszająco szybkim tempie. Leonard, Raj, Howard i Sheldon od pierwszych scen znakomicie ukazywali, kim są w dzisiejszym świecie geekowie i nerdy, którzy są zazwyczaj wyśmiewani, ale w serialu nadano temu zupełnie innego wydźwięku.

Zwyczajne sytuacje, w których się znaleźli wyzwalają w nich (nie)naturalne zachowania, które bawią i rozśmieszają do łez, lecz wszystko zachowane jest w świetnej konwencji, która nikogo nie obraża. Różnorodność żartów i gagów była z początku bardzo szeroka, bo z półek pełnych stereotypów opisujących naukowców i maniaków seriali, komiksów i gier, można było czerpać pomysły bez końca. Wyśmiewanie ich pasji, zachowań i obyczajów rozbawiało także tych, których to dotyczyło, bo serial robił to w przyjemny i nieszkodliwy sposób. Leciał odcinek za odcinkiem i pomimo głównych wątków, które pchały całą fabułę naprzód, cały czas dostarczano nam krótszych opowieści, które były po prostu zabawne. A przynajmniej tak to wyglądało na przestrzeni pierwszych lat.

Nasi bohaterowie musieli jednak dojrzeć i zmienić się. Oglądanie w kółko tego samego zapewne każdemu by się znudziło, ale trzeba przyznać, że te metamorfozy wcale nie miały skutków ubocznych. Chyba każda z głównych postaci, może poza Sheldonem i Howardem, zmieniła się na tyle, że oglądanie ich wcale nie bawi jak kiedyś. Oczywiście, że w ich życiu (więc i w serialu) musiały pojawić się partnerki, ale w tym przypadku – przynajmniej moim zdaniem – nie rozpisano ich ról już tak dobrze. Penny od samego początku gra dokładnie to samo i w odróżnieniu od dziwacznego, lecz konsekwentnego Sheldona, po pewnym czasie drażni mnie jej jednowymiarowość. Amy wpada w tę samą pułapkę, natomiast zachowanie Bernadette bardzo szybko traci element humorystyczny i po prostu zaczyna mnie irytować. Raj, który przebył dość długą drogę i zaczął rozmawiać z onieśmielającymi go kobietami, stał się jednak chyba najsłabszym ogniwem całości, jakby twórcy kompletnie stracili pomysły na rozwój tej postaci. Mam wrażenie, że gdy scenarzystom przychodzi do głowy pomysł na głupi tekst lub nonsensowną przygodę, to od razu przypisują ją Rajowi, jako naczelnemu błaznowi serialu.

Dlaczego więc wciąż oglądam The Big Bang Theory, skoro tak wiele aspektów serialu mnie denerwuje? Przyzwyczajenie i łatwość oglądania? Na pewno – odcinki nadal liczą po kilkanaście, maksymalnie 20 minut, więc są dość niezobowiązujące, a fabuła w żaden sposób nie angażuje na tyle, że w trakcie seansu musiałbym się nad czymkolwiek zastanawiać. Powstałe przez lata zaległości znikają w mgnieniu oka, bo przecież łatwiej jest obejrzeć 5 czy 6 odcinków trwających 20 minut każdy, niż pełnometrażowy film. Poza tym, cały czas mogę liczyć na Sheldona, który jest opoką tego serialu. Jego reakcje i komentarze, problemy i rozterki wciąż bawią – na przestrzeni wielu odcinków prawdziwie zaśmiałem się tylko po scenach z jego udziałem.

Nie ukrywam też, że jestem (delikatnie) zaciekawiony tym, co czeka każdego z bohaterów. Niektóre wątki były poprowadzone do tej pory bardzo zwinnie, choć inne zauważalnie kuleją do dzisiaj (UWAGA! SPOILER: brat przyrodni Howarda zniknął tak nagle, jak się pojawił). Twórcy wciąż miewają przebłyski i można dostrzec w niektórych odcinkach chwile, które przypominają o najlepszym okresie z pierwszej połowy serialu (do 5. sezonu). Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że aktorzy – którzy zarabiają teraz kolosalne wręcz sumy względem początkowych wypłat – nieco popadli w rutynę i nie są już tak ekspresyjni, jak na początku przygody. Przez to chyba wreszcie podejmę decyzję o zaprzestaniu oglądania The Big Bang Theory.

 

BAZINGA. Chyba w to nie uwierzyliście?;)

Wszystkie pełne sezony Teorii Wielkiego Podrywu obejrzycie na HBO Go. Najnowszy, dwunasty emitowany jest na Comedy Central.