Gry

Strider - recenzja

PK
Piotr Kaźmierczak
0

Strider to nieco przebrzmiała dziś marka, która jednak nadal jest wspominana z łezką w oku przez fanów typowych gier arcade. To między innymi oni (oddając głosy w ankietach i dyskutując na forach internetowych) przyczynili się do jej powrotu. Czy nowa gra z serii sięgająca korzeniami do lat 80. ma o...

Strider to nieco przebrzmiała dziś marka, która jednak nadal jest wspominana z łezką w oku przez fanów typowych gier arcade. To między innymi oni (oddając głosy w ankietach i dyskutując na forach internetowych) przyczynili się do jej powrotu. Czy nowa gra z serii sięgająca korzeniami do lat 80. ma obecnie coś do zaoferowania?

Na początku trzeba zaznaczyć, że Strider z 2014 roku rzeczywiście nawiązuje do poprzedników, ale widać w nim również inspiracje zaczerpnięte z innych tytułów. Całość została dodatkowo zmiksowana i dopasowana do dzisiejszych standardów.

Czym więc dokładnie jest gra produkcji Double Helix Games? Najogólniej mówiąc zręcznościówką akcji rozgrywającą się w dwóch wymiarach (grafika jest jednak trójwymiarowa). Mamy tu dużo machania mieczem, liczne elementy platformowe i wiele pojedynków z bossami.

Sama walka zbliżona jest do tej zapamiętanej przez fanów oryginału. Sterujemy wyposażoną w miecz postacią, która w pełnym biegu przemieszcza się z jednego krańca planszy na drugi i dosłownie siecze wrogów, niczym rasowy kucharz, mięso. Co interesujące, do eksterminacji najczęściej wykorzystujemy zaledwie jeden przycisk. Wprawdzie już od początku zabawy bohater dysponuje dwoma ciosami, jednak ten drugi (wybijający przeciwników w powietrze) w ogóle się moim zdaniem nie sprawdza. Z czasem wyposażenie wzbogacone zostaje o nową broń, czyli krótkie noże przeznaczone do rzucania. Zarówno miecz, jak i noże występują w czterech wariantach. Gra wymusza na nas stosowanie każdego zestawu. Dla przykładu – przeciwnik trzymający złotą tarczę jest praktycznie niezniszczalny, chyba że potraktujemy go ostrzem tej samej barwy. Każdy kolor oznacza również inną moc (np. ogień, czy lód). Dodatkowo, twórcy dali nam dostęp do różnych umiejętności (wyróżnić tu można szybki atak z powietrza, czy wezwanie na pomoc duchów przypominających zwierzęta). Wszystkie te elementy sprawdzają się bardzo dobrze i walka, mimo że w teorii prosta, nabiera głębi i sprawia olbrzymią radość.

Tym, co wyróżnia nowego Stridera na tle poprzedników jest sposób przemieszczenia się między lokacjami. Inne znane mi części cyklu były pod tym względem całkowicie liniowe. Double Helix Games postanowiło to jednak zmienić (i chwała im za to). W rezultacie otrzymaliśmy grę z olbrzymią mapą, szeregiem miejscówek połączonych ze sobą siecią korytarzy i masą znajdziek (ulepszenia broni, dodatkowe segmenty paska zdrowia, obrazki do galerii, biografie postaci itp.). Teoretycznie każdy poziom możemy odwiedzić w dowolnym momencie. Nie wszystkie jednak stoją dla nas otworem od samego początku - czasem, by się gdzieś dostać wymagana jest odpowiednia umiejętność, innym razem przełączenie dźwigni, a jeszcze kiedy indziej pokonanie jakiegoś potwora. Można więc powiedzieć, że Strider mocno czerpie z Metroida i Castlevanii: Symphony of the Night. Nie ma w nim jednak rozwoju bohatera w typowo RPG-owym stylu. Początkowo nie przypadło mi to do gustu (walka ze standardowymi przeciwnikami nic nam nie daje dlatego pojawia się pokusa, by przebiegać dane pomieszczenie w ogóle nie używając miecza). Z drugiej jednak strony elementy RPG-owe zaburzyłyby arcade’owy styl tej produkcji, co odbiłoby się negatywnie na samej akcji.

A w Striderze dzieje się wiele – roi się tu od wybuchów, laserów, mechanicznych urządzeń, które można rozwalić, czy też bossów, wobec których należy zastosować odpowiednią taktykę. Masakrowanie przeciwników, szalone skoki na złamanie karku, unikanie śmiercionośnych pułapek, czy urozmaicenia w postaci zabaw z grawitacją lub sekwencji, w której musimy ratować się ucieczką, sprawdzając się po prostu znakomicie. Jest to zwyczajnie gra świetnie wyważona pod względem dawkowania akcji. Przez siedem godzin zabawy praktycznie ani razu nie poczułem znużenia. Możecie być pewni, że jeżeli na moment zacznie wam doskwierać powtarzalność, to za chwil kilka pojawi się nowa umiejętność czy rozszerzenie broni, które skutecznie pchną was do rozegrania kolejnych trzydziestu minut.

W podobnych tytułach niezwykle istotnymi czynnikami są poziom trudności i system zapisu. Strider to produkcja dobrze zbalansowana pod tymi względami. Przez większą część gry nie miałem problemów z pokonywaniem stawianych przez nią wyzwań, ale nie było też banalnie łatwo. Duża rolę odgrywały w tym gęsto porozstawiane checkpointy. Jeżeli nawet przychodziło mi zginąć, to nie byłem cofany zbyt daleko. Narzekać mogę jedynie na samą końcówkę. Ostatnich 40-50 minut gry nie da się zapisać na stałe. Niby to nic strasznego (nadal są przecież checkpointy), ale mnie prawie krew zalała, kiedy ukończyłem pierwszą fazę walki z głównym bossem, bohater utknął gdzieś w powietrzu, a konsola po krótkim czasie się zawiesiła (całościowo zdarzyło mi się to dwa razy). Niby można na to przymknąć oko, ale to właśnie ostatnia godzina zabawy stanowi największe wyzwanie. Już podejście do końcowego bossa jest trudne, ale pierwszy etap walki z nim możecie powtarzać wielokrotnie. Hardcore to to może nie jest, ale troszeczkę o niego zahacza.

Zastanawiacie się pewnie dlaczego nie wspomniałem do tej pory o fabule? Jest ona bowiem tylko tłem. Całość rozgrywa się w świecie przyszłości. Sterujemy bohaterem imieniem Hiryu, który jest zabójcą reprezentującym tzw. Striderów. Zostaje on przez nich wysłany do miasta Kazakh celem unicestwienia panującego tam tyrana – Mistrza Meio. Widzicie - nic specjalnego.

Jeżeli chodzi o aspekty wizualne, to Strider z pewnością ładną grą nie jest. Samo miasto, mimo że teoretycznie zróżnicowane pod względem wyglądu (znalazły się tu np. historyczna dzielnica, nowoczesny plac z ogromną wieżą, laboratorium, więzienie) wypada tak naprawdę blado. Brak tu detali, razi powtarzalność tekstur, a okolica jest monotonna. Nowi wrogowie to w większości wciąż te same postacie wyróżniające się jedynie kolorem, a napotkani rozmówcy to już w ogóle śmiech na sali – ich twarze nie są w żaden sposób animowane, a więc kiedy coś mówią, widzimy statyczną maskę. Muzyka wypada natomiast tylko dobrze. Mamy tu do czynienia z elektroniką, jednak dość mocno schowaną za zasłoną wybuchów, wrzasków i innych odgłosów. Całościowo oprawa wypada słabo, a miejscami najwyżej średnio, ale na szczęście to nie ona stanowi o sile tej gry.

Strider okazał się być miłym zaskoczeniem początku roku. Świetnie zbalansowany gameplay łączący elementy znane z poprzedników z otwartym światem pełnym rozmaitych rzeczy do odkrywania, to miks wręcz idealny. Jeżeli poszukujecie szybkiego, fajnego tytułu 2D, w którym nieprzerwanie trwa akcja, a pokonywanie setek wrogów sprawia olbrzymią przyjemność, to gra Double Helix Games jest właśnie dla was.

Hej, jesteśmy na Google News - Obserwuj to, co ważne w techu

Więcej na tematy: