46

Recenzja filmu Snowden. Powinni to puszczać ludziom przed podłączeniem do internetu

Czytelnikom Antyweba z całą pewnością nie trzeba przedstawiać Edwarda Snowdena. Na ekrany polskich kin wszedł właśnie film z nim w roli tytułowej. Czy warto go obejrzeć?

Edward Snowden to postać kontrowersyjna. Ujawnienie tajemnic państwowych USA związanych z podsłuchiwaniem i inwigilacją internautów na całym świecie sprawiło, że został on jednym z najbardziej poszukiwanych ludzi świata. Jednocześnie jednak przysporzył sobie nie tylko zwolenników, ale również przeciwników. Dla tych pierwszych był bohaterem, który w końcu pokazał nieetyczną działalność służb wywiadowczych najpotężniejszego kraju na świecie. Dla drugich – zdrajcą swojego kraju, który w dodatku zbratał się z wrogiem (Snowden przebywa obecnie w Rosji, gdzie otrzymał azyl). Dla wielu osób, szczególnie niebędących obywatelami Stanów Zjednoczonych i/lub nieświadomych technologicznie Snowden może być jednak postacią zupełnie anonimową. Film Olivera Stone’a ma to zmienić.

[UWAGA: recenzja może zawierać spojlery (o ile w ogóle można mówić o spojlerach w przypadku biografii, ale wolę uprzedzić)]

Snowden to film biograficzny. Głównego bohatera poznajemy w momencie, gdy spotyka się w Hongkongu z dziennikarzami, którym przekaże informacje o wątpliwej etycznie działalności NSA, CIA i ich odpowiedników w innych krajach). Akcja jednak toczy się jednak dwutorowo i twórcy przeplatają hotelowe sceny retrospekcjami – i to właśnie one tutaj przeważają. Opowieść zaczyna się, gdy Snowden postanawia zostać amerykańskim komandosem. Niestety kontuzja piszczeli uniemożliwia mu ukończenie szkolenia. Chcąc służyć swojemu krajowi postanawia wstąpić do CIA, skąd następnie trafia do NSA. W międzyczasie pracuje dla rządu USA również za granicą – w Genewie czy Japonii.

Widz jest świadkiem zmiany, jaka zachodzi w Snowdenie. Początkowo to idealista ślepo wierzący w to, że rząd troszczy się o swoich obywateli. Pierwsze wątpliwości zasiewa w nim moment, w którym na potrzeby jednej z misji pracownik CIA aktywuje kamerkę w laptopie luźno powiązanej ze sprawą osoby. Potem jest świadkiem kolejnych tego typu sytuacji – prześwietlania całej aktywności sieciowej przypadkowych ludzi. Z czasem sam się do tego przyczynia, a w końcu uświadamia, że on sam i jego najbliżsi są również inwigilowani. W Snowdenie rodzi się wewnętrzny konflikt – miłość do swojego kraju, patriotyzm jest stawiana na szali z uczciwością i podstawowymi prawami człowieka (do prywatności i nie tylko).

Przez niemal cały film głównemu bohaterowi towarzyszy jego dziewczyna Lindsay Mills. Szybko przekonujemy się, jak szczególną rolę odgrywała w życiu Snowdena oraz motywach jego działania. Nie rozumiejąc i nie wiedząc tak naprawdę, czym się zajmował (tajemnice państwowe), decydowała się przeprowadzać z nim do najdalszych zakątków świata – a dziś, jak wiadomo, mieszka razem z nim w Moskwie. I tu pojawiają się pierwsze zgrzyty, bo zarówno ona jak i sam Snowden zostali w filmie przedstawieni w sposób wyidealizowany.

Sam Edward jest kreowany na geniusza (nie ma żadnych przesłanek, że faktycznie nim jest), co ma zapewne na celu zintensyfikowanie emocji widzów, stworzenie pewnej więzi z głównym bohaterem. To zrozumiałe, bo mamy do czynienia z bardzo statyczną produkcją – zresztą kino, a szczególnie to hollywoodzkie, miewa tendencje do takiego kreowania skrajnych postaci. Nie istnieje tutaj właściwie coś takiego, jak dynamika akcji – chyba, że za taką przyjmiemy nie wnoszące nic do fabuły ataki epilepsji głównego bohatera. Film jest totalnie „przegadany”. To w gruncie rzeczy zlepek dialogów – fakt, faktem w większości znakomitych, ale też bardzo często przesiąkniętych irytującym patosem (kwintesencją tego niech będzie scena, w której Edward po wyniesieniu danych z NSA znika w białej poświacie – niczym mityczny heros, czy nawet gorzej…). I to właśnie sprawia, że Snowden może nie być sukcesem kinowym. Na wielkim ekranie chętniej oglądamy produkcje, gdzie na ekranie dużo się dzieje (a czasem coś wybuchnie – wiem brutalne, ale czy nie prawdziwe?). Tego typu filmy o wiele lepiej smakują w domowym zaciszu, gdzie pozostawiona zostaje nam przestrzeń na refleksje i wyciągnięcie wniosków.

Joseph Gordon-Levitt, który wcielił się w rolę głównego bohatera, wypadł bardzo przekonująco. Pierwsze skrzypce wydaje się tutaj jednak grać Shailene Woodley, grająca dziewczynę Snowdena. Aktorka, świadomie lub nie, pokazała, jak ogromny wpływ miała Edwarda. Dominowała również w wielu scenach, będąc o wiele bardziej wyrazistą postacią. Nie traktowałbym jednak tego jako minus. Uwiarygodniło to bowiem całą produkcję oraz relację między obojgiem.

Jak ja oceniam Snowdena? Film był dla mnie nieco osobistym doświadczeniem, bo oglądałem go przez pryzmat tych wydarzeń. Doskonale pamiętam, jak pisałem o tym na Antywebie i jakie poruszenie to wówczas wywołało. Nie ukrywam zatem, że poruszyło mnie zobaczenie, jak mogło to wszystko wyglądać od drugiej strony. Myślę, że każdy, kto zajmuje się zawodowo lub jedynie pasjonuje nowymi technologiami w jakimś stopniu też zostanie skłoniony do przemyśleń. Niemniej chciałbym, żeby historię tę obejrzało możliwie jak najwięcej osób – szczególnie tych, które traktują nowe technologie stricte użytkowo i nie zdają sobie sprawy z tego, jak działają. Kwestie bezpieczeństwa i prywatności są ciągle przez nas bagatelizowane, co w miarę upływu czasu (i tego, jak wiele obszarów naszego życia przenosi się do internetu) będzie się mściło. Bez świadomości i sprzeciwu wobec wszelkim praktykom rządów ujawnionym przez Snowdena natomiast nic się w tej kwestii nigdy nie zmieni. A jeśli nawet, to tylko na gorsze.