26

Rząd przygotował worek marchewek i kij – jak chce zachęcić Polaków do kupowania aut elektrycznych?

Po haśle "milion aut elektrycznych na polskich drogach w 2025 roku" działo się niewiele - politycy partii rządzącej powtarzali, że elektromobilność ma się stać kołem zamachowym naszej gospodarki, lecz brakowało konkretów. W końcu zaczyna się to zmieniać, poznajemy szczegóły planu, dzięki któremu poprawi się jakość powietrza w kraju i spadnie uzależnienie Polski od dostaw ropy. Ale czy nowe deklaracje i projekty zmian rzeczywiście skłonią Polaków do kupowania aut o napędzie elektrycznym?

Rząd na swoim ostatnim tegorocznym posiedzeniu przyjął dzisiaj stworzony przez Ministerstwo Energii projekt ustawy o elektromobilności i paliwach alternatywnych. Jej cel jest dość jasny: Polacy mają przychylniejszym okiem spojrzeć na auta elektryczne. W przeciwnym razie trudno będzie dobić do wspomnianego miliona, skoro teraz nad Wisłą sprzedaje się kilkaset elektryków w ciągu… roku. Skala zakupów musi się zmienić radykalnie, jeśli samochody elektryczne rzeczywiście mają przestać być czymś na kształt jednorożców na naszych drogach. W milion pojazdów za osiem lat i tak nie wierzę, ale nawet 1/3 tego celu sama się nie osiągnie. Co zatem szykują politycy i urzędnicy?

Projekt zakłada m.in. zwolnienie z podatku akcyzowego dla kierowców, którzy przesiądą się do ekologicznych aut (to około 3% wartości pojazdu). Bezterminowo ma ono dotyczyć samochodów o napędzie wodorowym i elektrycznym, do 2020 roku ulgą objęte będą też hybrydy. Poważnie, bo z 20 do 30 tysięcy euro zwiększy się limit odpisu amortyzacyjnego dla przedsiębiorców. Kolejny bonus to buspasy dla elektryków (o ile pozwolą na to zarządcy dróg), ale też możliwość poruszania się i parkowania w miastach bez ponoszenia dodatkowych opłat. Nowe przepisy przewidują, że w miastach będą mogły powstawać strefy czystego transportu, w których kierowcy pojazdów z „klasycznym” napędem zapłacą nawet 30 zł za jeden dzień poruszania się po nich (nie dotyczy to mieszkańców takich stref). Osoba przemieszczająca się „zielonym autem” uniknie tych opłat.

Nie jest tajemnicą, że wielki problem stanowi obecnie kiepsko rozwinięta infrastruktura umożliwiająca ładowanie elektryków. Wspominałem, że swoje ładowarki ma stawiać firma Greenway, ale to kropla w morzu potrzeb – rząd zakłada jednak, że w miarę szybko powstanie kilkaset szybkich ładowarek i tysiące tych działających wolniej. Mają być też stawiane stacje CNG i LNG, a deweloperzy budujący nowe osiedla zostaną zobowiązani do przygotowania ich pod „elektryczną rewolucję” w motoryzacji. Co ciekawe, politycy chcą też dać dobry przykłąd i wyznaczą progi udziału samochodów elektrycznych w administracji publicznej. Gdy będzie dochodziło do zmiany floty w tej ostatniej, elektryki staną się obligatoryjnym zakupem.

Podobnie ma być z komunikacją miejską, chociaż w tym przypadku do zmian dochodzi i bez nakazów, kolejne miasta kupują elektryczne autobusy, na czym korzysta m.in. Ursus. Swoje może też zrobić wprowadzenie przez tego producenta elektrycznego dostawczaka, którego testować ma np. Poczta Polska. W tych przypadkach faktycznie mowa o działaniach, które pozytywnie mogą wpłynąć na naszą gospodarkę. Bo czy w tych kategoriach można rozpatrywać zachęcanie kierowców do kupowania osobowych elektryków produkowanych poza Polską? Na razie takim autem nie dysponujemy i nie zmieni tego konkurs na projekt nadwozia… Co więcej, może się okazać, że intensyfikacja elektryfikacji motoryzacji stanie się wielkim wyzwaniem energetycznym.

Wróćmy do zachęt. Mają one kosztować państwo (w tym samorządy) kilkanaście miliardów złotych w ciągu dekady. Dużo, ale przy rozłożeniu na dziesięć lat już tak nie poraża. A czy okaże się skuteczne? Cóż, to może nie wystarczyć – Polacy wciąż są zbyt ubogimi klientami, by mogli sobie pozwolić na zakup elektryków. Potrzebny byłby system dopłat, jaki stosowany jest w innych krajach, w Europie Zachodniej sięgają one kilku tysięcy euro. Gdyby w Polsce oferowano kilkadziesiąt tysięcy złotych w przypadku zakupu elektryka i wspomniane wcześniej bonusy, ludzie mogliby w znacznie większym stopniu zainteresować się tymi pojazdami.

Problemu smogu nowe regulacje nie rozwiążą, na polskie drogi nie trafi nagle olbrzymia flota elektryków. Wypada jednak napisać: od czegoś trzeba zacząć. Rząd w końcu mierzy się z problemem, który przez lata był ignorowany (inna sprawa, że „skłaniają” go do tego unijne przepisy, stąd pośpiech). Miejmy nadzieję, że na tym się nie skończy.