0

Technologia + wielu chętnych = przyroda ma się lepiej

Dwa przykłady. Indyjski pogram Stan Ptaków Indii 2020 stwierdził, że wiele z 867 gatunków, co do których powszechności występowania nie było żadnych wątpliwości, jest w istocie zagrożonych wyginięciem. Kenijskie lwy zabijają zbyt wiele młodych zebr – w stopniu zagrażającym przetrwaniu całych stad i – ostatecznie gatunkowi, co wiemy w dużym stopniu dzięki fotografiom turystycznym. 

Big Data, zwłaszcza zdjęcia wrzucane do internetu, dają obrońcom i badaczom przyrody możliwości wcześniej nieznane. Pionierem było amerykańskie Cornell Lab of Ornitology, które w 2002 uruchomiło stronę i aplikację eBird, która w maju tego roku otrzymało miliardową obserwację, oczywiście amatorską. Działająca w 30 językach aplikacja pozwala na wprowadzenie zdjęcia ptaka z oznaczonym czasem i miejscem. Tempo zbierania danych przez wielbicieli ptaków jest niewiarygodne, rośnie 20% rocznie, co obecnie oznacza 100 mln wpisów na rok. Towarzyszy temu biblioteka ptasich śpiewów (milion utworów) oraz aplikacja identyfikująca gatunek. Korzystają z tego przede wszystkim naukowcy, których artykuły mają teraz oparcie na niemal nieskończonej bazie materiałowej (detaliczne mapy migracji, wielkości populacji), oraz obrońcy przyrody, którzy oceny zagrożeń i prognozy są bliższe prawdzie niż kiedykolwiek. No i zwykli wielbiciele zwierząt. W niektórych wypadkach – jak w Indiach – daje to możliwość pierwszej w historii analizy zagrożeń. 

Szansa została dostrzeżona – w wielu wypadkach specjaliści ukierunkowują amatorów tak, by ich zdjęcia miały rzeczywistą wartość poznawczą. W Kenii organizuje się co roku dwudniowe „safari” badaczy zebr i zaangażowanych turystów, których celem jest zebranie w tym krótkim czasie maksymalnej ilości zdjęć, spełniających warunki techniczne, na podstawie których algorytm o nazwie Wild Me zidentyfikuje poszczególne zebry – pasy, jak się okazuje, są niepowtarzalne jak linie papilarne. Znając zebrę z imienia i nazwiska, można monitorować jej ruch i przy okazji – jak się niestety okazało – nadmierny apetyt lwów, który jednak pokojowymi środkami można powściągnąć. I to nie wszystko, ponieważ badacze z Wild Me przeczesują miliony turystycznych zdjęć i filmów z Facebooka, YouTube’a, Flickra i Twittera. Jak mówi współzałożycielka Wild Me, Tanya Berger-Wolf, przypadkowi niekiedy ludzie z aparatami czy telefonami w 2018 roku dali więcej materiału zdjęciowego białych rekinów niż wszystkie profesjonalne źródła badawcze. 

Nie trzeba nawet daleko podróżować, coś żywego i dzikiego jest przecież zawsze w najbliższym otoczeniu. iNatualist (piękna strona, również w polskiej wersji), portal społecznościowy prowadzony przez National Geographic Society, ma już 4 miliony członków, 66 milionów obserwacji 300 tysięcy różnych gatunków – tych, które mają najbliżej domu. I odwrotnie – brakuje rąk do pracy, specjaliści nie są w stanie przetworzyć dostępnej ilości danych, dlatego np. Penguin Watch poszukuje ekologów-amatorów, którzy będą przeglądać i opisywać zdjęcia zebrane przez aparaty rejestrujące kolonie pingwinów w Arktyce. Tam, gdzie nie starcza ludzi, sprawdza się natomiast technika Image Recognition (działająca tak samo jak nielegalne w wielu krajach Face Recognition). Nie tylko bowiem pasy na zebrach, ale wszelkiego rodzaju kropki, plamy, łaty są osobiste, co pozwala na indywidualne śledzenie skunksów, leopardów czy rekinów tygrysich. 

W jakimś sensie powstały więc sieci społecznościowe zwierząt, a zatem i ten same problemy – druga, mniej anielska, strona natury ludzkiej nie śpi. Z tych samych danych, zdjęć i kamer na żywo zaczęli korzystać kłusownicy. I padła podobna propozycja: aby zwierzęta były, jak ludzie, chronione prawem do prywatności, co oznaczałoby przede wszystkim utajnienie danych z geotagingu.

źródło: The Economist