228

Zadzwoniłem do supportu Apple i… znalazłem się w innej rzeczywistości

Obawiałem się, że przyjdzie taki dzień, że zakupu iPhone'a choć trochę pożałuje. Właściwie, to przyszedł już wcześniej, bo podczas premiery Pixeli od Google patrzyłem na swoją 6S-kę jak na cegielnianego pustaka. Niemniej, nie upadłem na głowę, nie sprzedałem jabłka i w końcu zacząłem borykać się z problemem wyłączającego się telefonu przy różnych stanach jego naładowania. Czyli problem dosyć poważny. Najpierw postanowiłem skontaktować się z Apple (bo i dlaczego nie?).

Możliwości kontaktu z Apple są i to dosyć komfortowe. Trzeba przyznać temu producentowi, że dba o to, by dane kontaktowe były bardzo dobrze dostępne dla użytkownika. Na stronie internetowej znalazłem centrum pomocy, wybrałem problem i poprosiłem o rozmowę telefoniczną. Ile czekałem? Kilka sekund po wpisaniu danych urządzenia i podaniu numeru telefonu. Za chwilę na wyświetlaczu mojego urządzenia pojawiła się informacja o połączeniu przychodzącym z… Irlandii. Ale nic to – rozmowa na szczęście odbyła się w języku polskim.

Wyjaśniłem problem. Zasugerowałem przyczynę. Odrobinę mnie zignorowano

Wyjaśniłem pani konsultant, na czym problem polega. iPhone 6S wyłącza się przed wyładowaniem baterii do końca, nawet przy 60 procentach baterii. Najczęściej na zimnie, przy większym obciążeniu baterii. Po tym zgłasza, że musi zostać podłączony do ładowarki. Jak to już się stanie – urządzenie się włącza. Zaznaczyłem, że przed tym poszukałem w Sieci informacji na temat usterki i znalazłem sporo danych, które wskazują na możliwą awarię układu sterującego pracą baterii i poprosiłem o najbliższe punkty w Rzeszowie, w których swój telefon mogę zostawić. Nic to – trzeba przejść procedurę.

Najpierw poproszono mnie o jedną turę diagnostyki. Następnie drugą – dotyczącą baterii. Wszystko na zielono, ale ponoć się przyda, przy okazji ewentualnych roszczeń na drodze gwarancji. Rozwiązanie, które mi zaproponowano na infolinii było jednak dla mnie więcej, niż niespodziewane. Zwyczajnie nie pomyślałem o tym, że problem, który jawnie wygląda na sprzętowy (i okazuje się nim być według przypadków innych osób, których mało nie ma), można rozwiązać software’owo. Apple sugeruje zaczekanie do najbliższej aktualizacji oprogramowania.

apple

Pominięto przy tym nawet takie argumenty jak:

    Na kilku innych wersjach oprogramowania działo się dokładnie to samo.
    Niektórzy użytkownicy nie mają z tym problemu, mimo posiadania urządzeń z tym samym iOS.
    Dziwnym trafem dzieje się to tylko wtedy, jak jest zimno. Oprogramowanie wpływa na to, jak zachowuje się sprzęt na zewnątrz?
    Skoro problem jest znany inżynierom Apple, to dlaczego nie rozwiązano go wcześniej?

Nie męczyłem pani konsultant dalszymi pytaniami, podziękowałem za rozmowę – to nie jej wina, że w Apple panują pewne procedury i nie da się ich przeskoczyć. Wyszło na to, że mój telefon jest sprawny, a ja mam czekać na aktualizację oprogramowania, która może (ale nie musi) to naprawić. Poinstruowano mnie o tym, że przed oddaniem smartfona do serwisu muszę wyłączyć usługę Znajdź mój iPhone i lepiej, żebym wykonał kopię zapasową, bo wszystko uleci w pierony. To akurat wiem. Dopowiedziano jeszcze, że jeżeli serwis nie znajdzie wspominanej przeze mnie usterki, to mogę zostać obciążony kosztami inspekcji. No, świetnie. Czyli problem sobie wydumałem, a autoryzowany serwis w uproszczony sposób będzie testował urządzenie, za które zapłaciłem niemal 3 klocki?

Właśnie tego oczekiwałem, Drogie Apple. Wiem, że macie mnie gdzieś, jestem tylko jednym klientem z wielu, macie w nosie to (i dobrze!), że gdzieś tam sobie piszę i właśnie wylewam na ten temat (uzasadnione) żale. Miałbym jednak jedną prośbę.

Przestańcie traktować klientów jak idiotów, dobrze? Oni wcale nie trzymają źle swoich telefonów, wcale też nie korzystają z nich w nieprawidłowy sposób. Mamy kochać Wasze urządzenia. Dobrze by było wiedzieć za co.