Technologie

Straciłem dostęp do swojego głównego telefonu i... to wcale nie jest takie straszne

JS
Jakub Szczęsny
50

Wyobraźcie sobie, że w tym momencie tracicie dostęp do swojego głównego urządzenia mobilnego. Brzmi strasznie, prawda? Zero dostępu do Waszych kontaktów telefonicznych, brak codziennie używanych aplikacji, brak dostępu do maila w telefonie. Na czas absencji pierwszego sprzętu, należy przenieść się na jego substytut. Pal licho, jeżeli jest to ta sama platforma mobilna. A co, jeżeli czeka nas krótka migracja na zupełnie inny system w komórce?

Wizja cholernie nieprzyjemna, prawda? Tak sądziłem do wczoraj, kiedy okazało się, że jedyny kabel do ładowania mojego iPhone'a pojechał w siną dal i odbiorę go dopiero dzisiaj wieczorem. Zapasowy został u mnie w mieszkaniu, a akurat jestem daleko poza miejscem zamieszkania. Telefonu od Apple nie podładuję walającymi się po domu kablami microUSB (chwała niech będzie Lighting), a energii starczyło gdzieś na 4 godziny. Wizja utraty głównego sprzętu mobilnego była straszna tylko przez chwilę. Na szczęście, okazało się, że znalazłem sobie sprzęt z Androidem na pokładzie. Jako, że telefon to dla mnie równie ważne narzędzie pracy jak komputer, musiałem dokonać bardzo krótkiej migracji.

Pobłogosław Panie chmury i synchronizację

Wiecie, ile zajęło mi doprowadzenie urządzenia z Androidem do użytku - czyli tak, żebym mógł na nim spokojnie pracować? Mniej niż 20 minut. W 20 minut na początku dnia zdążę zaparzyć pierwszą kawę i spalić pierwszego papierosa. Przyznam się Wam, że wcześniej nie zastanawiałem się nad tym, jak "źle" wygląda przymusowa migracja. Po prostu się jej obawiałem, sądząc, że z ogarnięciem zastępczego telefonu zejdzie mi naprawdę sporo czasu - oczywiście biorąc pod uwagę okresową zmianę platformy. W przypadku iOS byłoby znacznie prościej - wystarczyłoby zalogować się do iCloud. W przypadku Androida - nigdy nie korzystałem z tego systemu tak, jakby był to mój pierwszy wybór. Rozczarowałem się? Absolutnie nie.

Na szybko, w głowie zrobiłem sobie listę niezbędnych aplikacji, które muszę mieć "na już". Czyli Trello, Slacka, Messengera, Facebooka, Twittera, Outlooka. Jak coś więcej będzie mi potrzebne w ciągu dnia, po prostu sobie to doinstaluję. Nie jest tego dużo - wystarczy aplikacje pobrać i zalogować się. Nie ma tragedii - wszystko działa tak, jak trzeba i niekoniecznie odczuwam to, że moje niedopatrzenie spowodowało przymusową migrację na zupełnie inną platformę.

Nic odkrywczego, prawda? Siła rewolucji mobilnej tkwi w tym, że mamy te same informacje na różnych urządzeniach. Na tych samych danych operujemy zarówno na komputerze, jak i smartfonie. Niemniej, byłem bardzo zdziwiony, że z ogarnięciem sobie zastępczego sprzętu poszło mi tak szybko. O takich ewentualnościach jak ta po prostu nie myślałem nigdy wcześniej. Choć - zaznaczam - zawsze się ich bałem.

Już nie wspominam o komputerach. Miałem ostatnio sytuację, w której musiałem użyć nie swojego urządzenia do pisania. Gdyby nie to, to tego dnia między innymi na Antyweb nie pojawiło się zupełnie nic. Pomogły wersje aplikacji w przeglądarce. Jedyną bolączką był brak dostępu do plików, których dzień wcześniej nie zsynchronizowałem w chmurą, a aktualnie na nich pracowałem, toteż musiały sobie one "powisieć" dzień dłużej. A tak, nikt na tym nie ucierpiał.

W takich momentach mocno doceniam to, co stało się w ostatnim dziesięcioleciu z technologiami. Tego się nie zauważa na co dzień, gdy wszystko działa tak, jak trzeba. Ale, w sytuacjach kryzysowych człowiek zdaje sobie sprawę z tego, że cała ta maszyneria działa naprawdę świetnie. I jak się wczoraj okazało - naprawdę życie ułatwia. Przenikalność naszych danych między urządzeniami, platformami to bodaj jedna z największych zalet tego, w jakim kierunku poszły technologie. Gdyby tego nie było, to dzisiaj moja praca odbywałaby się przynajmniej 3 x wolniej. I poprzednio, gdy straciłem dostęp do komputera, pewnie musiałbym wziąć urlop.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu