7

Wiedźmin Geralt poradził sobie nawet w bijatyce. Recenzja SoulCalibur VI

SoulCalibur zachwycał jeszcze za czasów swojej pierwszej odsłony, pod tytułem Soul Edge/Soul Blade na pierwszym PlayStation. Lata mijały, mimo malejącej popularności bijatyk seria nie zniknęła z rynku. I dobrze, bo szósta odsłona, która właśnie wylądowała na półkach sklepowych jest świetna i przywraca SoulCalibur dawny blask.

Powinienem pewnie zacząć od dwóch fabularnych trybów, ale pierwsze co cisnęło mi się na usta po uruchomieniu SoulCalibur VI to “wow, ale to fajnie wygląda”. Minimalnie komiksowo, czasem trochę zbyt kolorowo, ale kiedy na niektórych arenach pojawia się ciekawsze światło postacie wyglądają rewelacyjnie. Dopieszczono szczegóły wyglądu, również po rozbiciu zbroi, ale piękne modele pokazują swoje prawdziwe oblicze dopiero w ruchu. Animacja wojowników stoi na najwyższym poziomie i jeśli ktoś z rodziny zacznie grać w SC6, usiądźcie obok i po prostu popatrzcie. Nie musicie rozumieć o co chodzi, po prostu podziwiajcie kunszt ruchów wojowników i wojowniczek. Co więcej, świetlne ślady pozostawiane przez broń jeszcze nigdy nie wyglądały tak świetnie (a pamiętam mój zachwyt przy debiucie, czyli Soul Edge/Blade), podobnie jak wszelkiej maści wizualne dopieszczenia w postaci rozbłysków. Niektóre areny to małe dzieła sztuki, niektóre niestety wyglądają jak robione na kolanie – jednak pierwszy przelot przez miejscówkę, w dodatku okraszony głosem lektora przypomina czym kiedyś zachwycały konsole. Dziś w SoulCalibur mogą zagrać też posiadacze PC – i bardzo dobrze, niech wiedzą, co przez te lata tracili.

SoulCalibur VI

Całości dopełnia świetna oprawa dźwiękowa, zarówno muzyczna jak i związana głosami postaci czy odgłosami walki. Ścierająca się stal brzmi inaczej w zależności od tego jakiej broni (i jakiej postaci) używamy, a niektórych motywów muzycznych będę słuchał na dźwiękowych sesjach poza grą. Tak miał wyglądać SoulCalibur na obecnej generacji i choć oczywiście zdarzają się jakieś małe niedociągnięcia (najczęściej kiedy wojownicy są bardzo blisko siebie) to drobiazgi, które w żaden sposób nie wpływają na ogólny odbiór oprawy.

Strategia, bez tego nie masz szans

Rozpływam się nad tą oprawą, a teraz porozpływam się nad systemem walki, który jest bardziej kompletny i lepiej zbalansowany niż w poprzedniej odsłonie. Generalnie cała walka polega na trzech rodzajach uderzeń – poziomym cięciu, pionowym cięciu i kopnięciu. Oczywiście jest też blok, którego trzeba używać regularnie nawet na normalnym poziomie trudności i rzuty, których warto próbować (a z których można uciec). To tyle podstaw, radzę jednak od razu wskoczyć na trening, wspierając się bogatym samouczkiem przygotowanym dla każdej postaci. Możecie wciskać przypadkowe przyciski na padzie i cieszyć się, że coś wyszło, jeśli jednak chcecie w pełni docenić mechanikę walki w SoulCalibur VI, nie obejdzie się bez długiego treningu i dobrej pamięci do sekwencji ruchów. No ale po to kupujecie bijatykę, prawda?

Mówiąc o nowym SoulCalibur nie sposób nie wspomnieć o Reversal Edge, czyli specjalnym ataku działającym podobnie do tego znanego z Injustice – to taka losowa minigra gdzie wojownicy wybierają jeden z ruchów i czekają co się stanie – w większości recenzji porównywane jest to do gry „papier, kamień, nożyce”, co w sumie brzmi logicznie. Podczas walki ładujemy też pasek Soul Charge, który później możemy wykorzystać na przykład do supermocnego, kapitalnie animowanego ciosu specjalnego – Critical Edge.

SoulCalibur VI

Jest ten tryb fabularny, ale się przy nim wynudziłem

O SoulCalibur VI mówi się, że to reboot serii. Ale nie że przestawiają całą grę do góry nogami. W ostatnich odsłonach tak się wszystko pokomplikowało, że chyba już tylko zatwardziali fani wiedzą kto z kim, jak i dlaczego. Ja już dawno się pogubiłem i przestałem śledzić oś fabularną serii. I właśnie SC6 wychodzi naprzeciw temu problemowi oferując bogatą w treść opowieść zarówno o tytułowych mieczach (mieczu, który podzielił się na dwa) i jego związku z bohaterami serii.

Doceniam pomysł, jest naprawdę świetny – nie doceniam natomiast formy, w jakiej został przedstawiony. Pewnie komuś to podpasuje, ale w 2018 roku, kiedy nawet japońskie RPG idą do przodu w sposobie opowiadania historii, Project Soul odwalił zwyczajną manianę. Serwuje bowiem statyczne obrazki z krótkimi dialogami (często dość infantylnymi) całkowicie zrażając do zagłębiania się w opowieść. Bardzo chciałem ją poznać, ale usypiałem przy tych slajdach, budziłem się na walki i znów usypiałem. Do tego co chwila pojawiają się ekrany ładowania, przez co dłużej czekałem i ostatecznie pomijałem część opowieści zamiast się w nią wgłębiać. Równie dobrze mogliby w ogóle wyrzucić z tego trybu pojedynki i zostawić same obrazki z tekstem, miałbym przynajmniej dobre alibi do niezaglądania do kampanii fabularnej. Może i wyjdę teraz na miłośnika taniej rozrywki, który ma w dodatku problemy z czytaniem – ale po takich perełkach fabularnych w bijatykach jak ostatnie dwie odsłony Mortal Kombat czy Injustice 2, gdzie naprawdę idzie docenić scenarzystów opowieści, tryb kampanii w SC6 jest dla mnie nie tyle archaiczny, co zwyczajnie nudny i nieprzyswajalny. Choć oczywiście doceniam niektóre grafiki, bo całkiem miło się na nie patrzyło. Ale kiedy w trakcie rozmowy dwóch obrazków coś się dzieje, jest jakaś walka i nagle na jednej z twarzy pojawia się grymas (bo oberwała), czułem się zwyczajnie zażenowany. No nie siadło, Project Soul, zwyczajnie nie siadło.

SoulCalibur VI

Ok, ale co to w zasadzie za tryby fabularne? Otóż są dwa. Soul Chronicles – to właśnie tu poznajemy całą opowieść, zarówno jeśli chodzi o tajemniczy miecz, jak i poszczególnych bohaterów. Najpierw bierzemy udział w epilogu, później pojawia się wielka tablica z rozpiską poszczególnych bohaterów i z jej poziomu będziecie wchodzić do opowieści dotyczących danego wojownika (jest też Geralt). I o ile same historie mogą się podobać (bo to spore kompendium wiedzy o serii), to schemat opowieści jest nużący. Historyjka, walka z przeciwnikiem lub przeciwnikami pojawiającymi się jeden po drugim. Czasem to znani bohaterowie, czasem postacie stworzone przez twórców w kreatorze.

Drugim trybem fabularnym, który dodatkowo nosi znamiona cRPG jest Libra of Soul. Tworzymy postać (której niestety nie da się potem wyeksportować do pozostałych trybów) i podróżujemy po mapie biorąc udział wyzwaniach – czasem zwykłych walkach, innym razem walkach o określonych zasadach. Poziom trudności wzrasta z czasem, a my dodatkowo rozwijamy naszą postać korzystając ze zbieranego złota. Im dalej tym trudniej, dlatego w pewnym momencie Libra of Soul stanie się ciekawym wyzwaniem gdzie drobne modyfikacje broni pozwolą wygrać starcie w teorii niemożliwe do ogarnięcia. Problem w tym, że tu również występują postacie stworzone w edytorze, przez co gra popada w powtarzalność, szczególnie że część wojowników jest totalnie nijakich i wyglądają jak tworzeni algorytmem „random warrior”.

SoulCalibur VI

SoulCalibur VI to również naprawdę bogaty edytor postaci, przy którym fani tworzenia własnych wojowników spędzą długie godziny. Rasa, płeć, wcięcie w talii, grubość ud, definicja mięśni – sporo tego (choć fatalnie rozwiązano zakładkę głosy). Poza tym tona ciuchów (darmowych lub do kupienia), przebierankom nie ma końca. Kiedy już zdecydujecie jak ma wyglądać Wasz wojownik, wybierzecie jego styl walki bazując na stylach dostępnych w grze wojowników. Nic nie stoi więc na przeszkodzie, by ruchy Mitsurugiego przejęła blondynka w krótkiej spódniczce czy wielki chłop wyglądający jak zawodnik Mr. Olimpia.

Są też oczywiście starcia sieciowe, które póki co działają dobrze – to jednak kompletnie nie moja bajka, najczęściej wychodzę z nich pokonany i pewnie wrócę kiedy przysiądę nad treningiem konkretnej postaci.

No dobrze, ale jak wypadł Geralt w SoulCalibur VI?

Świetnie. Serio.

Spodziewałem się jedynie taniego chwytu marketingowego, który ma pomóc w promocji gry. Szczerze mówiąc, kompletnie nie rozumiałem dlaczego to właśnie Wiedźmin znalazł się w nowej odsłonie bijatyki i jak zostanie wklejony w świat SoulCalibur. O ile jednak w temacie opowieści średnio mi to podeszło, to jako grywalna postać wypada lepiej niż poprzednie gościnne występy Linka, Spawna, Yody czy Vadera. Świetnie dopracowana postać, która kapitalnie się rusza, pięknie włada mieczem i bardzo udanie wplata magiczne znaki w wir walki. Geralt może i nie zostanie moją ulubioną postacią w SoulCalibur, ale naprawdę daje radę i będziecie mieć masę frajdy wcielając się w Wiedźmina.

SoulCalibur VI

Werdykt

Nie potrafię docenić rebootu opowieści i starań twórców do spójnego pokazania zawiłego świata i zakręconych historii serii. To znaczy rozumiem bardzo dobry pomysł, który porządkuje wszystko to, co rozleciało się w poprzednich odsłonach – ale litości, sporadyczne animacje na silniku gry i przeklikiwanie się przez krótkie wypowiedzi okraszone statycznymi obrazkami? Rozumiem, że miał wyjść z tego komiks, wyszła jednak nuda, którą cały czas miałem ochotę pominąć. Przeleciałem więc przez interesujące mnie postacie i wątpię bym sięgnął do wszystkich. Dla mnie to niewykorzystany potencjał i największy minus gry.

Na szczęście plusów jest więcej. Kapitalny system walki, z założenia prosty, jednak mocno stawiający na strategię starć – bez tego nie ma co podchodzić do SoulCalibur VI na dłużej. Jasne, teoretycznie gra sprawdzi się na posiadówach ze znajomymi, którzy nigdy wcześniej nie widzieli serii na oczy, jednak o gracji walki możecie wtedy zapomnieć. Co innego kiedy opanujecie postać i zaplanujecie strategie na konkretnych przeciwników. Wtedy oglądanie SC6 to czysta przyjemność.

SoulCalibur VI

No dobrze, generalnie to SC6 czysta przyjemność, bo gra wygląda momentami fenomenalnie, a ruchy postaci to czysta poezja.

SoulCalibur VI to gra na dziesiątki, jeśli nie setki godzin. To produkcja wymagająca skupienia, oddania i treningu. Ale przecież takich gier oczekują fani bijatyk, którzy w nową grę inwestują kilka stówek. Jeśli nimi jesteście, wsiąkniecie na długo. Jeśli jednak nigdy nie graliście i “no w sumie może bym i spróbował”, raczej sobie darujcie – Tekken 7 wydaje się jednak bardziej przystępny. Tak czy inaczej, szóstka jest dużo lepsza niż piątka, warto było na nią czekać ponad 6 lat. A w zasadzie przez 10, bo to najlepsza odsłona od czasów czwórki.

Ocena: 8/10