Motoryzacja

Szef Volkswagena mówi o współpracy i rozwoju. Spryciarz i niezły dowcipniś…

MS
Maciej Sikorski
77

Zastanawiam się od kilku miesięcy nad sytuacją Volkswagena: najgorsze za czy dopiero przed koncernem motoryzacyjnym? Jesienne "dieselgate" zadało już najpotężniejszy cios, a kolejne będą słabsze, bo rozłożone w czasie (i przestrzeni) czy też prawdziwe kłopoty dopiero przed niemieckim gigantem? Oto jest pytanie. Korporacja spróbuje, co zrozumiałe, zmniejszyć rozmiar katastrofy i chyba wykorzysta w tym element europejskiej współpracy. Bo musimy się przeciwstawić zmianom nadciągającym zza Oceanu...

Kilka dni, kilka ciekawych informacji. Zacznę od oświadczenia, jakie pojawiło się na stronie VW. Ma ono związek z wystąpieniem nowego CEO korporacji, Matthiasa Mullera. Jest w nim mowa m.in. o rozwiązywaniu problemu dieselgate i próbie odbudowy zaufania klientów, ale główny wątek stanowi konieczność przeciwstawienia się rosnącej w siłę Dolinie Krzemowej. Tak, dobrze widzicie: szef koncernu motoryzacyjnego, jednego z najpotężniejszych w tej branży, zaczyna mówić o tym, że nie można pozwolić, by rozgrywającym na rynku moto stała się Dolina Krzemowa. Miejsce kojarzone raczej z komputerami niż z samochodami.

Istotne wydarzenie, ponieważ o tym nie mówi jakiś nawiedzony bloger, futurolog czy pracownik firmy tech. Top menedżer Volkswagena przyznaje, że w Kalifornii dzieje się coś, czego nie można lekceważyć. Jednocześnie zwraca uwagę na konieczność współpracy na Starym Kontynencie - podkreśla, że branża i politycy powinni zakasać rękawy i rozwijać infrastrukturę, przygotować prawo, by być gotowym na nadchodzące zmiany. Jeżeli Europa chce być liderem w tym biznesie, to musi się zmienić. Na kilku polach. Jeszcze ciekawiej.

Czy Muller ma rację? Myślę, że tak. Nie tylko Volkswagen zauważył, że w branży coś się dzieje i dzieje się się dynamicznie. Toyota coraz śmielej poczyna sobie z samochodem zasilanym wodorem, General Motors nawiązuje współpracę z Lyft i pakuje wielkie pieniądze w usługi motoryzacyjne nowego typu, niemieccy, japońscy i amerykańscy giganci prezentują samochody elektryczne, mówią o pracach nad pojazdami autonomicznymi. Motoryzacja stała się jednym z wiodących tematów w branży nowych technologii.

Warto się jednak zastanowić: czy te zmiany zapoczątkowali producenci samochodów, czy to oni nakręcili ten temat? Nie - impuls przyszedł do nich z Doliny Krzemowej. Możliwe, że Ford czy VW opracowywali wcześniej technologie potrzebne do stworzenia autonomicznych pojazdów, ale jakoś szczególnie się tym nie chwalili. Teraz prezentują to na targach motoryzacyjnych czy podczas CES, lecz musieli poczuć na plecach oddech innych firm, by wyjść z tym do tłumu. A te inne firmy z motoryzacją mają niewiele wspólnego. Albo działają w biznesie od niedawna.

Można zatem spytać CEO Volkswagena: gdzie byliście 5-10 lat temu? Teraz się budzicie i stwierdzacie, że Dolina Krzemowa zbyt dobrze sobie radzi w tym biznesie? Ktoś stwierdzi: chwila, moment, jakie dobrze sobie radzi? Przecież taka Tesla sprzedała w ubiegłym roku kilkadziesiąt tysięcy samochodów. A stare wygi Toyota, GM i VW po blisko 10 mln. Gdzie tu zagrożenie? W odpowiedzi napiszę, że Nokia też kiedyś sprzedawała dużo komórek, a Kodak był topowym graczem na rynku aparatów. Gdy iPhone pojawił się na rynku, jego sprzedaż wyglądała śmiesznie przy wynikach sprzedaży Nokii. Ale dzisiaj to Apple zarabia miliardy dolarów na telefonach. W tym kontekście słowa Mullera można uznać za jakiś kiepski żart: korporacja wzywa do reakcji na wydarzenia za Oceanem. Możliwe, że nie miałaby do czego wzywać, gdyby kilka lat temu wzięła się za innowacje, a nie kombinacje.

Mogę zaraz przeczytać, że biznes motoryzacyjny, to nie działka smartfonów, zmiany zachodzą tu wolniej i na mniejszą skalę. Zgodzę się. Ale podkreślę: to nie ja mówię teraz o rewolucji. To GM szykuje się na przebudowę biznesu, to GM drwi z Tesli (a to oznacza, że się boi tej firmy), to szef Volkswagena zachęca do współpracy w Europie, by nie dać się Dolinie Krzemowej. Wielkie koncerny chwaliły się w Las Vegas podczas CES 2016 swoimi konceptami czy gotowymi pojazdami, ale najwięcej uwagi mediów przyciągał jeszcze niedawno nikomu nieznany gracz: Faraday Future. Może się okazać, że to jakaś wydmuszka, o której za rok nie będziemy pamiętać. Ważniejsze jest jednak to, że taka wydmuszka ma szanse powstać i skupić na sobie wzrok gości, mediów oraz konkurencji.

Słowa CEO VW warto skonfrontować z innymi doniesieniami z Europy - polecam lekturę tekstu Gorszy sort kierowców Volkswagena. Porażka Bieńkowskiej po "krótkiej i otwartej" rozmowie. Dowiadujemy się z niego, że:

Kilka tygodni po wybuchu afery Volkswagen ogłosił specjalny program rekompensat dla właścicieli zmanipulowanych aut w USA. Mogą dostać na specjalnych kartach kredytowych 500 dol. na dowolne wydatki plus 500 dol. na opłacenie rachunków u dilerów Volkswagena. Dodatkowo dostali na trzy lata gratis ubezpieczenie assistance (czyli np. holowanie zepsutego auta do warsztatu). Koncern podkreślał, że kierowcy korzystający z rekompensaty będą nadal mogli pozywać koncern o odszkodowanie w sądach.

oraz, że podobne działania VW w Europie nie są pewne. Unijna komisarz Elżbieta Bieńkowska próbuje to zmienić, ale chyba bez większych sukcesów - Muller nie jest skory do uszczęśliwiania kierowców w mateczniku Volkswagena.

Jednak starania pani komisarz skończyły się fiaskiem. Müller powiedział, że przeprowadził z Bieńkowską "krótką i otwartą" rozmowę, podczas której stwierdził, że kierowcy w Europie nie dostaną takich rekompensat, jakie zaoferowano konsumentom za Atlantykiem. "Sytuacja w USA i Kanadzie nie jest automatycznie porównywalna z sytuacją na innych rynkach" - napisał koncern z Wolfsburga w komunikacie ze spotkania w Brukseli.

Można odnieść wrażenie, że Muller stosuje pewien wybieg: aby nie wywołać fali gniewu u europejskich polityków, dziennikarzy czy kierowców, spróbuje przekonać, że nie czas teraz na uderzanie w VW, bo nadciąga zagrożenie. Trzeba zakasać rękawy i brać się do pracy, a nie trwonić siły na jakieś dyskusje o rekompensatach. Sprytnie (i zabawnie). Zaraz może się pojawić stwierdzenie: jeśli będziemy osłabiani, to Amerykanie nas przycisną i będziemy musieli zwalniać ludzi. A przecież zatrudniamy setki tysięcy pracowników, mnóstwo firm z nami współpracuje. Zapomnijmy o starych wpadkach i nie pozwólmy przejąć tego biznesu informatykom z Kalifornii...

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu