13

Stawiam na dzięcioła, czyli urlop bez komputera

Sezon urlopowy w pełni. Widać to trochę po branży, w której ostatnio dzieje się zdecydowanie mniej niż jeszcze kilka tygodni temu. Ludzie wybierają się na wakacje i podobny pomysł przyszedł do mojej głowy: wyjadę, odpocznę i wrócę do pracy zrelaksowany i pełen zapału, by tworzyć Internety z jeszcze większym bananem na twarzy. Kilka tygodni snułem […]

Sezon urlopowy w pełni. Widać to trochę po branży, w której ostatnio dzieje się zdecydowanie mniej niż jeszcze kilka tygodni temu. Ludzie wybierają się na wakacje i podobny pomysł przyszedł do mojej głowy: wyjadę, odpocznę i wrócę do pracy zrelaksowany i pełen zapału, by tworzyć Internety z jeszcze większym bananem na twarzy. Kilka tygodni snułem plany odcięcia się od świata nowych technologii na czas urlopu, ale im bliżej wyjazdu, tym mniej prawdopodobna wydaje się ta wizja.

Na początku lipca zapowiedziałem (samemu sobie), że tegoroczny urlop (planowany w głuszy) będzie wyglądał inaczej niż poprzednie i już na wstępie pożegnam się z Internetem, komputerem, a nawet telefonem. W przypadku tego ostatniego szybko zmieniłem zdanie – gdybym podczas wypoczynku znalazł w toalecie wielkiego węża albo nakrył w lesie szajkę dilerów chińskiego czosnku, to przyda się sprzęt do wezwania pomocy. W tym przypadku postanowienie ulega zatem zmianie z „nie zabieram telefonu” na „zabieram telefon, ale nie będę na niego zerkał co kilka-kilkanaście minut”.

Co do Internetu, to sprawa wyjaśniła się przed rokiem (to samo miejsce) – można próbować z mobilnym, ale wypada to na tyle kiepsko, że lepiej dać sobie spokój (pół godziny łapania sygnału, by utrzymać go przez pół minuty). Komputer? Nie jest mi potrzebny – odpocznę od jego widoku. Podejrzewam, że wiele osób, które codziennie patrzą na to urządzenie przez przynajmniej kilka godzin, po pewnym czasie ma ochotę „odetchnąć” i przypomnieć sobie dzikie czasy, gdy komputery były rzadko spotykane lub nie było ich w ogóle. To był szatański plan! Wyjadę, zabiorę ze sobą kilka książek, parę planszówek, karty i wraz z Lubą będziemy się oddawać tym przedindustrialnym rozrywkom… Ach!

Tydzień temu wybraliśmy się do miejscowości, w której zamierzamy spędzić urlop, by sprawdzić, czy z domkiem w ciemnym i głuchym lesie wszystko jest ok (wszak mogło go zabrać jezioro, trzęsienie ziemi albo nadgorliwy urzędnik). Domek stał. Siedząc na werandzie i podziwiając wiewiórkę hasającą po drzewie, usłyszałem dźwięk, który mnie przeraził. Nie był to ryk niedźwiedzia, wybuch bomby ani retransmisja koncertu w Opolu. To był odgłos odpalanego Windowsa…

Okazuje się, że na przestrzeni ostatniego roku w dziczy nastąpiły pewne zmiany. Do lasu dotarła „cywilizacja przez duże c”. Sąsiedzi dorobili się komputerów, smartfonów, Internetu i zamierzają z nich korzystać w czasie urlopu. Czy to może mi przeszkadzać? Raczej nie – przecież nie będę z nimi przebywał i nie zaczniemy puszczać sobie śmiesznych filmów na YouTube, a ostatecznie kłócić się o to, który był najśmieszniejszy i kto skomponował lepszy set. Niech sobie siedzą z tymi komputerami i psują wzrok. Ja pooglądam wiewiórkę. I dzięcioła. Po sygnale Windowsa pojawiły się jednak pytania i uwaga Lubej:

-Słyszałeś? Komputer. Trzeba pamiętać, żeby przed dłuższym wyjazdem zabrać tu przedłużacz.

-Jaki przedłużacz? Spytałem, ale w głębi duszy wiedziałem, do czego doprowadzi ta rozmowa.

-Jak to, jaki? Do komputera. Żeby można go było na kilka godzin na werandzie postawić i nie zastanawiać się, czy bateria padnie.

-A po co chcesz go stawiać na werandzie? Planowałem nie brać komputera…

-Co? Mamy spore zaległości filmowe i trzeba je nadrobić. Kiedy chcesz to zrobić, jeżeli nie w czasie wakacji?

W tym momencie skapitulowałem. Po dłuższej chwili stwierdziłem nawet, że to ma sens – faktycznie jest kilka filmów, na które czaję się od kilku miesięcy. A może nawet lat. Przecież nikt nie każe mi siedzieć cały dzień przed komputerem i oglądać filmów. Jeden dziennie (góra dwa) nie zniszczą moich „analogowych wakacji”. Niestety, wizja zabrania ze sobą komputera była ziarnem rzuconym na podatny grunt: skoro już zabieram ze sobą laptop, to może odświeżę też jakąś grę? Albo nawet kilka…?

Tak oto przeszedłem drogę od wakacji bez elektroniki do urlopu pod znakiem laptopa. Nadal obiecuję sobie jednak, że planszówki i książki pójdą w ruch, a większość czasu poświęcę na kontemplację przyrody. Wiewiórko, dzięciole! Będę na was patrzył…

Źródło grafiki: wikipedia