4

#takasytuacja Firmy mają pod górkę…

Od kilku dni toczy się dyskusja dotycząca liczby smartfonów sprzedanych przez Apple w ubiegły weekend. Firma twierdzi, że osiągnięto rekordowy wynik, część krytyków podważa te informacje, jeszcze inni zwracają uwagę na „dziwny” sposób liczenia (chodzi m.in. o to, że to już nie jeden, lecz dwa smartfony). Ja natomiast zastanawiam się, ile smartfonów korporacja musiałaby sprzedać, […]

Od kilku dni toczy się dyskusja dotycząca liczby smartfonów sprzedanych przez Apple w ubiegły weekend. Firma twierdzi, że osiągnięto rekordowy wynik, część krytyków podważa te informacje, jeszcze inni zwracają uwagę na „dziwny” sposób liczenia (chodzi m.in. o to, że to już nie jeden, lecz dwa smartfony). Ja natomiast zastanawiam się, ile smartfonów korporacja musiałaby sprzedać, by uciszyć krytyków i zaspokoić oczekiwania wszystkich inwestorów?

Już na wstępie zaznaczę, że moje pytanie nie odnosi się jedynie do Apple – to dość uniwersalna kwestia, którą możemy odnieść do Sony, Samsunga, LG czy HTC (Nokii i BB dam już spokój). Padło na giganta z Cupertino, ponieważ o nim jest ostatnio głośno, ale kilka miesięcy temu podobny problem dotknął Samsunga – jego sprzedaż uznano wówczas za zbyt słabą, chociaż mowa była o naprawdę wielkich liczbach. Winna firma, która nie sprostała wymaganiom i nie przeskoczyła wysoko zawieszonej poprzeczki czy szeroko pojęty rynek, który ową poprzeczkę zawiesił?

Z jednej strony wskazałbym oczywiście na firmy, ale nie dlatego, że czasem nie dają rady – po prostu same przyczyniają się do swoich późniejszych problemów i rozczarowania. Buńczuczne zapowiedzi w stylu: sprzedamy 10/20/100 mln smartfonów/komputerów/tabletów w miesiąc/kwartał/rok są im pewnie potrzebne, by pokazać, że czują się mocni i nakręcić spiralę, ale zdarza się tak, że mechanizm wprawiony przez nich w ruch szybko staje się zagrożeniem.

Rzucają obietnice, bo tego chcą akcjonariusze i media, zapewne bazują przy tym na prognozach i wyliczeniach fachowców, którym płaci się za to grubą kasę. Przewidzieć przyszłość jest jednak trudno. Przecież plany może pokrzyżować wada konstrukcyjna konkretnego produktu, opóźnienia dostawców, powódź albo trzęsienie ziemi, presja ze strony konkurencji, strajk w fabrykach i pewnie sto innych czynników. Pierwsza kostka domina upada. Wiadomo, co dzieje się dalej.

Porada wydaje się oczywista: niech firmy przestaną obiecywać i po prostu pracują. Brzmi sensownie, ale wcześniej wspominałem o akcjonariuszach i mediach domagających się jasnych deklaracji. Najlepiej odważnych, takich, które przebija konkurencje, wszystkie poprzednie rekordy, a nawet bardzo optymistyczne prognozy analityków. Ma być po prostu petarda. Internauci/telewidzowie/czytelnicy też chcą akcji, wyścigu, walki wielkich firm – przecież to współczesny substytut wojny, która towarzyszy nam od początku istnienia cywilizacji i najwyraźniej jest zapisana w kodzie genetycznym. Gdyby firmy nie prężyły muskułów i nie rzucały odważnych zapowiedzi, to ktoś robiłby to za nie.

Udzielona wcześniej porada kilka zdań później stała się nieaktualna. Przecież brak deklaracji ze strony konkretnej firmy nie zamyka tematu: są analitycy, dziennikarze, znawcy i znafcy, którzy stworzą własne prognozy i scenariusze. Jeżeli korporacja im nie sprosta, to będzie miała kłopoty. Pół biedy, gdyby wymagania zawarte w tych prognozach zmieniały się w rozsądny sposób. Sęk w tym, że one często przypominają kule śnieżne. Jeżeli w zeszłym roku sprzedaliście x produktów, to w tym powinno być 4x, za dwa lata 10x, a za trzy 30x. Jeśli jednak kula zatrzyma się nagle na drzewie albo przetoczy się przez polanę bez śniegu, to pojawi się problem: zamiast 30x może być 20x, a to przecież katastrofa.

Niektórzy ludzie, określając swoje oczekiwania dotyczące konkretnych firm i ich wyników, zapominają, że rynek nie jest workiem bez dna. Ok, obserwujemy teraz boom na smartfony czy tablety, ale wszystko ma swój kres. Doskonale widać to po sektorze komputerów osobistych. Pojawiają się pretensje adresowane do Microsoftu, Intela, HP czy Acera (te firmy również szukają winnych we własnym gronie), bo spada ich sprzedaż, ale chyba trzeba sprawę postawić jasno: sprzedać więcej po prostu się nie da – zwyczajnie nie ma komu. To samo za jakiś czas będziemy oglądać w przypadku sprzętu mobilnego.

Nie chodzi jedynie o to, że producenci dotrą już do wszystkich Europejczyków, Amerykanów, a potem Azjatów czy Arabów. Oni tam dotrą i w końcu dostarczą sprzęt, który trudno będzie zastąpić po roku czy nawet po trzech latach. Dzisiaj jesteśmy świadkami sporych zmian (inną sprawą jest to, czy zawsze mają one sens), które mogą fascynować i przyciągać klientów. Jednak ten stan nie będzie trwał wiecznie. Nawet największych gadżeciarzy w końcu znudzi wyścig na liczbę rdzeni w procesorze, wielkość ekranu i liczbę aplikacji/technologii, z których ani razu się nie skorzysta.

Dziewięć milionów smartfonów sprzedanych przez Apple uznaję za dobry wynik. Jeżeli sprzedali ich tylko pięć, to też uważam, że to nielichy rezultat. Jeśli Samsung nie sprzeda zapowiedzianych 100 mln smartfonów, a „jedynie” siedemdziesiąt mln, to chylę czoła. LG wspomina o 10 mln słuchawek G2? Przyklasnę za 5 mln. Pewnie i tak za jakiś czas napiszę, że firma Y nie spełniła oczekiwań rynku lub nie podołała własnym zapowiedziom, ale postaram się wówczas zaznaczyć, iż pięć milionów zamiast siedmiu, o też niezły rezultat.

Wnioski? Cieszę się, że nie jestem korporacją…

Źródło grafiki: airtreks.com