Filmy

Fizyka i logika poszły w odstawkę. Szybcy i wściekli 9 to już mitologia - recenzja

KK
Konrad Kozłowski
33

Wydawało mi się, że na "Szybkich i wściekłych 9" będę bawił się równie dobrze, co na poprzednich kilku częściach, bo format tych produkcji jest nam dobrze znany. Tym razem rozmachu również nie zabrakło, ale z ekranu biła taka głupota, że szczerze obawiam się dwóch kolejnych części, które już powstają.

I nie zrozumcie mnie źle. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, w jakiej formule są teraz kręcone te filmy i że nie mają one za grosz wspólnego z ulicznymi wyścigami, co było przecież fundamentami całej serii. Teraz to film o wyjątkowo pokręconym zespole służb specjalnych, który bez angażowania się w misje niemożliwe nie wiedziałby co ze sobą zrobić. Już dawno pozbyto się sensownych wyjaśnień dla ich działań, dlatego twórcy mogą sobie pozwolić na dowolne kreowanie wątków oraz relacji pomiędzy bohaterami, byle tylko było to motorem napędowym dla fabuły. W " Szybcy i wściekli 9" tym katalizatorem jest powrót brata Dominica Toretto, o którego istnieniu do niedawna nie wiedzieli zapewne nawet sami scenarzyści. Wszystko po to, by dać jakikolwiek przyczynek do nakręcenia kolejnej części.

Szybcy i wściekli 9 to zlepek absurdalnych twistów i scen akcji rodem z kina sci-fi

Taki wyjmowanie kart z rękawa w zależności od danej sytuacji nie byłoby kłopotem, gdyby nie wzmożona częstotliwość wykonywania tego samego tricku przez twórców. Prawie za każdym razem, gdy muszą spiąć ze sobą niektóre wątki lub sprawić, by bohaterowie zyskali motywację do działania, scenarzyści sięgają po niezwykle banalne rozwiązania, która okazują się dość zaskakujące ze względu na niski stopień prawdopodobieństwa ich wystąpienia. W ten sposób przywraca się postacie do życia, tworzy więzy krwi i łączy wątki z kilku części. Problem polega na tym, że niektórzy widzowie mogą już czuć się nieco zagubieni, po tym jak solidnie namieszano w życiorysach niektórych postaci. Najlepszym przykładem będzie tu Han, którego uznaliśmy za zmarłego po "Tokio Drift", ale który powrócił później w filmach z akcją rozgrywającą się przed "Tokio Drift", by dopiero w "F9" widzowie mogli dowiedzieć się, jak uniknął śmierci.

"Szybcy i wściekli 9" są bezpośrednią kontynuacją ósmej części, więc doskonale znamy skład, który zostaje wciągnięty w intrygę po domniemanej śmierci Pana Nikt (domniemanej, bo w tej serii wszystko jest możliwe). Cała ekipa z Domem i Letty na czele wyrusza odnaleźć go, ale natrafia na niezwykle cenny przedmiot, od którego mogą zależeć losy całego świata. Jak się okazuje, szukają go nie tylko oni, a na miejscu pojawia się brat Doma o imieniu Jacob (John Cena). Współpracuje on z Otto - synem dyktatora, dzięki czemu dysponuje nieograniczonymi środkami i zasobami w dążeniu do uzyskania kontroli nad najbardziej niebezpieczną bronią na świecie. Jej możliwości to jeden z tych najbardziej absurdalnych punktów fabuły, a jest ich naprawdę wiele.

Fizyka i logika poszły w odstawkę, a Szybcy i wściekli  śmieją się sami z siebie

Zdecydowana większość akrobacji wykonywanych przez auta, widowiskowych pościgów i popisów spektakularnych umiejętności kierowców ociera się o kreskówkę. Jeśli sądziliście, że do tej pory seria przesuwała granicę z każdym filmem, tak w "Szybcy i wściekli 9" zabrakło skali. I o ile dotychczas łapiąc się za głowę przy niektórych ujęciach czułem jednocześnie sporo frajdy z oglądania takiego blockbustera, tak teraz czułem się, jakby twórcy traktowali mnie za totalnego ignoranta i głupka. Aż trudno mi uwierzyć, że dorośli ludzie napisali tę fabułę, przenieśli ją na ekran, a aktorzy zgodzili się na takie występy. Tak jak napisałem na wstępie - rozumiem nową formułę tej serii, ale pewne granice nie powinny być przekraczane.

"Szybcy i wściekli 9" mają jednak udane momenty, a są nimi sceny ukazujące młodość Dominica Torreto, co było niezbędne do wytłumaczenia jego skomplikowanych relacji z bratem Jacobem. Był to udany akcent, który sprawił, że film stawał się zjadliwy, ale głównie z powodu tego, jak przyziemne były to sceny. Ciekawym pomysłem było też uczynienie z postaci Romana kogoś, kto zaczyna kwestionować nieśmiertelność i ogromną dozę farta, jakim dysponują główni bohaterowie. Takie podejście meta do filmu pokroju "Szybcy i wściekli" to zupełna nowość. Nie potrafię jednak wybaczyć twórcom tego, co stało się z postacią Seana Boswella, głównego bohatera "Tokio Drift". Był niezwykle twardo stąpającym po ziemi facetem, a w "F9" stał się geekowatym dziwakiem z głupawym uśmiechem. Boli mnie to tym bardziej, że każda z postaci została wierna swoim pierwotnym cechom, a taki los spotkał najwyraźniej tylko Seana, którego darzę największą sympatią obok Briana.

Marzę o powrocie do korzeni w Szybcy i wściekli 10 i 11

Jestem przekonany, że widzowie bawiliby się na "Szybcy i wściekli 9" równie dobrze, gdyby fabuła filmu była zbliżona do tego, co dostaliśmy, ale oparto by ją bardziej klasycznych filarach kina akcji, zamiast wątków sci-fi. To samo tyczy się widowiskowych scen z udziałem pojazdów. Zawartość najnowszej odsłony Szybkich i wściekłych to gruba przesada, a w drodze są jeszcze minimum dwie odsłony, bo 10. i 11. kręcone są jednocześnie. Pójdę, obejrzę, ale to nie znaczy, że będę się dobrze bawił.

P.S. Nie wychodźcie za szybko z sali, bo w trakcie napisów czeka na Was dodatkowa scena.

 

 

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu