3

Systemy rozrywki w samolotach wielu ratują podróż. Sam czekam aż będą bardziej dopracowane i pozwolą na więcej

Kilkanaście godzin lotu. W zależności od klasy: mniej lub bardziej ciasne fotele, większe lub mniejsze ekrany. To właśnie te ostatnie są dla wielu ostatnią nadzieją, która pozwoli im przetrwać ten czas i nie oszaleć: od płaczu niespokojnych maluchów kilka foteli dalej, ciągnącej się w nieskończoność podróży i turbulencji które nie dają ani chwili wytchnienia. Sam ładuję […]

Kilkanaście godzin lotu. W zależności od klasy: mniej lub bardziej ciasne fotele, większe lub mniejsze ekrany. To właśnie te ostatnie są dla wielu ostatnią nadzieją, która pozwoli im przetrwać ten czas i nie oszaleć: od płaczu niespokojnych maluchów kilka foteli dalej, ciągnącej się w nieskończoność podróży i turbulencji które nie dają ani chwili wytchnienia. Sam ładuję po brzegi listę pobrań z Netflixa i Spotify, aplikacje Podcastowe pękają w szwach od ściągniętych odcinków, a Kindle ma 100% baterii i przed wyjazdem dokarmiam go nowymi książkami które czekały na tę chwilę. Ale to ja: oglądając się dookoła wiem, że te systemy są potrzebne. Bo większość pasażerów sięga po nie z przyjemnością i korzysta non-stop!

Nie ważne gdzie spojrzymy, wszyscy wpatrzeni w ekrany

Czy systemy samolotowej rozrywki są idealne? A gdzie tam. Miałem okazję skorzystać w życiu z wielu pokładowych systemów rozrywki. Jedne były tak złe, że właściwie włączenie na nich czegokolwiek graniczyło z cudem (tak, to o Was Air China — ale śnieżąca telewizja na żywo wciąż pozostaje żywą w mych wspomnieniach), inne działały naprawdę fajnie, inne potrafiły zaciąć się kilka razy w ciągu kilkunastu godzin i dopiero po resecie zleconym przez obsługę lotu coś się w temacie ruszało — ale szczęście i tak nie trwało wiecznie ;-). Ostatnio miałem przyjemność podróżować na pokładzie All Nippon Airways. I choć doświadczenie nauczyło mnie, że podejście Japończyków do technologii jest dość… specyficzne — i czasem serwują naprawdę koszmarne rozwiązania, tym razem bardzo pozytywnie mnie zaskoczyli. Byłem w szoku jak sprawnie działa menu, jak jest intuicyjne, szybkie i bezproblemowe w obsłudze (niestety, takie podstawy wciąż potrafią zaskoczyć). Biblioteka, fakt, nie należała do najbogatszych, ale bez problemu można tam było wyłowić prawdziwe perełki. I najwyraźniej wielu się to udało, bo gdzie się człowiek nie obejrzał, tam na ekranie uruchomiony był jakiś film.

Czekam na więcej. Wierzę że przykładem pokładowej rozrywki są… smartfony i tablety!

Aplikacja pobierana na telefon pozwalająca wygodnie zarządzać multimediami, odtwarzanie materiałów z Netflixa na monitorze w samolocie czy baza multimediów którą możemy zobaczyć na własnym ekranie. Dzięki WiFi w samolocie opcji na rewolucję w pokładowych systemach rozrywki jest od groma. Póki co wszyscy jednak grają bezpiecznie, ale po cichu liczę, że za kilka lat wystarczy aplikacja i baza multimediów linii lotniczej stanie przed nami otworem (tak, wiem że u niektórych taka opcja jest już dostępna, ale mam tu na myśli uczynienie z niej standardu). A dla chętnych — można też będzie to rozegrać w drugą stronę: streaming ze smartfona na większy ekranik, bo… właściwie czemu nie?

Sam, jak wspomniałem, loty wykorzystuję na nadrobienie zaległości — stąd nie zdaję się na szczęśliwy traf, a na pokład zabieram ze sobą treści z którymi chcę się zapoznać. Nie ukrywam, że z przyjemnością przerzuciłbym treści ze smartfona na większy ekran samolotowy — póki co to jednak niemożliwe. Ale mimo że mam plan na całą podróż,  zawsze i tak przeglądam oferty multimediów. A przy ostatnich lotach japońskimi liniami ANA zaglądałem do niego częściej niż kiedykolwiek. Bardzo fajnie były tam rozpisane godziny pokładowych posiłków, czas zakupów, godziny startu, lądowania (zarówno lokalnie, jak i w miejscu docelowym). Niby małe rzeczy, ale cieszą… no, przynajmniej dopóki z 15 minut do końca nie robi się 17, a kilka minut później 22 — ale na to już nikt nie ma wpływu.