21

Spisałem na straty najnowszą trylogię Star Wars. Czekam tylko na seriale

Oglądaliście zwiastun 9. epizodu Gwiezdnych Wojen? Na pewno wszędzie widzieliście wzmianki o nim, a później wszelkiego rodzaju publikacje pełne analiz i komentarzy. Nie jestem tym zjawiskiem zdziwiony, bo to w końcu Gwiezdne Wojny. Ale po raz pierwszy od kilku lat zupełnie nie czuję tej przedpremierowej ekscytacji związanej z nowym filmem. Co innego, jeśli chodzi o serial...

Nie będę ukrywał i napiszę to już na samym początku: byłem rozczarowany Ostatnim Jedi. Film ten, w mojej ocenie, kompletnie nie pasuje do sagi, którą zapoczątkował i kontynuował George Lucas, a którą całkiem udanie pociągnął w Przebudzeniu mocy J. J. Abrams. Owszem, epizod 7. miał ogromnie dużo punktów wspólnych z Nową nadzieją, ale podczas seansu odczuwałem ducha Star Wars – cokolwiek ma to znaczyć. W trakcie projekcji Ostatniego Jedi zbyt wiele razy łapałem się za głowę i nie dowierzałem. Chyba nikomu nie jest potrzebne, bym rozpoczynał festiwal wyliczanek, więc ograniczę się jedynie do stwierdzenia, że gdyby tego rodzaju film nie był częścią sagi Skywalkerów, a jednym z pojedynczych filmów lub składnikiem odrębnej trylogii, nad którą pracuje Rian Johnson, to nie miałbym z tym żadnych problemów.

The Mandalorian > nowa trylogia. I to jeszcze przed premierą

Mam jednak za sobą kilka powtórek zwiastunu serialu The Mandalorian, a w Sieci pojawiły się pierwsze reakcje po przedpremierowych pokazach otwierającego serię odcinka. Przekaz płynący z tweetów jest w miarę spójny: tego rodzaju produkcja nie wygląda na serial (telewizyjny, internetowy), lecz przypomina raczej pełnometrażowy film z solidnym budżetem, który podzielono na trwające kilkadziesiąt minut części. Dodatkowo, z ekranu ma się aż wylewać mroczny, ciężki klimat i atmosfera, którą znamy z oryginalnej trylogii Gwiezdnych Wojen.

W takiej sytuacji, a tym bardziej biorąc pod uwagę założenia twórców przed rozpoczęciem produkcji, można śmiało powiedzieć, że The Mandalorian będzie tym, na co fani Star Wars czekali i cel Disney został osiągnięty. Jeśli ktokolwiek pamięta narzekania George’a Lucasa, to właśnie budżet był największą przeszkodą w nakręceniu aktorskiego serialu Star Wars, a Disney dysponuje teraz czymś lepszym, niż nawet sprzyjające okoliczności, bo o zasobność portfela czy kanał dystrybucji nikt nie musi się już martwić.

A seriale Star Wars zapowiadają się re-we-la-cyj-nie!

I gdy słyszę o zapowiedziach kolejnych serii poświęconych postaciom Obi-Wana czy Cassiana Andora, to zaczynam zastanawiać się, czy decyzje o losach całego uniwersum podejmują te same osoby. U sterów tego okrętu znajduje się Kathleen Kennedy (choć oczywiście ma ona za sobą z pewnością całe zastępy współpracowników), która musiała nadać temu światu zupełnie nowy kierunek. Po fiasku (pod różnymi względami) Hana Solo, Disney zaciągnęło ręczny, odroczyło premiery niektórych filmów, inne anulowało i położyło nacisk na seriale, które będą trafiać do własnej usługi VOD Disney+.

Było to jak najbardziej potrzebne, tym bardziej, że to właśnie nowa trylogia, w mojej ocenie, oberwała w całym tym zamieszaniu najbardziej. Nie wiem, czy swoboda, jaką powierzono Abramsowi i Johnsonowi była odpowiednim krokiem, bo teraz przed pierwszym z wymienionych dżentelmenów stoi nie lada wyzwanie. Zamknięcie trylogii po dwóch kompletnie różnych filmach nie będzie łatwe, nie uwzględniając nawet rozgrzebanych kilku wątków, lecz brak pewnej spójności. Co więcej, według zapowiedzi Skywalker. Odrodzenie będzie najdłuższym filmem w historii Star Wars i jeśli miałbym dziś wróżyć z fusów, to powiedziałbym, że nie wynika to z faktu chęci opowiedzenia angażującej historii, lecz właśnie tyle czasu J. J potrzebuje, by cały ten bajzel jakoś ogarnąć (unikam tego słowa w swoich tekstach, ale ten niezwykle uniwersalny wyraz pasuje tutaj jak ulał).

Wiem, jestem niezwykle uprzedzony do wielkiego finału, który nas czeka pod koniec grudnia, ale po tym co spotkało mnie w kinie w 2017 roku, nie mogę mieć innego nastawienia. Szczególnie, że zwiastun 9. epizodu pt. Skywalker. Odrodzenie nie natchnął mnie ani krztą optymizmu. Plus całej tej sytuacji jest taki, że zawieszona przeze mnie niezwykle nisko poprzeczka może wystarczyć, bym wyszedł z seansu ukontentowany.